Anglia: sezon Diabłów z każdej strony

Nie będąca, ogólnie rzecz biorąc wielkim widowiskiem bitwa o Anglię w dwóch aktach zakończyła się tak jak zakończyć się powinna. Starcie to, mimo że w Lidze Mistrzów, idealnie odzwierciedliło cały ligowy sezon w wykonaniu zarówno aktualnych jeszcze mistrzów Albionu z Chelsea, jak i nadchodzącego czempiona z Manchesteru.

Chelsea nie jest drużyną, przypominającą walec, który przejechał przez zeszłoroczne ligowe rozgrywki, pewnie sięgając po czwarty tytuł mistrzowski w swojej historii. W obecnym sezonie, mimo że pierwsze kolejki kampanii zapowiadały „powtórkę z rozrywki”, dużo się jednak zmieniło. Po starcie „z grubej rury” podopieczni Carlo Ancelottiego złapali zadyszkę, która w mgnieniu oka zamieniła się w kryzys, nawet poważny.

Pod koniec stycznia wydawało się jednak, że The Blues powoli wychodzą z dołka. Zaczęli w końcu punktować, coś się ruszyło w samej grze. Aż nadszedł dzień 1 marca tego roku.

Manchester sezon rozpoczął przeciętnie. Pewne, zwycięskie pojedynki na Old Trafford przeplatał słabymi występami – najczęściej remisowymi – poza domem. Przeciętna, lecz konsekwentna gra wystarczyła jednak, aby pod koniec listopada, kosztem oczywiście Niebieskich, zająć fotel lidera Premiership. Od tego momentu MU lideruje do dzisiaj, jednak nie bez problemów.

Na początku lutego Czerwone Diabły poniosły pierwszą ligową porażkę, z ostatnim wtedy Wolverhampton. Co więcej ? porażkę zasłużoną. Potem nastąpiło budujące zwycięstwo w derbach Manchesteru oraz sukces ze słabiutkim Wigan. Następnie wspomniany 1 marca.

Dnia tego odbył się, przełożony wcześniej, mecz pomiędzy Chelsea a United na Stamford Bridge. Spotkanie, którego wynik nie tyle miał znaczenie jeśli chodzi o układ tabeli (przy zwycięstwie CFC, którzy mieli jeszcze zaległy mecz, przewaga MU wynosiła ?teoretycznie? dziewięć oczek), ale przede wszystkim dawał ogromną przewagę psychologiczną w końcowej części sezonu.

Chelsea, mimo, że przegrywała, zdołała „mecz na szczycie” wygrać. Wydawało się wtedy, że wszystko jest jeszcze możliwe: Londyńczycy za meczu na mecz grają coraz lepiej, a United coraz gorzej, doznawali kolejnych porażek – podopieczni sir Alexa Fergusona już kilka dni po porażce z Niebieskimi osiągnęli podobny wynik ze znienawidzonym Liverpoolem. W czerwonej części Manchesteru wszystkim zaczynał się przypominać zeszły sezon, gdzie United przegrali tytuł właśnie w marcu.

Po niespodziewanym zwrocie, w przeciwne kierunki, obu zespołów wszystko jednak wróciło do obecno sezonowej normy. Chelsea niedawnym remisem ze Stoke ostatecznie pogrzebała swoje szanse na obronę tytułu, a Manchester mimo, że dalej nie gra wielkiej piłki, radzie sobie jednak bardzo dobrze, nie dając złudzeń rywalom. Okazało się, że zadyszka United była raczej małymi wypadkami przy pracy, a przede wszystkim, że piłkarze Ferguson, jak i sam Szkot, wyciągnęli wnioski z zeszłorocznej klęski. Z kolei powrót do mistrzowskiej formy CFC zakończył się tuż za linią startu – Chelsea na lepszą grę w tym sezonie po prostu nie stać.

Mimo, że o tym, iż MU zostanie w tym sezonie mistrzem Anglii dowiedzieliśmy się w zasadzie już półtorej tygodnia temu, kiedy Chelsea zanotowała wspomniany remis ze Stoke, a drugi od długiego czasu Arsenal ugrał tylko punkt z Blackburn, to zakończony wczoraj europejski dwumecz aktualnego z przyszłym mistrzem Anglii był idealnym odzwierciedleniem całego sezonu w wykonaniu tych teamów. Bezbarwna Chelsea nie mogła być najlepsza, a doświadczenie, konsekwencja i mądrość Manchesteru pozwala im być najlepszą angielską drużyną sezonu 2010/2011. Nie tylko na Wyspach.

Wyższość w lidze i w Europie nad innymi angielskimi drużynami Man Utd już pokazał. A i w FA Cup są faworytem, bo City z poniedziałkową grą na Anfield nie ma czego w półfinale z United szukać.


pubsport.pl
Adrian Adamus
tu piszę: http://www.angielskapilka.com/ http://futbolnanie.blox.pl/html
http://www.myspace.com/adek666a