Bogobojny trener i madrycka rozpacz

Paradoksalnie być może najmniej widowiskowa Barcelona od kilku lat już dwie kolejki przed końcem sezonu Primera Division de facto zapewniła sobie tytuł mistrza Hiszpanii. Chyba nikt bowiem nie wierzy, że w dwóch kończących bieżącą kampanię seriach gier nie zdobędzie trzech punktów, o ile Atletico Madryt może zatrzymać piłkarzy Luisa Enrique, o tyle Deportivo raczej nie zastąpi drogi ekspresowi z Katalonii. Siłą rzeczy śmigająca drużyna z Camp Nou musiała uzyskać wystarczający dystans nad madrycką drezyną na mecie ligowego sezonu. Real dziś w meczu z Valencią mimo ogromnego pecha do samego końca ofiarnie walczył o to, by ostatecznie zmóc drużynę Nuno, nie udało się, ale 0:2 do przerwy musiało być ciężkim ciosem w morale Królewskich, to że zdołali zebrać się do kupy po takich nokdaunach było świadectwem ich niezłomności i niesamowitej woli walki. Przez całą drugą połowę nad Bernabeu unosił się duch legendarnego Juanito, symbolu remontady, czyli spektakularnego odrabiania strat.

O tym, że trener Barcelony Luis Enrique nie ma wystarczającej charyzmy, wiedzą wszyscy choć trochę interesujący się hiszpańską piłką, jego niegdysiejszy konflikt z Leo Messim, który wybuchł na początku stycznia szybko został załagodzony, ale tzw. wtajemniczeni donieśli swego czasu, że lider tej odnowionej drużyny wciąż żywi do Asturyjczyka pewną urazę. A dowodem na to niech będzie fakt, iż dziś potrzebna jest mediacja trzech piłkarzy Barcy, by piłkarz mający emploi grzecznego chłopca, mógł porozumieć się ze swoim szkoleniowcem. Ostatnio Javier Mascherano chwalił Luisa Enrique, mówił że jego system rotacji sprawił, że na ostatniej prostej sezonu gracze Barcelony są wypoczęci i nie odczuwają trudów z wcześniejszych faz rozgrywek. Moim zdaniem jest to opinia obliczona na poprawienie PR-u wokół klubu, a prawda jest taka, że Enrique omal nie przypłacił stratą posady swoich odważnych ruchów z sadzaniem na ławce dla rezerwowych największych gwiazd. Dziś więc wie, że dwaj bogowie futbolu i pewien Urugwajczyk nieudolnie do boskiego miana chcący aspirować, muszą grać bez wytchnienia, ich siłami nie należy szafować, bo zaczną się wściekać, a mały uzurpator Messi gniewnie pokiwa palcem, co będzie dla trenera jasnym sygnałem do opuszczenia Camp Nou. W ubiegłym sezonie Diego Simeone w Atletico Madryt miał naprawdę wąską kadrę, mimo to zdołał sięgnął po tytuł mistrza Hiszpanii, owszem da się zdobywać trofea największym nakładem sił, szermując tym samym składem bezustannie, jednak jeśli jest możliwość pozwolenia na odpoczynek piłkarzowi, niezwłocznie należy z niej korzystać, nie zważając bynajmniej na to, że dany zawodnik zapiera się. Wszyscy pamiętają serię kontuzji Leo Messiego w ubiegłym sezonie, organizm należy szanować, bo on prędzej czy później zacznie wyrażać symptomy przemęczenia i wtedy grać już nikt nie jest w stanie. To dobrze, że piłkarze są spragnieni gry czy żądni goli, jak Leo Messi, ale te oznaki ambicji w tym przypadku zaczynają przekraczać granicę absurdu. To, że Messiego dziś rozpiera energia i jest nieuchwytny dla rywali, jak w okresie swoich najwyższych wzlotów może zdumiewać, przecież Argentyńczyk gra bez przerwy. Zgodnie z tym forowaniem gwiazdorów pewni gracze są skazani na futbolową banicję, Pedro dziś w meczu z Realem Sociedad wszedł na ostatnie minuty i strzelił kapitalnego gola, ale tylko na otarcie łez, bo przecież on musi obsadzać ławkę dla rezerwowych, posadzenie na niej Luisa Suareza byłoby obrazoburstwem, poza tym tuz piłkarski jeszcze by się obraził, to że ostatnio jest zupełnie bezproduktywny nie ma znaczenia, niech partaczy seryjnie doskonałe sytuacje, a inni na darmo się starają na treningach.

Carlo Ancelotti jest zatwardziały, tyle że on kaprysów gwiazd nie toleruje, jego instruuje Florentino Perez. I dzięki temu gra wciąż Gareth Bale, Ancelotti wpuścił go na boisku zaraz po kontuzji w meczu LM z Juventusem, obok Sergio Ramosa był najsłabszy w ekipie Królewskich, wymowne, prawda?

Dzisiaj Realowi też Bale zaszkodził, przy golach nie wspomógł obrońców, Alvaro Arbeloa to piłkarz skandalicznie niezborny, nie dość, że pod bramką nie umie kompletnie nic, to jeszcze patałach w defensywie drwi z samego siebie. W pierwszej kolejności w przypadku obrońców Realu piszę o ich inklinacjach ofensywnych i o tym, co robią w walce do przodu, ponieważ Marcelo za to jest ceniony, także Carvalaj często umie dać popis. Dziś po zmianie stron to oni wyszli na boisku i w pewnym stopniu wzmocnili arsenał ofensywny Królewskich.

Chicharito Hernandez sam mógł skompletować hat tricka, były też spięcia podbramkowe po rzutach rożnych, strzały z rzutów wolnych, Cristiano Ronaldo znowu nie podołał wyznaniu, jakim było wzięcie na siebie odpowiedzialności za drużynę w obliczu porażki, wobec jego dużej pasywności porażka zbliżała się niechybnie, spotkanie skończyło się co prawda remisem, ale Realu tak po prawdzie nie uratował nikt, ten remis jest klapą totalną. W dzisiejszym meczu obijano też słupek i poprzeczkę, ale przytrafił się feralny podział punktów i definitywna strata szans w walce o prymat w piłce hiszpańskiej. Piłkarze Realu walczyli do końca, ale ten mecz był taki, jak cały ich sezon, grali ad hoc, wierząc w przebłyski klasy poszczególnych piłkarzy, jakiś popis indywidualności, jednak ta wiara była płonna, ponieważ na Santiago Bernabeu objawił się Duch Święty i pobłogosławił bramkę Valencii, trener Nuno tym razem górą, z Barceloną ostatecznie mu się nie powiodło, ale Realowi zagrał na nosie.

Do niedawna mówiło się o najlepszym Realu Madryt w historii, najbardziej błyskotliwa linia pomocy w Europie na papierze jednak coraz częściej zawodzi, a Carlo Ancelotti płaci wysoką cenę za nadmierne eksploatowanie swoich piłkarzy, którzy są tylko ludźmi i nie mają niespożytych sił do biegania za piłką. Luis Enrique może po sezonie z Barcelony odejść, szefostwo klubu rozważa różne plany rozwoju Barcy, nie wiadomo, czy nieustanne zwycięstwa w decydującej fazie sezonu są jego zasługą, czy determinuje je fenomenalna gra piłkarzy głodnych sukcesów, które firmuje swoim nazwiskiem zwyczajny figurant?

Dzisiejsza Barcelona gra jak drużyna natchniona, pełna chęci do wygrywania, (choć-podkreślam-nie zawsze wprawia w zachwyt), czego brakowało nieszczęsnej ekipie Gerardo Martino. Dziś tamta barcelońska gehenna sprzed roku jest udziałem Realu Madryt. Carlo Ancelotti miał prowadzić drużynę na szczyty, Florentino Perez marzył o odtworzeniu ery galaktycznej, niektórzy przebąkiwali nawet coś o remake’u wielkiej Barcelony Pepa Guardioli, kiedyś jeden z czytelników zwrócił mi uwagę, że nie można porównywać obu tych drużyn, bo pod względem wizji gry, jaką uskuteczniają, różnią się fundamentalnie. Wtedy jednak takie porównania była choć odrobinę zasadne, Real zachwycał, należało uderzać w wysokie tony i fetować grę Królewskich, dziś pozostały tylko wspomnienia. Zeszłoroczny zdobywca Pucharu Europy ma nikłe szanse na obronienie tytułu w Champions League, a problemów mu nie ubywa, trener Ancelotti co prawda rozwiązał węzeł gordyjski w bramce, ale Iker Casillas permanentnie rozczarowuje kibiców. Carletto na niego nie pomstuje, bo to jowialny pan w starszym wieku, który unika otwartej krytyki wobec swoich piłkarzy, tak czy inaczej Świętemu Ikerowi należy się wielka bura, w Barcelonie powielają dziś model madrycki z ubiegłego sezonu, dwaj równorzędni bramkarze nie muszą zaburzać stabilności między słupkami, Casillas jednak potrzebuje następcy, nie zaś zastępcy. Cristiano Ronaldo przestał dryblować z wdziękiem sztukmistrza, już właściwie wcale tego nie robi, to Leo Messi musi nam dostarczać najwyższych wzruszeń estetycznych, jeszcze może Neymar, natomiast w Realu kunszt techniczny przejawia nie Ronaldo, a co najwyżej Isco i James, pierwszy zwykle efekciarsko, drugi już z głową. Jednak sam Kolumbijczyk nic nie zdziała, absencja Luki Modrica odcisnęła głębokie piętno na grze Realu, drużyna niepokojąco się uwsteczniła, za kadencji Jose Mourinho na ogół grała z kontrataku, ale Ancelotti sprawił, że kontry już nie są atutem Królewskich, szkoda że ostatnio także w ataku pozycyjnym napotykają na poważne trudności. W meczu z Valencią stworzyli sporo sytuacji, ale część z nich było pokłosie zwariowanego przebiegu spotkania i chaosu jaki wkradł się na boisko, Real w pewnym momencie rzucił wszystkie siły do ataku, więc musiał trochę postraszyć Diego Alvesa, który rozegrał być może mecz życia.

Bartłomiej Najtkowski
barteknajtkowski.blox.pl


pubsport.pl