Argentyński wirus

Minęło już ponad 24 godziny od pierwszego meczu Copa America 2011. Trochę ochłonąłem i mogę się wypowiedzieć. Argentyńczycy popełnili falstart, którego przyznam szczerze w najczarniejszych scenariuszach nie zakładałem.

Wiedziałem że argentyńska piłka jest chora, nie spodziewałem się, że choroba jest w tak zaawansowanym stadium. W piątkową noc przypomniałem sobie jednak słowa Bartłomija Rabija ze Sportklubu, mówiące, że kryzys jest najpoważniejszy w historii. Śmiała teza, choć jeszcze dwa tygodnie temu budziła we mnie spore wątpliwości.

Oglądałem mecz z Boliwią i z każdą minutą nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że już to kiedyś widziałem. Bezradne tłuczenie głową w mur. Oczywiście, że to już kiedyś było – na przykład na mundialu w meczu z Niemcami i jeszcze w paru innych meczach. Wielka improwizacja – od tej argentyńskiej zdecydowanie wolę jednak tę mickiewiczowską.

Pierwsza konstruktywna myśl jaka przyszła mi do głowy po końcowym gwizdku sędziego meczu otwarcia, brzmiała „przecież od roku nic się kurcze nie zmieniło”. To wciąż jest jedenastu piłkarzy o wielkich nazwiskach,grających w najlepszych europejskich klubach. Jednocześnie jest to jedenastka piłkarzy, których taktykę można nazwać „run and kick”  a może lepiej „correr y patear!”*. Masz piłkę to z nią biegnij ile możesz, potem kopnij w pole karne/na bramkę/do najbliżej ustawionego partnera (niepotrzebne skreślić). W piątek błyskotliwym i bezkonkurencyjnym w tym elemencie był Lavezzi.

Rok temu psioczyliśmy (my fani albicelestes) na Maradonę, na brak taktyki, na szaleństwo, na złą selekcję. Zastanówmy się na co możemy psioczyć teraz. Po pierwsze – na Batistę, jakiś taki nieprzekonujący, jego reprezentacja nie gra zbyt dobrze, a w porównaniu do poprzednika jest mniej charyzmatyczny. Po drugie – taktyka, jakaś jest, ale z wyraźnymi błędami. Przyjęcie, że Messi załatwi nam wszystko, jest mylne, bo Messi to piłkarz uzależniony i przyzwyczajony do tego, że za plecami ma duet najlepszych środkowych pomocników świata. Zastanówmy się kiedy ostatni raz Argentyna zagrała przyzwoitą poukładaną piłkę. Hmm, w 2007 roku, kiedy w środku pola dzielił i rządził Roman Riquelme. Z całym szacunkiem, ale Ever Banega to nie jest piłkarz tej klasy. Kolejny kłopot Batisty to znalezienie na boisku miejsca dla Messiego i Teveza. Przez cały mecz obaj panowie jakby sobie wzajemnie przeszkadzali. Mówi się, że Argentyna ma wirus Messiego – piłkarz ten rzekomo utrudnia jej grę i paraliżuje poczynania innych graczy. Być może jednak wirus nazywa się inaczej – być może jest nim Carlos Tevez, ostatnio rzadko występujący w kadrze, powołany na skutek ogromnego społecznego poparcia jakim się cieszy. Próbował Batista Teveza na lewej flance – nie działało, po przerwie Di Maria zrobił tam lepszą robotę, próbował też na szpicy – nie wyglądało to dobrze. Przesunięty na środek ataku Tevez w drugiej połowie był kompletnie niewidoczny.

Trzeci zarzut jaki stawialiśmy Maradonie to błędy w obsadzie personalnej. Batista idzie tą samą drogą. Co prawda nie pozbawił się na własne życzenie Cambiasso czy Zanettiego, ale dokonuje złych wyborów jeżeli chodzi o meczową jedenastkę. Po części zostało to opisane w poprzednim akapicie. W środowym mecz z Kolumbią nie wyobrażam sobie innego scenariusza jak dokonanie czterech, pięciu zmian. Aguero za Lavezziego, Pastore za Banegę, Di Maria za Teveza, plus Higuain na szpicy, kosztem jednego z defensywnych pomocników. Krótko mówiąc wariant taktyczny jak z drugiej połowy, tylko z innymi wykonawcami. Argentyńczycy mają ogromny potencjał i szalenie równą kadrę. Nie jestem w stanie zrozumieć dlaczego tak długo po boisku biegali Banega (przeciętny w pierwszej odsłonie, zdruzgotany samobojem na początku drugiej) oraz Lavezzi – bezproduktywny, nie potrafiący dokładnie dograć piłki do tego nerwowy, pracujący na czerwoną kartkę.

Nie jest łatwo być selekcjonerem w Argentynie. Ogromny kłopot bogactwa, plus fanatyczni fani mogą przyprawić o ból głowy trenerów lepszych niż Batista. Idealnym rozwiązaniem dla niego byłaby możliwość wystawienia 14, a nie 11 piłkarzy. Skoro przy argentyńskich trenerach jesteśmy – do rozkładu piłki w tym kraju przyczynia się federacja AFA. Przypomnijmy, że Sergio Batista został selekcjonerem niejako przez przypadek. Utrzymał stanowisko po wygranej z Hiszpanią, gdzie pełnił funkcję trenera tymczasowego. W tym samym czasie na kontynencie pracuje cała masa trenerów z tego kraju, odnoszących sukcesy na „cudze” konto. Na Copa America będzie ich bodajże czterech. Po piątkowym „spektaklu” mam wrażenie, że taki Martino z Paragwajem, czy Borghi z Chile mogą tutaj ugrać więcej niż Batista, no a piłkarzy raczej lepszych nie mają. Nie wspomnę już o trenerach pracujących w europejskich klubach, szczerze mówiąc od lat marzyłem by Hector Raul Cuper przejął dwukrotnych mistrzów świata.

Z drugiej strony, kto chciałby mieć za pracodawcę instytucję, która na przygotowania do turnieju rozgrywanego u siebie wysyła ekipę na tour de świat: Europa ->Buenos Aires -> Nigeria -> Polska. Chyba ochotników nie ma za wielu. Wirus trawi argentyńską piłkę i nie wiem czy uda się go pokonać. Ostatnio oglądałem powtórkę pamiętnego ćwierćfinału MŚ z 1998 roku z Holandią. Pomimo przegranej, która wówczas wywołała u mnie płacz, ten mecz oglądało się z przyjemnością. Drużyna prowadzona przez Pasarellę grała efektownie i ładnie dla oka, była poukładana i skuteczna. Wtedy nie potrafiłem tego docenić, narzekałem, że taki skład i tylko ćwierćfinał. Podobnie było w 2006 roku, gdy trenerem był Pekerman. Nie spodziewałem się, że kilka lat później skład będzie jeszcze lepszy, a wyniki co najwyżej porównywalne. Tylko mimo wszystko jest różnica między ćwierćfinałami Pasarelli i Pekermana, a klęską Maradony.

*mam nadzieję, że tłumacz google nie spłatał mi jakiegoś psikusa 🙂


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk

29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć „coś” ciekawego w każdej dyscyplinie sportu.
Obserwuj mnie na Twitterze

http://www.pubsport.pl/