Bo nie może być zbyt dobrze

Ostatnie derby Warszawy – a właściwie roztoczona wokół nich aura – nie były pod tym kątem żadnym ewenementem. Przecież dosłownie chwilę wcześniej Gazeta Wyborcza wysłała na stadion przy Konwiktorskiej dżentelmena (określenie użyte celowo) z zadaniem aptekarsko skrupulatnego podliczenia, ile kurw rzucono z ,,Kamiennej”. Bo rzekomo nagle na Polonii pełną kulturę zastąpiło chamstwo najczystszej postaci, facetów pod krawatem z dnia na dzień wyparli ogoleni dresiarze ze śmierdzącym oddechem, damy zaś zostały wytępione przez ordynarne baby. Tym samym misternie nakreślony przez GW wizerunek obiektu ,,Czernych Koszul”, z rzeczywistością niemający wiele wspólnego, runął raz a dobrze z prozaicznego powodu – komuś otwarto uprzednio nałożone na oczy klapki.

Spokojnie, to dopiero początek.

Jest takie niezwykle trafne powiedzenie, że można chłopaka wyciągnąć z getta, ale getta z jego głowy to już za cholerę. Identyczna sytuacja jest z naszymi (i nie tylko) stadionami piłkarskimi – można z nich wyrzucać bandytów, czemu zresztą jawnie przyklaskuje, można utrudniać życie społeczności kibicowskiej, można prowadzić kampanię na rzecz oswojenia dzikich hord bluzgających na przeciwników, ale summa summarum stadion i tak pozostanie stadionem, wraz ze swą nieodłączną specyfiką. Jak świat stary, do opery stroisz się od stóp do głów, starannie wiążesz krawat, myjesz zęby i uszy, a kiedy artyści produkują się na scenie, gęba na kłódkę, grzecznie słuchasz i nie wpierdalasz się co rusz z oklaskami. Proste. Za to na stadionie albo w siedzisz z kiełbasą na kolanach bluzgając biernie – słuchając to piłkarzy, to trenerów, to współkibicujących –  albo sam wydzierasz się w niebo głosy, wplatając za tłumem kurwę i chuja. Proste.

Tak właśnie jest na naszych stadionach. Polska pozostała krajem, w którym ruch kibicowski cały czas ma się dobrze. Względy gospodarczo-polityczne trzymają kraj wciąż kilkadziesiąt lat za Zachodem, w teorii systematycznie stawkę doganiamy, alede facto przepaść wcale nie chce zniknąć tak o. Nie trzeba przygotowywać wielkich ekonomicznych rozpraw ani analizować obecnego stan rozmaitych wskaźników, by dostrzec, że to jeszcze nie ten moment. Idziesz po równym chodniku, którego krawężnik się nie rozsypuje, bez obaw, że podczas deszczu wpadniesz w gigantyczną kałużę, a w porze suchej wdepniesz w psie gówno. Detale, a świadczą o całości. Tym samym zachodnich dróg, chodników, krawężników i usług nie mamy tak samo, jak nie mamy tamtejszego podejścia do kibicowania. Wyjątkiem są może w tym przypadku Niemcy, ale regułę zdają się potwierdzać. Czy tego chcemy, ochów i achów jedynie, gdy ktoś celnie kopnie na bramkę, a przez resztę meczu pomruku pikników zdegustowanych przypieczonym cheesburgerem i – przy okazji – poziomem meczu?

Ja nie chcę, bo rozpiera mnie duma, kiedy polski kibic prezentuje swoją oprawę, urzekając przy okazji innego kibica, zwłaszcza zza granicy. Jak choćby fani Lecha, których charakterystyczne ,,bary” tak się spodobały sympatykom Manchesteru City, że ci radośnie wykrzykują ,,Let’s all do The Poznan” i poznaniaków naśladują. Przy okazji z rozrzewnieniem patrzą na znajomych z Polski, którzy kibicowaniem żyją i dbają o zachowanie kibicowskich tradycji, sami przeklinając czasy inwazji na trybuny krawaciarzy z wypchanymi portfelami. By nikt nie zrozumiał mnie na opak – futbol to globalny biznes, klientela ma kluczowy wpływ na to, czy interesy będą szły jak trzeba. Na stadion przyjdą więc po prostu ci, których stać, by pompować w klub pieniądze. Dla jednych będą to drobne z tylnej kieszeni dżinsów, dla drugich mozolnie ciułane oszczędności, dające możliwość podziwiania na żywo ukochanego zespołu. Jedni chcą w spokoju mecz obejrzeć, drudzy chcą zdzierać gardła i ulubieńców zagrzewać do walki. W końcu wolność, demokracja etc. Jedni i drudzy są potrzebni, dla obu tych grup jest miejsce. Idźmy z duchem czasów, ale pomni przykładu brytyjskiego chrońmy to, co mamy najlepszego. Niby dlaczego mamy rezygnować z naszych kibicowskich zwyczajów, naszego sposobu na kibicowanie? Dążenie do usunięcia tych, którzy rzucą parę kurw, wyzwą od chujów, odpalą kilka rac i stworzą fantastyczną atmosferę jest irracjonalne. To wyzbywanie się tego ,,czegoś”, co Polskę wyróżnia w coraz bardziej skostniałej i niepoprawnie nudnej codzienności oświeconej kibicowskiej Europy.

Pewne medium konsekwentnie próbuje jednak ducha w narodzie osłabić, kibiców zrównać z kryminalistami, udowodnić, że wszyscy, którzy obecnie wybierają się na stadiony, by zagrzewać drużynę do walki, to obszczymurki, bandyci i w ogóle powinni się smażyć w piekle. No proszę, bądźmy poważni – hahaha, już nie mogę – przez chwilę. Kibole to, kibole tamto, przez kiboli drożeje benzyna i Małysz kończy karierę.

Krucjaty GW przeciw środowisku kibicowskiemu nie sposób nawet streścić. Najbardziej na pieńku mają z Wiarą Lecha, która już dobrych kilka miesięcy gazetę Adama Michnika bojkotuje. Kij w poznańskie mrowisko wtykano tak często, do tego stopnia bez sensu i w godny politowania sposób, że nawet włodarze ,,Kolejorza” powiedzieli ,,stop”, zrywając umowę sponsorską. Ostatnim epizodem był osławiony mecz reprezentacji i życiowa rola pierwszoplanowa niejakiego Litara. Sęk w tym, że upubliczniony fragment ze stadionowego monitoringu tak okrojono, by broń Boże (!!!) nie wyszło na jaw, że poszkodowany sprowokował całe zdarzenie zapluwając/obrzygując siedzisko. Poszło w Polskę tak, jak pójść miało, już wiadomo, że w ,,Kotle” dostajesz z automatu melą między oczy. Na rozgrzewkę.

Na konflikcie Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa i samego stołecznego klubu traciły obie strony. Piłkarze zaś mieli po dziurki w nosie atmosfery wyjętej wprost ze sparingu, wzbogaconej kpiącymi i cynicznymi okrzykami z trybun. Mnie też tamten stan irytował, świadomy impasu wracałem do chwil, kiedy przyjezdnym miękły na Łazienkowskiej nogi z powodu chóralnych śpiewów i oszałamiających opraw. Cośalias sentyment. Pewnikiem było, że nowy stadion dalszej farsy nie zniesie. Zainteresowani się dogadali, w końcu interes pozostawał jeden ? dobro klubu. Trybuny odżyły.

Przyszedł czas na derby. Przed, mobilizacja w obu obozach kibicowskich, nierówna walka na vlepki i tak dalej. W czasie samego spotkania doping na całego, legioniści wjeżdżają na polonistów i wzajemnie. Jedyny godny odnotowania incydent to zadymienie stadionu racami w doliczonym czasie gry – zupełnie niepotrzebny, ale trudno, by za coś takiego wysyłać na Rakowiecką. Normalka wręcz, można by powiedzieć. Nie! Co to, to nie! Wcale, że nie normalka!

Klub nie zareagował, więc na inaugurację wiosny kibol uderzył już całą siłą ognia. Sektor zwany ?żyletą? ? jesienią legijny spiker wzywał resztę stadionu, by się na ,,żylecie” wzorował – stanął w ogniu, huku i dymu było tyle, że sędzia musiał przerwać derby Warszawy. Derby rozgrywane przy trwającym ponad (!) 90 minut wulgarnym ryku, bo legioniści i poloniści nie zwracali się do siebie inaczej niż per k…

Tak derby podsumowuje jegomość, który przed chwilą zastanawiał się, komu pała dzięcielina (ja np. nadal nie wiem). Po pierwsze, kibol. Kibol, kibol, jeszcze raz kibol. W Poznaniu wzięli się na sposób i zgodnie z lokalną gwarą sami się tak nazywają, GW takimi tekstami może im teraz skoczyć. Po drugie, ten wszechobecny ogień i huk. Cóż, stadion to nie biblioteka. A race to najbardziej nieodżałowany element opraw, choć prawnie niedopuszczalny i wprost zakazany, kibice wliczają kary w koszta tychże opraw. Fakt faktem, że zadymienie było kompletnie niepotrzebne, ale należy to raczej traktować jako powód do wstydu dla fanów Legii, że narobili tyle ambarasu. Z kolei ci, którzy race pomylili z serpentynami, nie zasługują na żadne usprawiedliwienie. Jakim prawem jednak kilku baranów zrównuje się z resztą (nie wnikam, kto ma większe IQ, kto lepszy samochód, kto woli dżinsy, a kto dresy, kto traktuje kurwa jako przecinek, a kto posługuje się polszczyzną już w pełni poprawną, kto pije, a kto nie, kto bierze, a kto nie – to aspekty wcale nie priorytetowe, właściwie wtórne) i przez zastosowanie odpowiedzialności zbiorowej miesza z błotem kibiców z Żylety jako całość? Po trzecie, ,,wulgarny ryk”. Koń by się uśmiał, doprawdy. Jeżeli jakiś stadion jest na tyle emancypowany i wyedukowany, że kibice bluzgów nie uznają, to przecież kurwy posypią się z boiska. Też mi dedukcja.

To jest stadion, tu się przeklina, czy komuś się to podoba, czy nie. Zwłaszcza że to były derby. Legia ,,kurwi” na Polonię i w drugą stronę. Ekipa GW sprawia natomiast wrażenie, jakby na przekleństwa mieli wyjątkowo wredną alergię, a każdy niecenzuralny zwrot wykrzyczany przez kibica zabijał na świecie jednego kota.

Łapiecie rozmiar komizmu? Oni tam, na stadionie, przeklinali. P r z e k l i n a l i. Po prostu straszne, strusie z warszawskiego ZOO od tygodnia trzymają głowy w piasku z obawy przed bluzgami z Łazienkowskiej.

Wulgaryzmy są tak ściśle związane z piłką, że uczestnicy tej kilkunastoosobowej krucjaty przeciw szeroko pojętemu ,,Kibolstwu”chyba nie zdają sobie sprawy z rozmiaru i smrodu gówna, w które wdepnęli. To tak, jakby kwestionować, że do wspomnianej już opery nie chodzi się w dresach.

Lecz Rafał Stec nie daje za wygraną.

Działacze związkowi zareagowali w swoim stylu, Legia oraz politycy albo są naiwni i krótkowzroczni, albo żyją w odbierającym rozum lęku przed ,,Staruchem”. Kibolskim hersztem, któremu kiedyś obiecywali, że już nigdy nie wejdzie na stadion, a ostatnio przywrócili władzę nad ?żyletą?. I ,,Staruch” z zamontowanego za zgodą klubu stołka ryczy podczas meczów (do przesłuchania na krążącym w internecie filmie reklamującym uroki ,,prawdziwego” kibicowania): Nie wiem, czy część z was się zorientowała, ale jesteśmy na ?żylecie?. A to nie jest miejsce dla jakichś, kurwa, odpicowanych małolatek, dla jakichś długowłosych, kurwa, pazi, dla jakichś, kurwa, gamoni. (…) Jak widzisz, że kolega obok ciebie nie śpiewa, to zajeb mu w łeb. (…) Weź tego mongoła w łeb jebnij! Weź go, do ciebie mówię. Posłuchaj: wypierdalaj, jak nie chcesz śpiewać, bo ci zajebię w łeb zaraz…

Dochodzimy do newralgicznego punktu. Każdy szanujący się młyn, kocioł, każda żyleta czy jak już konkretnie się to – wiadomo co -nazywa, musi bazować na wewnętrznej dyscyplinie. Bez tego towarzystwo by się rozlazło, z zorganizowanego dopingu nic by nie wyszło. Tych niejednokrotnie mało zdyscyplinowanych ludzi jakaś silna jednostka musi utrzymać w ryzach. Taka mała to dyktatura. Zasada jest taka, że prowadzący trzyma grupę ,,za mordy”, żeby doping szedł równo i głośno. Ktoś, kto młyn/kocioł/żyletę podziwia wyłącznie z wysokości loży prasowej i w życiu nie był wewnątrz, nie może mieć zielonego pojęcia o tym, co mówi. Kolejny raz mamy do czynienia z kwestionowaniem ? nazwijmy to tak roboczo – kibicowskiego abecadła, kompletnych podstaw.

Weźmy od drugiej strony. Pytanie ? która wersja, ,,Starucha”, a może następująca: ,,uprzejmie proszę, byście, drodzy moi, wszyscy ładnie i rytmicznie klaskali, przypominam o głośnym śpiewaniu i nalegam, byście również zachęcali sąsiadów do śpiewania razem z nami? będzie skuteczniejsza” Jeśli ktoś decyduje się zająć miejsce wśród najwierniejszych fanów, musi przyjąć, że tam liczy się przede wszystkim doping. Oglądanie meczu to dodatek. Uświadomienie sobie tego pozwala uniknąć niepotrzebnych konfliktów i wybrać takie miejsce, które będzie konkretnego kibica satysfakcjonowało w stosunku do oczekiwań.

Co do samego języka ,,Starucha” już. Rzeczone dwa akapity wyżej trzymanie ,,za mordy” nie jest jakimś ewenementem. W pewnych kręgach tak właśnie ujmowane pojęcie mów motywacyjnych jest powszechnie akceptowalne. Dajmy na to, wojsko. OK, nikt się nie czepia, kiedy kapitan beszta szeregowca w niewybrednych słowach, gdy dowódca bluzga i drze się podczas odprawy przed akcją. Na stadionie prowadzący doping tysiące musi też jakoś okiełznać do przyzwoitego dopingu. Trzeba ryknąć, trzeba dosadnie powiedzieć to i tamto, by do adresatów dotrzeć i skutecznie wyperswadować realizację nakreślonych działań.

I tak się zastanawiam, na co to wszystko? Z tego, co wiem, sranie we własne gniazdo nie popłaca, a biorąc się za próbę rozmontowania polskiego środowiska kibicowskiego szkodzimy przede wszystkim sobie. Polski kibic angażuje się w akcje charytatywne, pomaga dzieciom i pokrzywdzonym przez los, ale święty nie jest, bo a to czasem rzuci racą, a to zrobi inne głupstwo. Pamięta mu się przede wszystkim to negatywne, bo przecież nie może być zbyt dobrze. Jest człowiekiem, którego życie wypełnia kibicowanie. A że jest to równocześnie hobby, w którym ,,kurwa” i ,,chuj” to słowa powszednie, na nielubianych rywali się bluzga – bywa, nie wszyscy chodzą do opery. Prawdziwych fanatyków zostawmy w spokoju. Nożownicy czy pospolici kryminaliści to historia osobna.

 

Mateusz Jaworski
Więcej tekstów autora na:
Blog piłkarski

pubsport.pl
Pubsport.pl
Pubsport.pl - wiadomości sportowe i publicystyka. Zapowiedzi i podsumowania meczów piłki nożnej, tenisa, sportów zespołowych oraz zimowych. Relacje na żywo! Wpadnij pogadać o sporcie!
http://www.pubsport.pl/