Ależ się one pięknie cieszyły!

Mowa o Brazylijkach, które zostały Mistrzyniami Olimpijskimi w siatkówce. Moim zdaniem jest to jednak niespodziewane roztrzygnięcie, gdyż stawiałem, że złoto przypadnie Amerykankom. Na najniższy stopień podium wskoczyły Japonki, które w wewnątrzazjatyckim pojedynku o brąz pokonały Koreanki.

Myślę, że aby zachować hierarchię ważności meczów, warto zbudować napięcie od spotkania o 3. miejsce, bo było ono emocjonujące. Reprezentantki Japonii wygrały w trzech setach, ale w każdym z nich oglądaliśmy dużo walki po obu stronach. Mecz mógł więc zakończyć się zupełnie innym rezultatem. Chwilami zastanawiałem się, czy jest to walka Japonii z Koreą, czy Saori Sakody z Yeon-Koung Kim. Obie te siatkarki zdobyły po dwa razy więcej punktów niż drugie najlepsze punktujące w ich zespołach.

Co ciekawe, można się było spodziewać, że główną rolę po japońskiej stronie siatki odgrywać będzie Saori, ale… Kimura. Tak przynajmniej wynikało z przebiegu poprzednich meczów. W sobotę ponękała trochę rywalki zagrywką, ale parokrotnie również została zatrzymana na siatce i Yoshie Takeshita musiała szukać innego rozwiązania na rozegraniu. Grała więc piłkę na drugą stronę – do Risy Shinnabe (ale ją też czasem udawało się zatrzymać) lub do wspominanej najskuteczniejszej Sakody.

Po drugiej stronie Yeon-Koung Kim (tradycyjnie zresztą) miała bardzo dużo pracy, gdyż atakowała ze wszystich możliwych pozycji z wyjątkiem środka. W sumie i tak nie zdziwiłbym się, gdyby dostała kilka takich piłek. Siłą Koreanek był też serwis, ale Japonki są znane z tego, że świetnie grają w obronie, więc nie dawało to aż tak wielu punktów, jak można było się spodziewać.

Statystyką, która od razu przykuła moją uwagę, był blok. Podopieczne Masayoshiego Manabe nie zdobyły ani jednego punktu po tym elemencie! Za to Koreanki dzięki niemu odrabiały kilkupunktowe straty w każdym z setów. W ten sposób doprowadzały do zaciętych i interesujących końcówek.

To, co charakteryzowało obie ekipy, to dobry procent przyjęcia, ale kiepski ataku. Być może stąd wzięła się zaciętość tego pojedynku. Zwycięsko wyszły z niego zawodniczki z Kraju Kwitnącej Wiśni, dla których to kolejny wielki sukces na przestrzeni niespełna dwóch lat. W listopadzie 2010 w MŚ także zdobyły brązowy medal, lecz wielu zarzucało im to, że wywalczyły go w domu. Teraz już wymówki nie było – pokonały przecież Koreanki, a wcześniej Chinki, czyli nie byle jakie ekipy.

W finale doszło do powtórki z Pekinu. Nie tylko za sprawą uczestniczących reprezentacji, ale również wyniku, jakim zakończył się mecz. Początkowo niewiele wskazywało na taki przebieg spotkania. Brazylijki źle weszły w mecz – Thaisa mylila się ze środka, Sheila w ataku, a Jaque była zupełnie jakby nieobecna. Amerykanki za to prezentowały dobrą, silną zagrywkę i skutecznie blokowały. Chwilami przypominało to grę reprezentacji męskiej.

Już miały ziścić się słowa trenera Hugh McCutcheona, który przed turniejem powiedział (przypominając nieco Huberta Wagnera):

Interesuje mnie wyłącznie mistrzostwo olimpijskie. Nie przyjechalem tutaj po 3., czy 4. miejsce.”

Ale w drugim secie rozkręciły się rywalki. Wszystko to, co napisałem w pierwszym akapicie części przeznaczonej na finał odwróciło się o 180 stopni. Canarinhos jakby puściły w niepamięć pierwszą, kompletnie nieudaną partię. W tym momencie miało rozpocząć się widowisko, ale jakaś niemoc wkradała się w szeregi triumfatorek trzech ostatnich edycji World Grand Prix. Robiła, co mogła Logan Tom, ale siła reprezentacji spod Gwieździstego Sztandaru nie powinna opierać się tylko na niej. W porównaniu do tego, co oglądaliśmy wcześniej, słabsze zawody przytrafiły się Destinee Hooker – mojej ulubionej atakującej. Owszem, miewała lepsze momenty, ale przeplatała je gorszymi, co zdarzało się jej w Londynie rzadko.

Podopieczne José Roberto Guimar?esa z każdą udaną akcją nakręcały się na kolejne. Cieszyły się niesamowicie z każdego wywalczonego punktu. Miło było oglądać uśmiechnięte zawodniczki. Przez wzgląd na to, co pokazały w finale, należy stwierdzić, że zasłużenie wywalczyły złote krążki. Jeśli zapomnimy o pierwszej partii, to można powiedzieć, że spotkanie rozegrały koncertowo w każdym elemencie.

Z drugiej strony szkoda mi Amerykanek. Trzeci rok z rzędu wygrały Grand Prix, ale na najważniejszej imprezie sezonu nie osiągnęły celu. Londyńsie srebro z czasem nabierze jeszcze wartości dla zawodniczek, ale sam przecież uważałem, że to własnie one wygrają zawody olimpijskie. W całych grały naprawdę kapitalnie, zaś w drugim secie finału stało się z nimi coś dziwnego. Zeszły ze swojego poziomu. Ciężko nawet powiedzieć o podjęciu walki, skoro nie przekroczyły bariery 20 punktów w żadnej z przegranych odsłon.

Dlatego właśnie trochę mi zabrakło emocji w batalii o złoto. W takich sytuacjach mówi się o pięknie albo o brutalności sportu – w drodze do finału można rozegrać mecze byle jak, aby tylko awansować. Chodzi o to, żeby zwyciężyć w tym decydującym meczu, meczu czterolecia. To uczyniły Brazylijki, które z grupy wyszły z czwartego miejsca, a ostatecznie obroniły Mistrzostwo Olimpijskie, z którego cieszyły się pięknie, jak mało kto.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl