16 lat smutku – historia mojego kibicowania Argentynie

Zaraz po tym jak zacząłem interesować się piłką nożną zwróciłem uwagę na reprezentację Argentyny. Mając niecałe osiem lat zakochałem się w tej drużynie, ale jak dotąd nie miałem zbyt wielu powodów do radości, częściej odchodziłem od TV zawiedziony. Na szczęście w tym roku się to zmieniło i niedługo mogę być świadkiem zdobycia przez tę drużynę mistrzostwa świata.

Moje kibicowanie Argentynie zaczęło się około 1997 roku i było trochę efektem płynięcia pod prąd. Otóż wszyscy w około zachwycali się Brazylią, która była wtedy mistrzem świata i miała piłkarzy takich Romario, Ronaldo czy Rivaldo. "Poszedłem" za Argentyną bo była mniej medialna, a przy tym bardzo silna. W TVP ciągle opowiadali historie o Maradonie, do tego gdzieś pod koniec '97 roku, w pokazowym meczy przy okazji losowania grup finałów MŚ 1998 odkryłem piłkarza o nazwisku Batistuta. 

Od tamtego czasu za każdym razem wierzyłem w argentyńską potęgę, którą swoimi barwnymi opowieściami w studio TVP propagował redaktor Wołek. On i jemu podobni przekonali mnie, że reprezentacja Argentyny ma prawo stawiać się w jednym rzędzie z Niemcami, Brazylią i Francją. Bazując na tych co teraz, choć trohcę młodszych, stereotypach eksperci z Telewizji Polskiej wmówili mi, że Argentyna jest jedną z czterech najlepszych drużyn świata. Nie przeszkadzało im przy tym, to co okryłem trochę później na własną rękę, że w 1998 roku minęło pięć lat od ostatniego poważnego sukcesu Argentyńczyków – wygranej w Copa America 1993. Teraz mamy 2014 rok i na koncie Argentyny nadal nie ma wygranego turnieju seniorskiego. 

Przez ostatnie 16 lat każdy kolejny turniej – czy to MŚ, czy Copa America czy Puchar Konfederacji był dla mnie wielkim rozczarowaniem. Zawsze czekałem na wielką Argentynę i ona zawsze przegrywała. Czasem grała porywająco, czasem fatalnie, efekt zawsze był ten sam – porażka, najczęściej z Brazylią albo z Niemcami, był też przykry epizod z Holandią. Przed półfinałami w tym roku zwietrzyłem okazję do zemsty 3 w 1. I ona staje się faktem. 

W 1998 roku załatwił "nas" Bergkamp w 89. minucie meczu ćwierćfinałowego. Mając mniej niż 10 lat płakałem wtedy jak bóbr. Pocieszać próbowała mnie mama, wielka fanka Holandii, ale niewiele do mnie docierało. W końcu wyszedłem na jasnowidza. Jak już się otrząsnąłem powiedziałem "odegramy się za cztery lata, o ile Holandia awansuje". No i nie awansowała 🙂 

W 1999 na Copa America w Paragwaju Bielsa nie zabrał Batistuty. Wybaczyłem mu to gdzieś dekadę później, gdy trenował już zupełnie inną drużynę. Z szalonym Martinem Palermo w ataku Albicelestes nie mogli osiągnąć sukcesu. W ćwierćfinale przegrali 1:2 z Brazylią, grając nota bene swój najlepszy mecz na turnieju. Najbardziej wkurzył mnie wtedy Dida, który z 15 minut przed końcem wyjął karnego strzelanego przez Ayalę. Dopiero parę dni temu uświadomimłem sobie, ze Ayala spartolił w życiu dwa bardzo ważne rzuty karne – drugiego w 2006 roku, ale o tym później. 

W 2001 roku Argentyna w ogóle nie pojechała na Copa America do Kolumbii. Powodem była napięta sytuacja polityczna w tym kraju i liczne porwania. Argentyńczycy dostawali jakieś listy z pogróźkami i woleli jechać na wakacje. Rok później na mundialu mieli jednak zdemolować wszystkich. Przemawiało za tym wszystko, a przede wszystkim wielka forma w eliminacjach. Jak zwykle wyszedł z tego ch…j, i to bardzo szybko, bo już w fazie grupowej. Mimo wszystko dobrze pamiętam, jak ekipa Bielsy zdominowała wtedy Anglię w przegranym 0:1 meczu drugiej kolejki i śmiem twierdzić, że gdyby nie karny z kapelusza od łysego Colliny, to ten projekt miał prawo się udać. Zwłaszcza, ze tamten mundial stał na słabym poziomie i wygrała go w gruncie rzeczy przeciętna Brazylia. A starcie tych dwóch drużyn, gdyby udało awansować się kosztem Anglii, odbyło by się prawdopodobnie w ćwierćifnale. 

W 2004 roku kolejne Copa America, odmłodzony skład, Bielsa wciąż na ławce i awans do finału. A tam przemeblowana Brazylia. 90. minuta, prowadzimy 2:1, "Loco" robi jeszcze taktyczną zmianę i zaraz zacznie się feta… Nic z tego – w 93. minucie Imperatore Adriano wbija gola na 2:2, karne (bez dogrywki) wygrywają Canarinhos. 

Rok później Puchar Konfederacji w Niemczech. W składzie m.in. genialny Riquelme, wielkie nadzieje i fajna gra na drodze do finału. A tam niewyraźna Brazylia, która w grupie nie wygrała nawet z Japonią. I znów oklep… 1:4 we Franfurcie i mówiąca wszystko twarz Riquelme odbierającą jakąś statuetkę – chyba za 2. miejsce w klasyfikacji najlepszych graczy turnieju.

2006 rok – miejsce akcji – ponownie Niemcy, drużyna – ponownie bardzo mocna. W fazie grupowej pewnie ogrywa silne Wybrzeże Kości Słoniowej, rozbija Serbię i Czarnogórę 6:1, remisuje w meczu o pietruszkę z Holandią. Potem eliminuje po dogrywce szalony Meksyk i wpada na Niemcy. Ten mecz w Berlinie to kolejna trauma, nie płaczę już jak w 1998 (z racji wieku nie wypada), ale przeżywam to bardzo. Pamiętam, że przed rozpoczęciem ćwierćfinału bardzo bałem się Niemców, ale na boisku nie byli oni tacy straszni. Albicelestes grali lepiej, prowadzili, ale w 80. minucie wyrównał Klose. Wtedy wiedziałem, że jest po nas. Coś mi świta, że były tam jeszcze jakieś kontrowersje z ręką Niemca w polu karnym, jeszcze przy 1:0, ale Lubos Michel tego nie gwizdnął, a realizator nawet nie pokazał jednej powtórki. W karnych Lehmann odczytał z kartki jak strzela Ayala, potem zdeprymował Cambiasso, którego w ogóle nie miał w notatkach i znów trzeba było przełknąć gorzką pigułkę. 

W 2007 roku było jeszcze szalone Copa America w Wenezueli. Coco Basile zbudował na ten turniej taką ekipę, że powinna ona z marszu wygrać mistrzostwo. Crespo, Riquelme, Messi, Tevez, Aimar, Zanetti, Veron. Brakowało chyba tylko Batistuty :). Na drodze do finału strzelanina – bilans bramkowy 16:3, piękna gra i wysokie wygrane, półfinał – 3:0 z Meksykiem, który w grupie zlał Brazylię, a w ćwierćfinale zwyciężył 6:0 z Paragwajem. Finał w Maracaibo to miała być formalność i była… dla Brazylii Dungi, która wygrała 3:0. 

Od tamtego czasu trochę mnie już to przestało bawić, dalej kibicowałem Argentynie, ale nie nastawiałem się już na nic wielkiego. W RPA w 2010 roku klęski spodziewałem się bardzo szybko. Łatwa grupa i starcie z "leżącym nam" Meksykiem w 1/8 finału odwlekły egzekucję, ale ćwierćfinał z Niemcami musiał skończyć się tak jak się skończył – 0:4 i Maradona wylatuje. 

W 2011 Copa America w Argentynie. Teraz to już musi się udać… Jest Messi, jest Tevez jest doping własnych kibiców. Już na dzień dobry sensacyjne 1:1 z Boliwią. W ćwierćifnale wtopa w karnych z Urugwajem i można odfajkować kolejny turniej. Coś co wydawało się niemożliwe stało się faktem – Sergio Batista stworzył z tych gwiazd gorszą "drużynę" niż Maradona. 

W brazylijskim mundialu oglądam najnudniejszą reprezentację Argentyny jaką w życiu widziałem. A jak przeczytaliście, widzialem ją wiele razy. Psikus losu jest taki, że ta nudna, ale też cholernie skuteczna, zwłaszcza w destrkucji Argentyna jest w finale mistrzostw świata. Gdyby to działo się 16 lat temu, prawdopodobnie przez dni między półfinałem i meczem o złoto nie umiałbym mysleć o niczym innym. Teraz sukces przyjąłem na spokojnie. Opcje są dwie – albo zacząłem to kompletnie ignorować, albo dzieje się coś historycznego i albicelestes będą mistrzami świata. Żaden, dosłownie żaden mecz Argentyny na tych mistrzostwach nie wzbudził we mnie strachu. W grupie – wiadomo, za słabi rywale, potem Szwajcaria i od początku byłem pewien że wygramy, zero stresu też z Belgią, prawie zero z Holandią. Trochę było go przed samym początkiem i tuż przed karnymi, których zazwyczaj cholernie się boję i które zazwyczaj przegrywają drużyny, którym kibicuję. Idziemy dalej – Niemcy zlali Brazylię 7:1, a ja jestem spokojny o finał. To zupełnie nowa sytuacja, bo do tej pory porażkę zawsze czułem w kościach albo przed turniejem jak w 2010, albo przed konkretnymi meczami, jak w 2006. Teraz jest inaczej i chociaż gra jest brzydsza, mecze nudniejsze, moje zaangażowanie emocjonalne o wiele mniejsze, to czekam na finał z wielką nadzieją. Wydaje mi sie też, w niedzielę o 21:00 stanę się na dwie, może trzy godziny tym dziesięciolatkiem, co dumny jak paw chodził do szkoly w koszulce Batistuty pośród tych wszystkich Ronaldów i Zidane'ów. Mam tylko jeden problem – nie mogę odnaleźć tej koszulki.

Od soboty ci panowie dbają o to, bym w niedzielny wieczór był w odpowiednim nastroju:

Obym tylko potem nie musiał być tym dziesięciolatkiem, który przez pół godziny szlochał po bramce Bergkampa. 


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/