7,5 godziny

Morderczego etapu. Bez szutrowych udziwnień. Tylko szosa i góra-dół, góra-dół, góra-dół. 7,5 godziny mieli najlepsi. Ostatni na trasie byli ponad 8 godzin. Mnóstwo trudnych podjazdów i jakże niespodziewany przebieg. Fakt że od startu pojedzie kilkunastoosobowa ucieczka zawodników bardzo mocnych, ale ze sporymi stratami było jak najbardziej do przewidzenia. Ale że na trzeciej górze od końca w grupce faworytów pozostanie kilkunastu kolarzy, przy czym nie będzie tam żadnych pomocników – takiego etapu na wielkich tourach nie pamiętam. Contador atakuje na trzecim podjeździe od końca. Na zjazdach kontruje Nibali. No kolejnym podjeździe znowu się rwie. Nibali dogoniony i przegoniony o minutę. Jednak na zjazdach lider Liquigasu wraca do czołówki. Z której co rusz atakują i odpadają inni, którzy walczą o podium, ale i o miejsce czwarte, czy szóste. Albo o koszulkę najlepszego młodzieżowca. Ostatni podjazd i znowuż Contador ucieka, Nibali traci. Nagle okazuje się, że po swoim zrywie el Pistolero nie potrafi utrzymać zdobytej szybko przewagi nad Scarponim, który niemal dochodzi go na kresce. Contador ujawnia znamiona swojego człowieczeństwa. Tymczasem wygrywa Bask Nieve, o którego pozycji w generalce wszyscy zdążyli chyba w międzyczasie zapomnieć. A jednak mamy nowego człowiek do walki o podium. Choć więcej zawodników zostało z tej walki wyeliminowanych. Nagle ważnym graczem staje się też Francuz Gadret. Z dziesiątki wypada król Zoncolanu – Anton. Przemek Niemiec traci do zwycięzcy przeszło kwadrans. I spada tylko o dwa miejsca. Bo wszyscy stracili mnóstwo czasu. Z dziewiętnastego na dwudziestepierwsze. A przecież dziś przerwy i jutro górska czasówka. Na której, śmiało można tak powiedzieć, nasz zawodnik ma szansę być w ścisłej czołówce. Bardzo ścisłej.

Innymi słowy – trudne góry stworzyły piękny scenariusz, zaś cały ten weekendowy tryptyk dał mnóstwo emocji. O sportowych piszę, gdyż bardzo mocne były też emocje dotyczące zmian trasy w ostatniej chwili. Ale mimo wycięcia potężnej góry z trasy – były to niezwykle emocjonujące trzy dni. Stało się to o czym pisałem kilka dni temu. Kolarze pokazali że nie potrzeba wąskich szutrowych zjazdów i innych udziwnień żeby było ciekawie. Że same ciężkie góry wystarczą. Może nie często będzie się zdarzać taka sytuacja, że liderzy zostaną sami. Wszak nieprzypadkowo kolarstwo nazywa się najbardziej drużynowym ze wszystkich sportów indywidualnych. Ale jednak te indywidualne walki są najpiękniejsze. Tak jak te wczoraj, gdy przez ponad 50 kilometrów liczyli się sami najlepsi. Dobrą sytuacją jest to, że nie ma właściwie na tym Giro ekipy, która mogłaby wziąć peleton za mordę i dyktować warunki. Może uszczuplenie składów zespołów jest ciekawą drogą? Można było wprawdzie doszukać się pewnych aliansów na tle narodowym, ponad przynależnością grupową, ale chyba nikogo nie kłuło to w oczy. Gdyż takich aliansów nie będziemy unikać póki na czele nie pozostanie tylko dwóch rywali. I to też jest czar kolarstwa jako takiego. Zaś czarem grand touru mają być góry. W ostatnich dniach one tym czarem były i wcale nie zapowiada się żeby miały przestać. I niech za rok już tylko one pozostaną.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk

Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl.
Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.

http://pawelkazimierczyk.natemat.pl