„Anty El Clasico” coraz bliżej

W drugim pierwszym meczu półfinałowym Champions League Chelsea pokonała Barcelonę 1:0. Trzeba przyznać, że jest do zwycięstwo okraszone sporą dawką szczęścia lub… pecha Barcelony…

Mam wrażenie, iż to spotkanie nie miało tego „czegoś”, co było w drugiej parze. W Monachium pomimo ostrej walki dało się odczuć wiele emocji, a tutaj gdyby nie ranga i szczebel rozgrywek, to pewnie wielu kibiców przełączyłoby na coś innego w telewizji.  Ja, z kolei, bałem się opuścić jakikolwiek fragment gry, ponieważ obawiałem się, że w momencie wydarzy się coś ciekawego. Na szczęście wszystko, co ważne, widziałem. „Ileż można oglądać, jak ta Barca siedzi na Chelsea i przez cały mecz nie umie strzelić gola z tylu okazji?!” – takie prawdopodobnie było myślenie wielu obserwatorów tego spotkania.

Coś w tym jest. Podoba mi się, jak to ujął Przemysław Rudzki, który przeprowadził statystykę posiadania szczęścia środowego wieczoru na Stamford Bridge. Oczywiście The Blues mieli 100%, a Blaugrana – 0%. W posiadaniu piłki – jak łatwo się domyślić – dominowali podopieczni Guardioli – przez niemal 3/4 czasu rywalizacji w Londynie. Jednak tym razem, nie przełożyło się to na końcowy sukces. Chelsea nie była lepsza tylko skutecznejsza.

Roberto di Matteo odniósł kolejną ważną wygraną. Trzeba przyznać, że dobrze rozpracował obrońców Pucharu Europy. Obrońcy „Niebieskich” nie zostawiali miejsca do gry blisko bramki, za wszelką cenę zagęszczali plac gry przed polem karnym i to przyniosło efekt. Podejrzewam, że żadna drużyna na świecie, oprócz Barcy i tych niezliczonych szybkich podań, nie dałaby rady oddać aż 20 strzałów przy takim tłoku na połowie rywala. Inna sprawa, że po tych uderzeniach nie padł żaden gol…

Pochwały należą się obronie Chelsea, a bura defensorom Barcelony. Wielokrotnie dochodziło do nieporozumień, które mogły mieć niebezpieczne skutki. Javier Mascherano przecież nie pierwszy raz zastępuję kolegę na środku obrony. Nigdy nie szło mu superświetnie, ale unikał także fatalnych występów.

Ekipa gości stale była w posiadaniu futbolówki, lecz kończyły się jej pomysły na grę. Miało być ciągle to samo, aż do skutku. O tym, że zaczęli kombinować świadczy wiele faktów, np. więcej niż zwykle piłek granych górą, główka Messiego, czy samotne rajdy Argentyńczyka w drugich 45 minutach. Leo postanowił wziąć ciężar odpowiedzialności na siebie i, jak na najlepszego piłkarza świata przystało, samemu roztrzygnąć losy meczu. Nie udało mu się – gdy mijał dwóch obrońców, wyrastali mu trzeci i czwarty i któryś z nich albo sfaulował albo wybił piłkę, byle gwiazda Barcelony dalej się nie przedarła. Faktycznie, zatrzymanie Messiego to jeden ze sposobów na zatrzymanie całej drużyny ze stolicy Katalonii.

Być może reprezentant Argentyny chciał się zrehabilitować za stratę w środku pola, po której poszła kontra i Drogba zdobył bramkę. Mogło to na nim ciążyć, choć nie mam pewności, bo nie wiem, o czym myślał w danej chwili starcia. Robił co mógł, a że niewiele mógł, to już przełożyło się na końcowy rezultat.

Akapit chciałbym też poświęcić Didierowi Drogbie, który moim zdaniem zasłużył na miano bohatera i ofiary meczu. Ten pierwszy tytuł z wiadomych powodów, zaś ten drugi mam zamiar uzasadnić. To prawda, że piłkarz z Wybrzeża Kości Słoniowej był kilka razy faulowany, ale parokrotnie przesadził z aktorstwem. Przekornie możnaby rzec, iż chciał się dopasować do poziomu Barcelony, ale środowego wieczoru chyba jeszcze go przekroczył. Po zdobytej bramce już raczej nic mu się specjalnie nie działo…

Podobnie jak Bayern wczoraj, Chelsea zagrała z głową. Co prawda nie wyglądało to efektownie, ale już zostało kiedyś powiedziane, że z Barceloną inaczej się nie da. Jednakże nic jeszcze nie jest przesądzone. The Blues pojadą do jaskini lwa z jednobramkową zaliczką. Dużym osiagnięciem będzie jej obronienie lub powiększenie. Już kiedyś klub z Londynu remisował na Camp Nou, więc niemożliwe nie istnieje.

To już chyba wszystko w kwestii tego meczu. Nie ma co rozgrzebywać tematu, bo choć był on udany dla gospodarzy i fatalny dla gości, to nie działo się za dużo ciekawych rzeczy. Mam nadzieję, że limit nudy został już wyczerpany i na Camp Nou we wtorek zobaczymy ładne widowisko. Rezultat ze środy jeszcze bardziej pogrzewa atmosferę przed rewanżem, podobnie, jak w drugim półfinale. I niech ktoś zaprzeczy, że Liga Mistrzów nie jest piękna…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl