Afrykańskie święto

Finał Pucharu Narodów Afryki mógł się podobać. Ba, musiał! Zobaczyliśmy w nim te rzeczy, za które rozgrywki na Czarnym Lądzie kochamy najbardziej, ale jednocześnie nie było to typowe spotkanie PNA. To było coś więcej. Aczkolwiek finał ma obowiązek mieć niesamowity przebieg. Zambijczycy i Ivoryjczycy byli jednak w spełnieniu tegoż obowiązku nadgorliwi.

Przede wszystkim gra – dynamiczna, mało zabawy w środku pola, dużo popisów indywidualnych, ale bez typowo samolubnej gry, którą to często można było spostrzec w poczynaniach gwiazd i gwiazdeczek afrykańskiej piłki nożnej. Była i świetna obrona – błyskawiczne i perfekcyjne powroty, świetna organizacja i w końcu brak wybijania na oślep. Nie było stereotypowych afrykańskich obrońców, którzy mają masę, umieją przepchnąć rywala i nic więcej. Z obu stron rozgrywanie akcji w pełnym tego sformułowania znaczeniu zaczynało się nierzadko w okolicach własnej szesnastki. No i bramkarze. Dwóch świetnych specjalistów. Bez baboli, bez niepewnych interwencji – klasa. Przez długie minuty drżałem o obu golkiperów mając w pamięci ćwierćfinał w którym tunezyjski bramkarz nieomal w pojedynkę doprowadziłby do karnych, gdyby nie jedna nieudana interwencja w dogrywce.  I droga od bohatera do zera okazała się możliwa do przebycia w ułamku sekundy. Wczoraj obaj byli bohaterami.

Bodajże w 74 minucie Ivoryjski skrzydłowy ledwo utrzymał piłkę w boisku – sprawiedliwi uznali jednak, że opuściła ona pole gry. Była to, zdaję się, pierwsza sytuacja w meczu, w której decyzja sędziów była widocznie zła. Być może przegapiłem wcześniej jakąś sytuację, ale jeśli tak, to były to drobnostki. Potem jeszcze w dogrywce uwadze senegalsko-kameruńsko-tunezyjskiej trójki umknęło uwadze kopnięcie zawodnika Ivrojskiego, gdy ten pozbył się już piłki. Aczkolwiek, ku mojej radości, zawodnicy nie wyskoczyli z protestami, tylko grali dalej – póki nie rozbrzmiał gwizdek. Wszystko byłoby cudne, gdyby nie zbrodnicza decyzja podjęta przez liniowego podczas konkursu rzutów karnych. Badara Diatta, pochodzący z Senegalu sędzia główny wczorajszego spotkania, nie mógł nie przychylić się do sygnalizacji liniowego. Gdyby to zrobił zostałby zapewne wyniesiony na ołtarze. Ale główny arbiter musi ufać swoim pomocnikom. Musiałby mieć absolutną pewność, aby zmienić jego decyzję – a przecież to nie na bramkarzu skupia się uwaga głównego. Całe szczęście, że Zambijczycy wygrali. Byłoby bowiem dość nieprzyjemnie.

Ale nie było nieprzyjemnie. Także dlatego, że oba zespoły podeszły do meczu z ogromnym szacunkiem. Do siebie nawzajem i do sędziów – jeszcze raz brawa dla pana Badare Diatty, bo nie dał on okazji zawodnikom, by ten szacunek mógł zmaleć.

I w końcu emocje. Gdy Joseph Musonda z dziecięcym płaczem opuszczał boisko w 12 minucie gry. Gdy karnego kilkadziesiąt minut później karnego przestrzelił Drogba. Aż chciało się kibicować obu zespołom. Zambijczycy: nieznani na świecie (z resztą za kilka tygodni wymienienie kilku nazwisk będzie pewnie ponownie nastręczać problemów), czarny koń, z motywem tragedii sprzed 19 lat w tle, podchodzący z respektem do rywala, świetnie zgrani, stanowiący monolit, w końcu grający ułożoną i bardzo ładną dla oka piłkę nożną. Z drugiej strony Wybrzeże Kości Słoniowej – także świetnie grający, także zgrani, zmobilizowani. Wprawdzie gwiazdy, ale obdarci ze wszystkich pejoratywnych skojarzeń związanych z tym słowem. Didier Drogba to człowiek instytucja, któremu po prostu należy się chwała. I sukces, chwałę wśród kibiców chyba już ma.

No i to przeżywanie emocji. Zawodnicy klęczący, trzymający się za ramiona, śpiewający w czasie konkursu jedenastek – magia! Obserwując te obrazki po raz kolejny można było pokochać oba zespoły. Aż chciało się aby te rzuty karne trwały w nieskończoność. Choć obawiam się, że obie ekipy zostały zdziesiątkowane zawałami serc. Bez zbędnej sztuczności, choć może to wyglądało czasem infantylnie – było prawdziwe. Za to się kocha afrykańskie rozgrywki. Wprawdzie zdarzają się, zwłaszcza w słabszych ekipach, takie gwiazdeczki, wokół których w ich mniemaniu kreci się cały świat. Ale wczoraj tego nie było.

Nie chcę tutaj pisać, że ta naturalność robi afrykańskie rozgrywki bardziej emocjonującymi, że Europa jest gorsza. Po prostu u nas wygląda to tak, a u nich inaczej. I to inaczej, może dlatego, że rzadziej mamy z tym do czynienia, jest takie cudowne i wspaniałe. Jednak te śpiewy podczas jedenastek położyły mnie na łopatki. Ale coś w tym niewątpliwe jest. Wszak nieprzypadkowo z ogromną estymą wspomina się wykonanie Bogurodzicy na Polach Grunwaldzkich. Piszę to z pełną powagą.

Cholera, może jednak chcę napisać, że afrykańskie rozgrywki są dzięki temu lepsze?

Żałuję, że mało pilnie śledziłem tegoroczny Puchar Narodów Afryki. Co tam, że nie było Nigerii, czy Egiptu. I tak było wielkie święto. Święto piłkarskie, święto sportowe. Święto w ogóle.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl