Aussie Kim!

Kim wielka, Kim wspaniała tytułu odebrać sobie nie dała! Belgijka w ostatniej chwili zapobiegła chińskiej rewolucji i wywalczyła swój czwarty wielkoszlemowy tytuł, trzeci po powrocie i pierwszy poza Flushing Meadows.

Najpierw jednak o największej rewelacji turnieju. Rok po osiągnięciu w Melbourne półfinału Li jeszcze raz przypuściła chińską nawałnicę i została pierwszą finalistką Wielkiego Szlema z Azji i najstarszą finalistką Australian Open od czasu Chris Evert (w 1988 roku – pierwsza edycja w Melbourne Park Chris Evert miała 33 lata i 34 dni). W półfinale obroniła piłkę meczową i skarciła za defensywną postawę Karolinę Woźniacką, a w finale była w stanie urwać seta doświadczonej Belgijce. Można by powiedzieć, że idzie nowe w kobiecym tenisie, ale to nie nowe, tylko stare, bo przecież tenisistka z Wuhan liczy już sobie prawie 29 lat, Clijsters ma zaś 27. A przecież ledwie pół roku temu w Roland Garros swój pierwszy wielkoszlemowy tytuł zdobyła wtedy niespełna 30-letnia Francesca Schiavone. Czy w kobiecym tenisie do głosu będą teraz dochodziły „babcie”? Po triumfie w Sydney Li poszła za ciosem i wygrała sześć spotkań w Melbourne Park. Bilans spotkań 11-0 i dopiero w finale odważnie atakująca, cierpliwa, doprowadzająca rywalki do rozpaczy piekielnym bekhendem, dobrze serwująca i jeszcze lepiej returnująca Chinka pękła w starciu z równie cierpliwą, ale mającą większy arsenał zagrań Clijsters.

Nie sztuką jest wygrać, gdy wszystko idzie pięknie i niemal bez wysiłku. Sztuką jest pokonać samego siebie i zwyciężyć. Taka właśnie była droga Kim po tytuł. Bo choć do finału nie straciła seta, to raz za razem musiała przełamywać swoje słabości. Tak było w meczu z Alize Cornet, tak było w ćwierćfinale z Agnieszką Radwańską i w półfinale ze Zwonariową parę zgrzytów również było. A co dopiero powiedzieć o finale, gdy Belgijka długi czas trafiała piłkami w płot albo pakowała je w siatkę. Cały czas była jednak cierpliwa i siłą woli przełamała opór żądnej krwi Chinki. To jest właśnie jej charakter, wielka osobowość działająca na przeciwniczki. Clijsters usztywnia rywalki samym swoim nazwiskiem.

Dla Clijsters był to ósmy wielkoszlemowy finał (bilans 4-4). Do trzech tytułów zdobytych na Flushing Meadows (2005, 2009, 2010) dorzuciła triumf w Melbourne Park. Był to jej ósmy finał w drugim tenisowym życiu, które rozpoczęła w 2009 roku i jedyny przegrany to ten w Sydney przed dwoma tygodniami nie z kim innym jak z Na Li. Niech nikt jednak nie pomyśli, że powroty w tenisie są takie łatwe i przyjemne. Generalne powroty z emerytury w całym sporcie rzadko się sprawdzają. Na przeciwległym biegunie mamy Justine Henin, która z powodu bolącego łokcia właśnie po raz drugi powiedziała do widzenia i myślę, że tym razem już na zawsze. Li po osiągnięciu finału w Melbourne awansuje na najwyższe w karierze siódme miejsce w rankingu WTA i stanie się drugą najwyżej notowaną tenisistką z Azji (Japonka Kimiko Date-Krumm w 1995 roku była czwartą rakietą świata). A Clijsters w najbliższy poniedziałek zostanie wiceliderką rankingu WTA. I ciekawostka: po raz pierwszy od czasu wprowadzenia rankingu WTA w 1975 roku w pierwszej 10 będziemy mieli 10 tenisistek różnej narodowości.


pubsport.pl
Łukasz Iwanek
Lubartów, w 2009 roku ukończył studia na kierunku Ekonomia. Od 2009 roku pracuje w portalu SportoweFakty.pl, najczęściej cytowanym serwisie internetowym. Pisze tam o tenisie, ale interesuje się też piłką nożną i wieloma innymi dyscyplinami, jak lekkoatletyka, siatkówka, pływanie czy sporty zimowe. Od 2007 roku prowadzi bloga Sportowa Publicystyka.
http://sportowapublicystyka.blox.pl