Berbatova casus bolesny

Końcówka sezonu 2010/11 Premier League była dla króla strzelców minionych rozgrywek, Dimitara Berbatova, paradoksalnie pasmem niepowodzeń i rozczarowań. Przynajmniej indywidualnych, bo oczywiście Manchester United nie zawiódł i sięgnął po ligowy tytuł, co zapewne sprawiło Bułgarowi radość. Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że była to radość połowiczna; zwłaszcza w kontekście wydarzeń bieżących.

We wspomnianym zwycięskim dla Manchesteru United sezonie Dimitar Berbatov był postacią kluczową, choć tylko do pewnego momentu. Kiedy w kończącym styczniowe zmagania na boiskach Anglii spotkaniu z Blackpool, Bułgar poderwał kolegów do walki przy stanie 0-2 i za sprawą jego 18. oraz 19. bramki w lidze udało się odwrócić losy meczu, naturalnym wydawało się, że jest on liderem zespołu. Czy komukolwiek przeszło wtedy przez myśl, że można Berbatova posadzić na ławce rezerwowych? Owszem. Tą osobą był Sir Alex Ferguson, alfa i omega manchesterowskiej rzeczywistości piłkarskiej, z którym nikt nie śmiał nawet podjąć otwartej dyskusji nad zasadnością takiego postępowania. Również wtedy, gdy „Red Devils” przegrali swój pierwszy mecz w ówczesnej kampanii (z Wolverhampton), a niedługo potem dwa kolejne (z Chelsea i Liverpoolem). Jaki był w tym udział zmarginalizowania pozycji najlepszego snajpera? Uważam, że zauważalny. Cóż bowiem z tego, że Berbatov pojawiał się na boisku, skoro najczęściej miało to miejsce ok. 70′ spotkania. Gwarantował przez to zupełnie inne standardy. Odczuł to zarówno sam zainteresowany, jak i cała drużyna. Szkocki guru nie przywrócił jednak napastnika do łask. Do kwietnia karmił go jedynie epizodami, by później zrezygnować z jego usług definitywnie. O Berbatovie przeciętny kibic miał okazję przypomnieć sobie dopiero w przedostatniej kolejce, gdy wszedł na ostatnie 10 minut z Blackburn.  Nasuwa się zasadnicze pytanie: dlaczego?! Czy w grę wchodziły osobiste porachunki? Praktycznie niemożliwe. Sir Alex Ferguson zna lepsze sposoby na wyrażenie swojego veta względem nieposłusznych podopiecznych, o czym przekonali się chociażby Roy Keane czy Jaap Stam. Czy mogło chodzić o dyspozycję Berbatova? Nie, przecież prezentował się wyśmienicie. Skąd więc ta fergusonowska aberracja? Jedni nazwą to odchyleniem, kaprysem, widzimisię, a drudzy trenerskim nosem, zmysłem, przeczuciem. Pewnym jest natomiast, że Szkot jest jednym z nielicznych menedżerów na świecie mogących sobie bezkarnie pozwolić na takie irracjonalne zachowanie. W końcu to on ustala zasady, a przede wszystkim to on wygrywa. Wszakże po ostatniej kolejce jego było na wierzchu.

Bieżące rozgrywki Manchester United rozpoczął świetnie, więc nikt nie zwrócił uwagi na brak Berbatova. Symboliczne wizyty byłego napastnika Tottenhamu Hotspur na boisku tylko potęgowały atmosferę beznadziei wokół jego osoby. W obwodzie byli Rooney, Hernandez i Welbeck. Tylko między nimi rozgorzała rywalizacja o dwa miejsca w ataku klubu z Old Trafford. Berbatov mógł co najwyżej powspominać dobre, acz nie tak stare znowu czasy, kiedy to on był w centrum zainteresowania. Zapewne urodził się wtenczas w jego głowie pomysł, by zimą poszukać nowego pracodawcy. Chętnych, by go skaptować nie brakowało. Wystarczyłoby tylko znaleźć wspólny mianownik z Sir Alexem Fergusonem i spakować walizki. Niewykluczone, że Bułgar zagaił nawet swego przełożonego w tej sprawie. Jednak znając metody 70-latka, którego imię nosi jedna z trybun na Old Trafford, odpowiedź antycypować możemy sami. Przyjmijmy zatem, że zrezygnowany Berbatov rozsiadł się wygodnie z opuszczoną przyłbicą na ławce rezerwowych, nie chcąc pogarszać swojej sytuacji. Jakież musiało być jego zdziwienie, gdy w meczu z Fulham na 10 dni przed końcem roku dostał polecenie, by zmienić Danny’ego Welbecka. W końcu ligową murawę ostatnim razem powąchał ponad półtora miesiąca temu. Jego szansa na rehabilitację opiewała na ledwie kwadransie. Spożytkował ją wyśmienicie podwyższając na 0-5 dla United we wprost nieprawdopodobny sposób. Powiecie, że takie gole to co prawda rzadkość, ale już nie raz, nie dwa takowe widzieliśmy – zgoda. Tyle tylko, że takiego luzu, takiej swobody i takiej łatwości przy tego typu strzale nie widziałem nigdy. Zresztą to firmowe zagranie Berbatova. Nie samo uderzenie oczywiście, a towarzyszące mu znaki charakterystyczne zakrawające czasami na wrażenie, że temu piłkarzowi się, mówiąc kolokwialnie, po prostu nie chce. W tym jednak jego siła. Jest w stanie z lekkością wyprawiać z piłką takie rzeczy, jakie inni owszem potrafią powtórzyć, lecz z wielkim trudem. Potwierdzeniem mogą być dwa kolejne występy „Berby”, któremu Sir Alex Ferguson zaufał tym razem od pierwszych minut. Nie żałował. Z Wigan zawodnik odwdzięczył mu się hat-trickiem, a z Blackburn dołożył kolejne dwa trafienia. Tym samym Dimitar Berbatov w równo 10 dni zdobył tyle samo bramek, co Javier Hernandez i Danny Welbeck przez ostatnie 3 miesiące razem wzięci. Mało?

Tak się pechowo złożyło, że okres, gdy do składu wrócił Berbatov, jest najsłabszym w całej kampanii Premier League dla Manchesteru. Podopieczni Sir Alexa Fergusona przegrali dwa kolejne spotkania, co nie zdarzyło im się od 10. miesięcy. Jednak w żaden sposób nie utożsamiałbym tego zjawiska z powrotem do pierwszej jedenastki bohatera niniejszego tekstu. Przede wszystkim dlatego, że problemem w przegranych starciach z Blackburn i Newcastle była głównie gra defensywna zespołu. Ponownie pozwolę, by mówiły liczby. Manchester United w tych dwóch meczach stracił 6 bramek, podczas gdy we wcześniejszych 9. tylko dwie. Świadczy to o fatalnej ostatnio dyspozycji obrońców, czego świadectwo wystawił Phil Jones, pakując piłkę do własnej siatki w kuriozalnych okolicznościach na zakończenie rywalizacji na St. James’ Park. Czy ofiarą tejże bessy w defensywie będzie Dimitar Berbatov? Wszystko możliwe. Jednak daleki jestem od ferowania wyroków, czy to pogrąży United w jeszcze większym dołku, czy wręcz przeciwnie. Najprawdopodobniej nie będzie to miało wielkiego wpływu na dalsze losy pretendenta do tytułu. Wszakże Ferguson udowodnił, że każdego piłkarza może w każdej chwili odsunąć, zastąpić innym i wciąż wygrywać. Jednak dla mnie osobiście byłaby to sporego kalibru strata. Po pierwsze dlatego, że Berbatov zasłużył sobie swoją postawą na kolejne występy. Po drugie dlatego, że, z całym szacunkiem dla Hernandeza i Welbecka, jest lepszy od oponentów do miejsca w składzie u boku Wayne’a Rooney’a. I w końcu – po trzecie dlatego, że jest jednym z tych zawodników, dla których zasiada się przed telewizorem.


pubsport.pl