A Górnik wciąż w marazmie….

Leszek Ojrzyński został wczoraj zwolniony z Górnika Zabrze. Chyba nikt nie był tą decyzją zaskoczony, bo od patrzenia na grę śląskiego klubu aż zęby bolą, a jego sytuacja w ligowej tabeli robi się coraz mniej ciekawa. Widmo spadku – mimo dzielenia punktów – zajrzało kibicom z Torcidy w oczy. I to bardzo głęboko.

Fani Górnika z pewnością roztaczali piękne wizje myśląc o kampanii 2015/2016. Kolejny sezon – wydawać by się mogło – zmierzającej w dobrym kierunku pracy Roberta Warzychy i przede wszystkim otwarcie nowego, naprawdę efektownie prezentującego się stadionu. Trener jednak musiał szybko pożegnać się ze swoim stanowiskiem, a było to oczywiście skutkiem fatalnego początku sezonu. Co ciekawe, Warzycha swój zespół mógł wzmocnić tylko kilkoma cichymi nazwiskami. Choć szkoleniowiec mówił o potrzebie wzmocnienia zespołu bramkostrzelnym napastnikiem, dostał tylko zdolnego, acz kompletnie nieobytego w piłce seniorskiej Marcina Urynowicza, który ostatecznie nie podołał wyzwaniu (choć, z drugiej strony, nie został też obdarzony większym zaufaniem). Od początku sezonu kabaret w bramce odstawiał Przyrowski i aż prosiło się o ściągnięcie kolejnego, tylko tym razem już lepszego, golkipera. I tak też się stało. Przyszedł Janukiewicz, do przodu został ściągnięty Maciej Korzym, drugą linię wzmocnili Janota, Kwiek i Dźwigała, a do bloku defensywnego dołączył Paweł Vidanow. Jednak….wszystkie te transfery miały miejsce dopiero wtedy, gdy schedę po Warzysze przejął Ojrzyński, pod koniec letniego okienka transferowego. I teraz powstaje pytanie, czy to nie jest chora sytuacja, że jeden trener nie może pozwolić sobie na ściągnięcie kilku zawodników, podczas gdy kadra jego zespołu nie jest zbyt imponująca, a nagle przychodzi drugi i z miejsca – jeszcze w tym samym oknie – ściąga sześciu gości? Widać w tym kompletny brak logiki i jakiegokolwiek pomyślunku.
Pozostając przy temacie transferów, ruchy jakie poczynił Ojrzyński, zarówno te letnie, jak i zimowe, okazały się kompletnymi niewypałami. Tylko bramkarz, Janukiewcz, grywa na przyzwoitym poziomie, przebłyski miewa Kante i być może jest za wcześnie, by ocenić kilku innych graczy, którzy nie zagrali jeszcze wielu spotkań. Ale, poza wspomnianym byłym golkiperem Pogoni Szczecin, o żadnym z dwunastu „wzmocnień” Ojrzyńskiego nie można powiedzieć: o, ten gość się sprawdził i wiele daje zespołowi. Co więcej, takie kwiatki jak Korzym i Janota stały się istnym symbolem staczającego się na dno Górnika. Była nadzieja polskiej piłki pierwsze kroki w seniorskiej karierze stawiająca w Feynoordzie, gra tak apatycznie i letargicznie, że czasami mam wrażenie, iż na boisku musi przebywać za karę.

Jesienne złe wyniki klubu z Zabrza byłem jeszcze w stanie zrozumieć. W końcu Ojrzyński nie prowadził okresu przygotowawczego i nie miał zbyt wiele czasu, by wcielić do gry zespołu swoje pomysły. A i na koniec rundy przyszły sympatyczne chwile, jak choćby efektowne, derbowe zwycięstwo z liderem z Gliwic. Zima i runda wiosenna miały być okresem próby. Szczerze mówiąc, sądziłem, że na wiosnę nie będziemy oglądali Górnika grającego piękną piłkę, ale byłem niemal pewny, że Ojrzyński dobrze przygotuje ich pod kątem fizycznym, a i wyniki zespołu znacznie się poprawią. Wierzyłem w powodzenie pracy byłego szkoleniowca m.in. Korony i Podbeskidzia w dużej mierze ze względu na to, jak potrafił przygotować do rozgrywek inne kluby, które dotychczas prowadził.

Jednak rzeczywistość okazała się zgoła odmienna. Ojrzyński fatalnie przygotował zespół. Patrząc na postawę Górnika trudno o znalezienie choćby jednego zawodnika, który w byłby w niezłej  dyspozycji. Każdy zawodzi na całej linii, a do zadań karkołomnych należy zwykle wybranie najlepszego gracza zespołu w danym meczu. Tam po prostu nikt się nie wyróżnia. Większość prezentuje ten sam, mizerny poziom.

Ogromny problem leży w środku pola.  Nikt nie potrafi wziąć na siebie ciężaru i odpowiedzialności za rozegranie akcji. I tak zwykle gra zabrzan polega na wymienieniu kilku krótkich podań między obrońcami i długiej piłce w kierunku osamotnionego snajpera bądź nie potrafiących oderwać się od przeciwnika skrzydłowych. Podopieczni Ojrzyńskiego są cholernie przewidywalni, niemal w każdym zagraniu. Bardziej kreatywny od nich jest chyba nawet Fornalik na konferencjach prasowych.

Lech przeciwko Górnikowi nie zagrał zbyt dobrego spotkania. Miał niezliczoną ilość możliwości rozegrania kolejnych kontrataków, a nierzadko ich piłkarze źle je rozprowadzili, podawali niedokładnie i nie w tempo. A skąd mieli aż tyle okazji? A no wzięło się to na przykład z tego, że Vidanow w przeciągu niecałych dwóch minut potrafił zaliczyć dwie fatalne straty  na własnej połowie, podczas wyprowadzania ataku pozycyjnego. Raz wypuścił sobie piłkę na jakieś 150 15 metrów przed siebie. Jednak największą odpowiedzialność ponoszą oczywiście gracze środka pola. Zero ruchu, wyjścia na pozycję. Jak to lubią mówić trenerzy: „stojanow”, niektórym to by się przydało jeszcze podać kawkę, papieroska i mieliby już pełny chilloucik.

Kolejny problem? Ojrzyński konfliktem z Sobolewskim prawdopodobnie całkowicie przegrał szatnię (o ile nie stało się to już wcześniej). Były gracz Wisły miał ponoć bardzo duży wpływ na atmosferę w szatni, z pewnością miał też duży (jeśli nie największy) autorytet wśród kolegów. Wydaje mi się, że spór i odstawienie takiej postaci jak „Sobol” to było nic innego jak gwóźdź do trumny Ojrzyńskiego.

Nie wiadomo jeszcze, kto przyjdzie na jego miejsce. Jednak niezależnie od faktu, czy Górnik utrzyma się w ekstraklasie czy też nie, ten klub zmierza w bardzo złym kierunku. Tabuny przeciętniaków jakie są ściągane do Zabrza to droga donikąd. Czy działacze nie widzą, że ściągając młodych chłopaków z niższych lig, stawiając na swoich, mogą dać więcej radości kibicom i zarobić więcej kasy niż ściągając wypalonych, zarobionych gości po przejściach. Czy przykłady Milika, Olkowskiego i Zachary niewystarczająco działają na ich wyobraźnię? Hipotetycznie załóżmy, że klub z Zabrza się utrzyma. Fajnie, wszyscy się cieszą. Naprawdę super. Ale co dalej? Kolejny sezon przeciętności? I potem następny taki sam? Z taką polityką, jaką obecnie prowadzi Górnik, tak właśnie będzie – jestem o tym przekonany.
Jeśli ma być lepiej, trzeba zmienić filozofię budowania tej drużyny. Nie może być tak, że zespół ściąga młodego napastnika, który w CLJ ładował na potęgę, po czym ten dostaje kilka krótkich szans, łapie kontuzję, na chwilę wraca i zostaje wystawiony na listę transferową. Młodym trzeba zaufać, dać szansę. Nie mówię, że już teraz, w tym sezonie, kiedy toczy się walka o życie, ale już w następnym – jak najbardziej. Milik przez pierwszy rok był bezbarwny, rozczarowywał, ale grał bardzo wiele, choć miał zaledwie 17 lat. Następny sezon również zaczął w wyjściowej jedenastce i z miejsca stał się gwiazdą zespołu. Zapracował na transfer do Bayeru, a klubowi, dla którego liczy się każda złotówka (tak by się przynajmniej teoretycznie mogło wydawać, choć kontrktowanie kolejnych przeciętnych graczy zdaje się mówić co innego) pozwolił zarobić trzy miliony euro. To działa na wyobraźnię. Trzeba mieć jednak trochę jaj i odwagi, by na takiego młodego chłopaka postawić. Niech Górnik weźmie przykład ze swojego największego rywala. Lipski jest – według mnie – najważniejszym graczem Ruchu obok Surmy, a Mazek co chwilę szaleje na prawym skrzydle. Różnicę klas było widać chociażby w ostatnich Wielkich Derbach Śląska. Śmiem twierdzić, że jeśli Górnik nie pójdzie tą drogą, to nigdy nie wyjdzie z marazmu.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl