Mistrz w opałach

Właśnie dobiegło końca jedno z tych spotkań ligi dumnie nazwanej Ekstraklasą, które elektryzuje znaczną część polskiego świata kibicowskiego i przywołuje przed telewizory tych jak to się mówi – wierzących, ale nie praktykujących. To pomiędzy Wisłą i Legią rozgrywała się batalia o niemal wszystkie tytuły mistrzowskie w XXI wieku. To Wisła i Legia reprezentują nas w Europie. Obok takiego spotkania nie mogłem przejść obojętnie i korzystając z chwilki czasu w ten cudowny niedzielny wieczór, postanowiłem postukać w klawiaturę i napisać kilka słów na temat moich spostrzeżeń po obejrzeniu wyżej przedstawionego widowiska.

W ostatni poniedziałek oglądałem (jak zawsze) Poniedziałkowy Program Piłkarski w stacji Nsport. Zaproszeni goście zapowiadali nadchodzący (już można powiedzieć – ubiegły) tydzień jako tydzień sądu, gdzie wiele rzeczy miało się wyjaśnić. Mówiono, że to będzie istny proces Macieja Skorży, który będzie musiał przejść izraelsko-wiślacki test pozytywnie by utrzymać się na stołku. Można powiedzieć, że udało mu się to koncertowo. Lepiej się już chyba nie da. Po horrorze z happy endem w meczu z Hapoelem, teraz doszło dosyć pewne zwycięstwo z odwiecznym rywalem – Wisłą.  Chyba po raz pierwszy za czasów trenera Skorży, Legia zagrała dwa dobre, a wręcz bardzo dobre mecze pod rząd. Czy to oznacza, że demony przeszłości odeszły? Jeszcze zbyt wcześnie aby wyrokować, ale w grze Legii widać oprócz potencjału ludzkiego radość z gry i charakter. To już nie jest drużyna pozwieszanych głów,  których właściciele zaraz po meczu rozchodzili się każdy w swoją stronę. Legioniści nie grają kosmicznego futbolu,  ciągle mają kłopoty z grą atakiem pozycyjnym, a tak trzeba grać ze słabszym rywalem jakich jest w Polsce większość. Jednak powiedzmy szczerze – żadna polska drużyna nie umie grać ataku pozycyjnego. O tym czy dany zespół wygrywa czy przegrywa decydują indywidualności. Te warszawskie, w postaci szalonych Serbów – Radovicia i Ljuboji robią obecnie chyba największą różnicę i to jest siłą dzisiejszej Legii. Po raz pierwszy od bardzo dawna Legia ma ławkę. Manu potrafi zastąpić Radovicia, Gol Borysiuka, a Kucharczyk poniekąd Ljuboję. To ważne w obliczu gry na dwóch frontach.

Na przeciwnym biegunie jest Wisła. Ona miała przed sobą dwa bardzo trudne wyjazdy i to w dodatku bez dwóch swoich czołowych grajków. Biała Gwiazda swój egzamin oblała. Szanse na grę w Lidze Europy wiosną, zmalały do minimum. Aby wyjść z grupy, Wiślacy musieliby wygrać już wszystko, albo  chociaż prawie wszystko. Przed nimi dwumecz z Fulham, który dziś sprawił lanie Queens Park Rangers. Jeśli chodzi o krajowe podwórko to nie powiem, że szanse na obronę tytułu przepadły, bo nasza liga jest taka, że jeszcze Bełchatów może powalczyć o puchary. Niestety gra krakowian nie napawa optymizmem. Porażki z Twente i Legią były wyraźne. W ataku brakuje szybkości i przebojowości, czyli cech jakie dawali Małecki i Melikson. W obronie brakuje wszystkiego.  Kolejny niewyraźny mecz zaliczył Sergei Pareiko. Estończyk wiosną mocno przyczynił się do końcowego tryumfu, ale w obecnych rozgrywkach zawodzi. Kiedyś potrafił niemal wygrywać mecze. Dziś coraz częściej zdarza mu się zawalić bramkę.  Wisły nie uratował tym razem Dudu Biton, ale to efekt dobrej współpracy Żewłakowa i Komorowskiego.  Zabrakło też w obu ostatnich spotkaniach woli walki. Niewykluczone, że to jeden z minusów wielonarodowości przy Reymonta.  Mówiąc o piłkarzach Wisły, że to najemnicy za słabi na wielki futbol, którzy przyjechali do Polski ciągnąć kasę i zgrywać gwiazdorów – można by ich obrazić, lecz gołym okiem widać, że poza polskimi wyjątkami to trawy oni nie gryzą. Prezes Bogdan Basałaj mówi o zimowej ofensywie transferowej. Nie ma co ukrywać – wzmocnienia są konieczne. Ale czy nie będzie już za późno? Teraz wszystko w rękach Roberta Maaskanta. Musi uczynić to co przed rokiem o tej porze – dowlec słabą Wisłę na półmetek sezonu bez dużej straty do najlepszych.  Potem pałeczkę przejmie Stan Valckx. On będzie musiał znaleźć trzech, czterech zawodników, którzy podniosą poziom drużyny i dadzą jej swoją obecnością pozytywnego kopa, jak kiedyś Genkov i Melikson. Włodarze Wisły decydując się na wariant holenderski, w Polsce przebadany z rozbieżnymi rezultatami (Beenhakker), wiele ryzykowali. Holendrzy zorientowawszy się w terenie stwierdzili, że polski piłkarz słaby i drogi, więc  zaczęli szukać za granicą. Efekty przyszły błyskawicznie, ale polityka zagraniczna Valckxa i Maaskanta poszła tak daleko, że już nie ma od niej odwrotu. Na gwałtowne ruchy jeszcze oczywiście za wcześnie, ale gdyby dziś zdecydowano się zrezygnować z kogoś z duetu Holendrów, wiązałoby się to z ryzykiem że wszystko brzydko mówiąc pieprznie.  Jest duże zagrożenie, iż przybysze z kraju tulipanów, kiedy zachce im się opuścić Polskę, nie zostawią po sobie drużyny.  Tacy jak Jaliens czy Lamey do Polski trafili za sprawą Maaskanta, a Maaskant z kolei za sprawą Valckxa. Gdy jeden element wyleci, rozwali się wszystko. To nie tylko chodzi o to, że niektórych zawodników w Krakowie trzymają tylko Holendrzy i oni odejdą razem z nimi. To nie tylko chodzi o to, że bez holenderskich autorytetów trudniej będzie ściągać obiecujących zawodników z zagranicy. Chodzi o to, jaki polski trener (jeżeliby porzucono wariant zagraniczny) poradzi sobie z 14 obcokrajowcami w meczowej osiemnastce? Otóż to.

Trochę sie zagalopowałem w tych teoriach spiskowych, bo do niczego nie dojdzie jeśli po prostu Wisła wróci na dobre tory. Mówię tylko o tym co będzie w przyszłości. Przecież kiedyś bohaterowie powyższego akapitu z Polski wyjadą. Nie będą przecież tu siedzieć wiecznie. Najwyższy czas poszukać bliżej, a nie w dalekim Izraelu. OK, Melikson i Biton to fenomeny, ale w Polsce też mamy zdolnych chłopaków. Viktoria Pilzno gra w Lidze Mistrzów samymi Czechami. W kadrze BATE Borysów jest bodaj dwóch obcokrajowców. Czyli jak się chce to się da.

Posted In Bez kategorii

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.