Ale Bayer!

W ostatniej scenie filmu W samo południe, Gary Cooper, grający szeryfa, zdziera z piersi gwiazdę i ciska nią o piaszczyste podłoże. Twardym, męskim, pełnym pogardy wzrokiem spogląda na korzących się przed nim tchórzliwych mieszkańców, którzy chcą przedłużyć jego kadencję. Wcześniej sami chcieli jego odejścia, jednak w ostatnim dniu pracy samotnie odparł najazd na miasto podłych zbirów. Ich propozycję przyjmuje w godny sposób. Odwraca się i opuszcza miasto. Pod nosem nuci „Don’t look back, don’t look back”.

***

Porównując każdy, nawet najlepszy scenariusz filmowy, z nawet standardowym przebiegiem zdarzeń, jakie trafiają się w piłce nożnej, nie da się nie stwierdzić, że to, co pisze futbol jest w rzeczywistości zdecydowanie bardziej „filmowe”. Wielki Manitou ds. piłki nożnej w najbardziej nieprzewidywalny sposób zwykł oddawać to, co kiedyś zabrał i zabierać to, co kiedyś odda. Najsłabsi zawodnicy strzelają najważniejsze bramki, najbardziej niesamowite gole padają w chwilach ostatecznych, po strzałach przypadkowych i oddawanych z zamkniętymi oczami.

Dlatego podstawy, by sądzić, że Bayer Leverkusen zdobędzie w tym roku mistrzostwo Niemiec z pewnością są. Może nie są oparte na logicznych przesłankach, bo te dają wszelkie pierwszeństwo Borusii Dortmund. Drużyna Polaków ma na trzy kolejki przed końcem pięć punktów przewagi i terminarz wcale nie trudniejszy od Aptekarzy.

A jednak kiedy zespół trenera Kloppa obezwładniał kolejnych rywali od Bałtyku do Alp i miał kilkanaście punktów przewagi nad psami gończymi to wydawało nam się, że Borussia zapewni sobie mistrzostwo już przed świętami. Bożego Narodzenia. Albo najdalej objawienia pańskiego, zwanych mądrze epifanią, czy slangowo Trzech Króli. A Chrystus nie dość, że się już urodził to już go do krzyża zdążyli przytroczyć, a Borussia dalej nie ma w rękach złotego talerza.

To byłoby jednak za słabą przesłanką. Wszak dortmundczycy mogą się doczołgać jako lider i paść z wycieńczenia dopiero na mecie, co najpewniej i tak uczynią. Ale jest jedno ale. Ta nieprzewidywalność. Ta ironia pasowałaby mi do tego sportu i do tej nieprzewidywalnej ligi. Złośliwi Niemcy wtykają Bayerowi Leverkusen literkę „n” w nazwę. Kibice Aptekarzy życzyliby sobie, by przystawiać ją tak, by powstało słowo „Bayern”, bo to prawdopodobnie sprawiłoby, że ich drużyna wygrywałaby wszystko i uchodziłaby za symbol sukcesu. Niestety, Niemcy w swej niewyczerpanej złośliwości, n wtykają do nazwy miasta, tworząc przeklętego potwora „Neverkusen”. Never – powinno się wam to kojarzyć z angielskim słówkiem. No właśnie…

Never. Oni nigdy, oni przenigdy nie zdobyli mistrzostwa Niemiec. Nie mogą. Zacinają się. Choćby nie wiadomo jak cudowną i klarowną mieli sytuację i tak trwonią przewagę na koniec. Siedem razy byli już na podium. Czczery razy kończyli sezon jako wicemistrzowie. Byli w finale Ligi Mistrzów, a więc teoretycznie stali się wtedy… drugą co do najlepszych, drużyn w Europie, ale posiadanie tak mocnego składu nie przeszkodziło im w zajęciu tylko… drugiej pozycji w lidze niemieckiej.

Gdyby to Leverkusen było dziś na pozycji Dortmundu stawiałbym wszystko, co mam, na to, że nie zdobędzie mistrzostwa. Ale w tym sezonie Aptekarze wykazują się wyjątkową wytrwałością. Podczas gdy Arjen Robben już w grudniu gratulował Borussii mistrzostwa, A Bayer ciułał, ciułał, ciułał. W Bayernie gwiazdorzyli, narzekali na wszystko, co się da, poddawali się za wcześnie. Leverkusen, mimo że straciło od lidera aż 21 goli więcej wciąż może po raz pierwszy w historii być mistrzem. Gdyby to się udało w takich okolicznościach byłby to niezbity dowód na niezwykłą niezwykłość piłki.

***

14. maja 2011 roku we Fryburgu Bryzgowijskim czerwono-czarny tłum wiwatuje przed zbliżającym się do emerytury Juppem Heynckesem. Skanduje jego nazwisko. Prosi, by został, choć już wiadomo, że od nowego sezonu będzie pracował w Bayernie. Trener przebiega wzrokiem po twarzach zawodników, zapamiętuje widok stadionu i kibiców, wdzięcznych za pierwszy w historii tytuł. Heynckess ciska wielką paterą o ziemię, odwraca się na pięcie, mija granicę Badenii-Wirtembergii z Bawarią i zdecydowanym krokiem idzie przez piaszczystą zakurzoną drogę na Monachium. Pod nosem nuci „Don’t look back, don’t look back”. Ze strzępków zasłyszanych po drodze rozmów dolatują do niego informacje o kilku zwłokach, które w nocy wyrzuciła Ruhra. Ludzie mówią, że to jacyś samobójcy z Dortmundu.


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl