Bliżej być nie mogło…

Trzy piłki meczowe – jedna na 3:1, dwie na 3:2 mieli siatkarze PGE Skry Bełchatów w meczu finałowym z Zenitem Kazań. Gospodarze turnieju finałowego przegrali jednak w tie-breaku 15:17 i choć jest to najlepszy wynik polskiej drużyny odkąd istnieją rozgrywki Ligi Mistrzów, to zawodnicy, trenerzy, działacze oraz kibice zalali się łzami po ostatniej piłce spotkania…

Bez wątpienia był to najlepszy mecz łódzkiego Final Four. Spotkały się w nim drużyny, które naprawdę grają na najwyższym nie tylko europejskim, ale i światowym poziomie. Potwierdziły to podczas dzisiejszego wielkiego finału. Tym razem słowo „wielki” pasuje do tego meczu, jak mało do którego.

W składzie bełchatowskiego klubu jest wielu reprezentantów Polski, a dość często nasza narodowa drużyna ma problemy z wejściem w mecz w pierwszej partii. Tradycji musiało się stać zadość, ale na szczęście, był to jedyny wyraźnie słaby fragment gry naszej drużyny. Źle weszlismy w to spotkanie. Od początku widać było, że rywale dobrze nas rozpracowali, bo nie potrafiliśmy wyprowadzić pewnego ataku z niemalże żadnej pozycji. Wyjątek stanowił jedynie środek, ale gdy tam zaczęło coś szwankować, rozłożyliśmy się momentalnie. Atakowaliśmy za lekko i w złe miejsca. Zemściło się także niewykorzysytwanie kontr.

Lecz to na pewno puściliśmy w niepamięć. W drugim secie nastąpiła odmiana i otwarcie gry. Twardy i nieomylny dotąd zespół z Kazania nieco zmiękł i przestał być nieomylny, Mistrzowie Polski zaś, poczęli być bardziej skuteczni. Przy remisie albo nieznacznym prowadzeniu grało im się znacznie lżej i przyjemniej. Od momentu wyrównania stanu meczu rozpoczęło się fantastyczne widowisko.

Nie lubię odnosić rywalizacji klubowej do narodowej, ale chyba teraz tego nie uniknę. Ciągle z Rosjanami gra nam się ciężko, bo należy utrzymywać twardą nieustępliwą grę do samego końca, co podkreślam tu celowo. Blok musi pracować tak dobrze, jak nigdy wcześniej tego nie robił. Ponadto, trzeba wykorzystywać środkowych, bo to jest nasza siła. Wszystko to wyglądało dziś dobrze, choć wydaje mi się, że jeszcze za mało Falasca wykorzystywał Plińskiego i Możdżonka. Dla porównania: razem zdobyli oni tyle punktów co… Nikolay Apalikov, a dwa oczka więcej od niego zdobył Aleksander Volkov. To były absolutne majstersztyki. Poziom z wczoraj utrzymywał Maxim Mikhailov, co znacznie utrudniało nam grę. Później wszedł jeszcze Priddy za Sivozheleza, co okazało się dobrą zmianą, gdyż obudziło na nowo rosyjski zespół. Na szczęście mieliśmy świetną trójkę Winiarski-Kurek-Wlazły, którzy swoimi atakami głównie ze skrzydeł pomagali w nawiązaniu równorzędnej walki. Bomby zawodników Zenita dzielnie przyjmował na siebie Paweł Zatorski. To on powinien zostać najlepszym libero turnieju!

Przyczepić się można do zagrywki, zwłaszcza Mariusza Wlazłego. Niekoniecznie chodzi mi tu o serwis w siatkę przy 24:23 w 4. partii, ale ogółem o całe spotkanie. Od początku atakujący Skry nie mógł się wstrzelić. Chwilami jego koledzy dostosowywali się do niego, na co trener Nawrocki powiedział, żebyśmy zaczęli chociaż przebijać piłki na ich stronę. W ogóle bardzo podobały mi się uwagi szkoleniowca naszego zespołu. Szkoda, że nie zawsze jego podopieczni brali sobie je do serca. Z pewnością cytatem meczu, a może i całego sezonu było jego zdanie z przerwy w przedostatnim secie przy piłce setowej dla Zenita:

Trzeba to serduchem wygrać, bo taktyką tego k***a nie wygramy!

Ten finał był też pojedynkiem trenerów. Zagranie Vladimira Alekhny z wzięciem dwóch czasów przy jednej piłce (przed pierwszą piłką meczową dla gospodarzy) faktycznie denerwuje z naszej perspektywy, ale jest to pokaz jego doświadczenia i kunsztu trenerskiego. Było to takie typowo rosyjskie zagranie powiedziałbym. Przyniosło skutek, bo Mariusz chwilę potem wyrzucił sobie piłkę na siódmy metr i… wiemy, co było dalej.

Sędziowie nie są bez winy, co do ostatecznego wyniku w 5. secie, ale ja bym jednak nie zwalał wszystkiego na nich. Z relacji koleżanki, która była w Atlas Arenie wiem, że drugi arbiter, Milan Labasta pokazał, że Michał Winiarski atakował po bloku, ale główny, Dejan Jovanović nie chciał go słuchać i skończył mecz. Sędziowie mieli też prawo sprawdzić mistrzowską piłkę, bez sygnalizacji żadnej z drużyn…

Pewnie w Rosji będą się z nas śmiać, że wynaleźliśmy challenge, który nie sprawdza bloku i tym nas załatwili. A na 95% obcierka była! W dodatku nasi zawodnicy częściowo sami się załatwili, bo mieli trzy piłki meczowe, a także czteropunktową przewagę w ostatniej partii, którą stracili w jednym ustawieniu. Wszystko przez to, że za wcześnie uwierzyli. Podobnie, jak my wszyscy, a tu trzeba pamiętać, że z Ruskimi zawsze trzeba grać do końca, do ostatniej akcji lub, metaforycznie ujmując, do odjazdu ich autokaru z hali.

Porażka bardzo boli, ponieważ bliżej triumfu już być nie mogliśmy. Wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Ze łzami w oczach patrzyłem na obrazki po zakończonym meczu. Jak później zaobserwowałem, wielu kibiców także nie mogło się powstrzymać od płaczu. Czy były to łzy smutku, rozpaczy, złości czy wzruszenia, nie wiem. Myślę, że to wszystko się skumulowało. Podczas dekoracji zobaczyłem coś, czego w siatkówce dawno nie widziałem – płaczących nie tylko siatkarzy, ale też i Jacka Nawrockiego oraz prezesa Konrada Piechockiego z zaszklanymi oczyma. Podczas dekoracji nasi zawodnicy – nawet ci, którzy dostali wyróżnienia – byli strasznie przybici. Coś niesamowitego. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę z tego, co mogliśmy osiągnąć. Wielu z nich oddałoby nagrody indywidualne i te srebrne medale za wygraną z Zenitem. Dobrze powiedział Wojciech Drzyzga na antenie Polsatu Sport:

W takiej sytuacji lepiej byłoby przegrać 0:3, bo by mniej bolało

Fakt, dziś jesteśmy źli, smutni i zapłakani, ale niebawem będziemy z dumą wspominać ten bój i jakby nie było najlepszy wynik polskiego klubu w Lidze Mistrzów!

Nie wiem, czy PGE Skra obroniła się przed zarzutami, że znów osiągnęła dobry wynik tylko dzięki temu, że po raz 3. na przestrzeni 5 lat była gospodarzem turnieju finałowego. Według mnie ostatni mecz pokazał, iż bełchatowian stać na znakomite wyniki, na siatkówkę w najlepszym wydaniu i jednak „zgasiła” większość zapalonych jej pod tym względem przeciwników. Pod koniec stycznia zakończyłem jeden z wpisów takim akapitem:

Marcin Lew dobrze napisał na swoim blogu, że jedynym „ratunkiem” dla PGE Skry Bełchatów będzie wygranie finału. Dodam od siebie: „albo chociaż do niego awans”.

Amen.

Zatem zgodnie z moją teorią, udało się.

Organizacyjnie znów wszystko wyglądało świetnie. Atlas Arena pierwszy raz od bardzo dawna wyglądała znakomicie, bo była wypełniona po brzegi, ale tak naprawdę do końca. Nie wierzę w 14, a nawet 15 tysięcy widzów, co rozpowiadał Tomasz Swędrowski, lecz jest to nieistotne. Pytałem przecież nawet Bartka Kurka o atmosferę, bo wielokrotnie powtarzałem, że tam jej nie czuć. Cóż, ten weekend pokazał, że nie jest tak źle. Zapewne pomogła w tym ranga zespołów i szczebel rozgrywek. Nowy łódzki obiekt nie może się co prawda równać z Pałacem Sportu, ale to, co zobaczyłem w telewizji (i usłyszałem na balkonie!) poprawia nieco moją opinię o tym obiekcie. Znów pokazaliśmy, że umiemy organizować siatkarską imprezę!

Pochwała także należy się Polsatowi, przede wszystkim za transmisję meczu finałowego. To był więcej niż mecz, to było pokazane na wzór pięknego spektaklu – zbliżenia w odpowiednim momencie, kamery w dobrych miejscach sprawiły, że nie bolała mnie aż tak bardzo moja pierwsza nieobecność na łódzkim Final Four. Zastanawiam się nawet odrobinę żartobliwie, czy to dobrze, że mnie nie było. Skra znalazła się wyżej, niż za dwoma poprzednimi razami, gdy dopingowałem z trybun…

To był piękny siatkarski weekend w Łodzi. Naprawdę możemy być zadowoleni z poziomu organizacyjnego, emocjonalnego i sportowego, choć musimy chwilę ochłonąć po niesamowicie nerwowym finale. Będę miło wspominać ten czas, naprawdę! Oby w kolejnym sezonie bełchatowianie również zaszli daleko w LM, z tym, że następnym razem bez pomocy CEV.

PS. Mecz o 3. miejsce zostawiam w spokoju, bo nikomu się nie chciało w nim grać, a poza tym, nie był on ważny w naszym kontekście – żyliśmy wyłącznie finałem. Zawodnicy Arkasu powinni zwrócić tym ponad 9,5 tysiącom widzów połowę pieniędzy za bilety…


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl