Kolarski romantyzm powraca

Kolejny dzień wspaniałych emocji. Peleton chyba już otrząsnął się po czasach dominacji Armstronga i dziś na nowo odkrywamy, że nie tylko na ostatnim podjeździe mogą dziać się rzeczy ważne dla klasyfikacji generalnej.

Widowiskowość tych dwóch alpejskich etapów zawdzięczamy w sporej mierze wyrównanemu poziomowi czołówki. Czy raczej nieoptymalnej formie Contadora i wyścigu życia w wykonaniu Cadela Evansa. Dzięki Australijczykowi wciąż jeszcze nie wszystko jest jasne, tylko jego determinacji zawdzięczamy fakt, że czasówka zadecyduje. Bardzo możliwe, że na jego korzyść. Aczkolwiek, że tak megalomańsko pozwolę sobie zacytować własne słowa sprzed kilku dni, „mogą się schować wszyscy szemrani medycy oferujacy kortyzon, czy inną erytropoetynę – nie ma w świecie lepszego środka dopingującego niż żółta koszulka lidera Tour de France.”. Andy Schleck może jutro wykręcić wynik jakiego już nigdy w swojej karierze na czasówce nie wykręci. Chyba że za parę lat dzień przed końcem Wielkiej Pętli będzie miał niewielką przewagę nad wytrawnym czasowcem… Z drugiej strony nasuwa się jednak historia rywalizacji Fignona z Lemondem. Kto wie, może rekord najmniejszej różnicy czasowej między najlepszą dwójką wyścigu zostanie pobity. Takich emocji należy sobie życzyć. I tak też czynię.

Posted In Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.