Boks Box (3)

Dereck Chisora (17-4, 11KO) został pierwszym pogromcą Malika Scott’a (35-1-1, 12KO) na zawodowych ringach, a Tomasz Adamek (48-2, 29KO) na dwa tygodnie przed swoją kolejną walką został zmuszony do zmiany rywala ponieważ Tony Grano (20-3-1, 16KO) doznał kontuzji i na pewno nie będzie w stanie walczyć z „Góralem” 3 sierpnia w Mohegan Sun Casino w Uncasville. Wciąż na rywala czeka z kolei mistrz Europy wagi ciężkiej (EBU) i lider rankingu federacji IBF Kubrat Pulev (17-0, 9KO), który swoją ostatnią walkę stoczył ponad 9. miesięcy temu – 29 września 2012 roku w Hamburgu nokautując w 11. rundzie białoruskiego olbrzyma Alexandra Ustinova (28-1, 21KO) fundując mu tym samym pierwsza porażkę na zawodowych ringach i broniąc tytuły EBU i IBF International.

Malik Scott (z lewej) i Dereck Chisora (z prawej) przed sobotnią walką na Wembley Arena w LondynieW sobotni wieczór oczy fanów boksu zwrócone były w kierunku Wembley Arena w Londynie, gdzie o pas WBO International zmierzyli się Brytyjczyk Dereck Chisora i Amerykanin Malik Scott. Umiejętnie podgrzewana przez obu pięściarzy atmosfera sprawiła, że na ten pojedynek czekała spora część świata bokserskiego, która oczekiwała uzyskania odpowiedzi przede wszystkim na pytanie o rzeczywistą wartość Scott’a, który może się pochwalić co prawda imponującym rekordem, jednak ciężko było do tej pory znaleźć na jego rozkładzie nazwiska z najwyższej półki kategorii ciężkiej.

Do najsilniejszych rywali pokonanych przez Scott’a do tej pory należą m.in. Otis Tisdale (25-23-1, 15KO), David Bostice (37-12-1, 15KO), Arthur Cook (14-5-2, 5KO), Raphael Butler (35-12, 28KO) czy Bowie Tupou (22-3, 16KO), których przeciętny kibic ma prawo nie kojarzyć. No i jeszcze ostatni pojedynek stoczony w lutym 2013 roku z wysoko notowanym Ukraińcem Vyacheslavem Glazkovem (14-0-1, 10KO), który według powszechnej opinii ekspertów Scott powinien zdecydowanie wygrać na punkty, jednak sędziowie orzekli remis, czym mocno skrzywdzili Amerykanina i wzbudzili wiele kontrowersji zwłaszcza, że każdy z punktującej trójki wyrokował inaczej (!), a konkretnie: 98-92 dla Scott’a, remis 95-95, no i 96-94 dla Glazkova.

Pojedynek z Chisorą miał więc być prawdziwą weryfikacją umiejętności pochodzącego z Philadelphii pięściarza, który sam o sobie twierdził, że jest najbardziej unikanym ciężkim co miało być poniekąd usprawiedliwieniem i odpowiedzią na zaczepki padające z obozu Chisory, że ten jeszcze nigdy nie boksował z pięściarzem tej klasy co Del Boy. Scott wiele razy nazywał się najlepszym technikiem wśród wszystkich pięściarzy kategorii ciężkiej, którzy już mieli bądź mają obecnie największe szanse na walkę o pasy należące do braci Kliczko, nawiązując tym samym do swojego celu, a więc dojścia do walki z którymś z ukraińskich czempionów.

Dereck Chisora miał przed tym pojedynkiem o wiele więcej do stracenia. On ten pojedynek musiał wygrać, żeby po prostu na długo nie wypaść z poważnej gry. Nie licząc zwycięstwa przez TKO z mocno przeciętnym Argentyńczykiem Hectorem Alfredo Avilą (21-14-1, 13KO) w lutym tego roku oraz wypunktowania „testera” z Litwy Remigijusa Ziausysa (20-51-3, 10KO) w listopadzie … 2011 – ostatnią poważną wygraną Del Boy odniósł we wrześniu … 2010 roku nokautując w 9. rundzie swojego rodaka Sama Sexton’a (18-3, 7KO). W międzyczasie walczył co prawda z samymi topowymi zawodnikami, ale albo zasłużenie przegrywał na punkty tak jak z Tysonem Fury’m (21-0, 15KO) czy Vitalijem Kliczką (45-2, 41KO) lecz mimo wszystko pozostawiał po sobie bardzo dobre wrażenie (zwłaszcza w walce z Kliczką), albo był ofiarą sędziów punktowych jak w Helsinkach, gdy ogłoszono zwycięstwo Roberta Heleniusa (19-0, 11KO), aż wreszcie kompletnie zawiódł w starciu z nie mniej kontrowersyjnym od siebie rodakiem Davidem Haye’m (26-2, 24KO) padając trzykrotnie na deski w 5. rundzie.

Nie ma żadnych wątpliwości co do tego, że niemal każdy inny pięściarz po takiej serii przegranych walk wypadłby z nawet tej bardzo szerokiej czołówki na co najmniej kilka lat o ile nie musiałby się z nią pożegnać definitywnie. Dlatego Del Boy to w pewnym sensie fenomen. Dlaczego? Co go różni od grona pięściarzy, którzy będąc w podobnej sytuacji momentalnie tracili cały swój dotychczasowy dorobek? Kilka rzeczy.

Po pierwsze styl walki. Chisora urzekł pięściarski świat swoją postawą przede wszystkim w … przegranych walkach z Heleniusem i Kliczką. Dość krępy i nie najwyższy jak na wagę ciężką (187 cm), w dodatku z bardzo krótkim zasięgiem ramion (tylko 188 cm przy 201 cm Kliczki i Heleniusa albo 198 cm Haye’a), wreszcie nie zbyt szybki Chisora imponował nieustannym nacieraniem na rywali. Ciągle idąc do przodu swoich szans szukał (co logiczne) w półdystansie i na tle takich olbrzymów jak Helenius i Kliczko postawa Del Boya była naprawdę imponująca. Po drugie pewien pan, który nazywa się Frank Warren i jest jednym z najbardziej wpływowych ludzi w bokserskim świecie. No i jest też promotorem Chisory, który najwyraźniej uznał, że wciąż warto w niego inwestować. Gdyby nie zaufanie jakim Warren obdarzył Chisorę mogłoby już go zwyczajnie nie być. Aż wreszcie po trzecie – ale to chyba najgorsze – temperament Del Boya. Ten człowiek potrafi zrobić show jeszcze na długo przed walką. Prowokuje i obraża każdego i zawsze. Wówczas nie ma znaczenia ani nazwisko rywala, ani jego klasa, ani dosłownie nic. Chisora w każdym z przeciwników widzi swojego śmiertelnego wroga, bo jak sam mówi, tylko wtedy walka w ringu ma dla niego sens. Uważa, że nie mógłby walczyć serio z kimś kogo by nie nienawidził. W sumie to ma to sens szkoda tylko, że Brytyjczyk zawsze przekracza granice smaku i zwykłego chamstwa, ale o tym już mniej więcej wspominałem w poprzednim wpisie.

Pierwszy do ringu wszedł Scott ważący 105,2 kg (wzrost 193 cm). Wyglądał niby na skoncentrowanego, ale brakowało w jego oczach tego błysku z jakim pojawił się Chisora. Del Boy wniósł dzień wcześniej na wagę 109,8 kg (wzrost 187 cm) i widać było, że jest to waga optymalna, z którą czuje się on bardzo dobrze. Właśnie tyle mniej więcej ważył w swoich najlepszych walkach z Heleniusem i Kliczką. Gdy przegrywał z Haye’m ważył już 112 kg, a gdy wypunktował go Fury było to aż 118,4 kg! Chisora od początku wyglądał na bardzo mocno zmotywowanego. Zanim rozbrzmiał pierwszy gong ten ciągle wpatrywał się w Scott’a, który z kolei był bardzo spokojny i opanowany.

Pojedynek rozpoczął się od prób narzucenia swoich stylów przez obydwóch zawodników i tak Scott starał się utrzymać dystans wykorzystując ogromną przewagę w zasięgu ramion, natomiast Chisora od pierwszych sekund ruszył do przodu w celu jego skracania i doprowadzenia do półdystansu. Zarówno w 1. rundzie tak jak i w całej walce więcej ciosów wyprowadzał Brytyjczyk jednak były to w większości uderzenia na gardę Amerykanina. Aktywność Del Boya była zdecydowanie większa i polegała na nieustannym sprowadzaniu większego rywala na liny, gdzie próbował go systematycznie i konsekwentnie osłabiać uderzeniami na korpus. Scott na tą taktykę odpowiadał jedynie klinczem, w którym również przyjmował więcej niż oddawał, a poza tym w klinczu wyglądał na nieco słabszego fizycznie dlatego taka taktyka chyba nie była najlepszym rozwiązaniem.

Philip Edwards wylicza Malika Scott'aPierwsze cztery rundy to optyczna przewaga Chisory zaakcentowana lekkim rozcięciem jakie pojawiło się pod prawym okiem Scott’a. Dopiero w 5. starciu Malik posłuchał sekundantów i zmienił taktykę wprowadzając do repertuaru szybkie kombinacje kończone ciosami podbródkowymi i kilka z nich znalazło się u celu. Była to jedyna runda, którą można śmiało zapisać na konto Amerykanina. W kolejnej 6. Dereck już się nie dawał zaskoczyć w ten sposób, konsekwentnie spychając Scott’a na liny, gdzie o wiele łatwiej mu było wchodzić w wymiany. Na 6. sekund przed gongiem kończącym to starcie znajdujący się właśnie na linach Malik został trafiony w głowę prawym zamachowym ciosem, który co prawda nie wyglądał groźnie i nie był też zbyt czysty, ale sprawił że wytatuowany od stóp po szyję pięściarz postanowił przyklęknąć i odpocząć. Wówczas dopadł do niego sędzia ringowy i rozpoczął wyliczanie, by za chwilę stać się głównym (anty)bohaterem tego pojedynku. Doświadczony sędzia Philip Edwards sędziujący na zawodowych ringach od 1996 roku wywołał wielkie kontrowersje gdy po tym jak na jego „nine” Scott zaczął wstawać ten … zakończył pojedynek.

Malik nie wyglądał na gościa, który nie byłby zdolny walki. Raczej chciał odpocząć maksymalnie długo i dalej kontynuować pojedynek, jednak pan Edwards uznał, że ten albo ma dość, albo wstał za późno i świadomie dał się mu wyliczyć. Co ciekawe Scott nie wyglądał na wkurzonego tą decyzją, co może świadczyć o tym, że faktycznie miał już tej walki dość i wykorzystał pierwszą okazję do jej zakończenia. Świadomie podnosząc się dopiero „na dziewięć” musiał przecież zdawać sobie sprawę, że może to być odebrane przez arbitra za uznanie porażki.

Nie ulega wątpliwości, że decyzja Edwardsa najbardziej skrzywdziła … Chisorę, który konsekwentnie punktował w kolejnych rundach przeciwnika i zmierzał po wygraną (nie wykluczone, że przed czasem), tymczasem teraz nie brak głosów, że Dereck dostał wygraną w prezencie, a Malik został oszukany. Trudno z tym polemizować, jednak ta walka najprawdopodobniej i tak by została przez niego wygrana i nie potrzebował on niczyjej pomocy. Szkoda że tak się stało jak się stało, ale nie powinno to umniejszać zasług Chisory, który w ringu przez 6. rund zasłużył na uznanie. Wnioski po sobotniej walce można wysnuć następujące.

Malik Scott przegrał swoją dopiero pierwszą walkę na zawodowych ringach. Jego pogromcą okazał się renomowany pięściarz, a okoliczności porażki sprawiają, że Amerykanin zawsze może powiedzieć, że nie czuje się gorszy, że został oszukany itp. Generalnie ta przegrana nie powinna mu specjalnie zaszkodzić. On nie  miał zbyt wiele do stracenia, to też i zbyt wiele nie stracił. Może nawet zyskać w kontekście swoich wcześniejszych wypowiedzi na temat unikania go przez światową czołówkę, bo po tym jak mógł się wreszcie zaprezentować na tle porządnego rywala jakim jest bez wątpienia Del Boy, powinno mu być teoretycznie łatwiej o walki z kolejnymi topowymi pięściarzami. Dereck Chisora natomiast wrócił do poważnej gry. Zaraz po walce jego promotor Frank Warren zapowiedział, że kolejna walka jego krnąbrnego klienta odbędzie się już 21 września, a do ringu ma wyjść znów z kimś wielkim. Sam Chisora powiedział, że marzy mu się rewanż z Vitalijem na co jednak szanse wydają się minimalne o ile nie zerowe, a to głównie dlatego, że starszy z braci Kliczko po obowiązkowej walce w obronie pasa WBC z liderem rankingu tej federacji Bermanem Stiverne’m (23-1-1, 20KO) planowanej jeszcze w tym roku prawdopodobnie zakończy karierę. Jedno jednak nie ulega wątpliwościom – Chisora wspierany przez Warrena z pewnością jeszcze nie powiedział ostatniego słowa i będzie o nim głośno. Uratował karierę, a biorąc pod uwagę jego wciąż stosunkowo młody wiek (29 lat) kto wie czy kiedyś nie spełni marzenia o mistrzowskim pasie.

Do nieoczekiwanej zmiany planów został zmuszony nasz najwyżej notowany ciężki – Tomasz Adamek (48-2, 29KO), który już za dwa tygodnie, dokładnie 3 sierpnia miał stoczyć swój pierwszy tegoroczny pojedynek z niebezpiecznym Tonym Grano (20-3-1. 16KO). Niestety w miniony piątek obóz Amerykanina ogłosił, że z powodu kontuzji karku jakiej podczas obozu treningowego doznał pięściarz z Hebron w stanie Connecticut do walki z Polakiem niestety nie dojdzie. Dokładnie na 15 dni przed walką Kathy Duva i jej grupa Main Events, której podopiecznym jest „Góral” stanęła przed trudnym zadaniem znalezienia zastępstwa dla Grano.

Na jego nazwisko nie czekaliśmy długo, bo kilka godzin po decyzji Tonyego Main Events podało informację, że w Mohegan Sun Casino w Uncasville w stanie Connecticut Tomek zmierzy się z innym Amerykaninem – Dominickiem Guinn’em (34-9-1, 23KO). 38.-letni pięściarz z Houston w Texasie jest dobrym znajomym Adamka od czasów ich wspólnych sparingów w 2010 roku, kiedy to pomagał Polakowi przygotować się do pojedynku z Chrisem Arreolą (35-3, 30KO). Jego rekord może na kolana nie powala, ale nie można też go lekceważyć, bo nie jest to jakiś przypadkowy zawodnik, tylko doświadczony pięściarz, który mimo, że zaliczył 9. porażek to jednak nigdy nie kończył żadnej walki na deskach, a na rozkładzie z różnym co prawda skutkiem, ma kilka nazwisk ze ścisłej światowej czołówki.

Dominick Guinn zastąpi Tony'ego Grano w walce z Tomaszem AdamkiemW trakcie swojej zawodowej kariery pokonał m.in. Michela Grant’a (48-5, 36KO) TKO  – 7. runda, Duncana Dokiwari (25-3, 22KO) punkty – 10. rund, Phila Jackson’a (44-13, 38KO) KO – 1. runda, mistrza olimpijskiego z Sydney (2000 rok) Audleya Harrison’a (31-7, 23KO) punkty – 10. rund, Jeana Francoisa Bergerona (27-2, 19KO) KO – 2. runda, Johnnie White’a (22-4, 18KO) TKO – 1. runda czy solidnego „testera” Zuri Lawrence’a (24-15-4, 0KO). Tak więc Guinn to nie jest jakiś ogórek tylko pięściarz, którego z pewnością nie można lekceważyć, bo potrafi dobrze walczyć.

Jak przegrywał to tylko ze ścisłą światową czołówką, do której należeli lub należą: były pretendent do tytułów WBC i WBA Monte Barrett (35-10-2, 20KO), były mistrz świata WBO Siarhei Liakhovich (25-5, 16KO), były mistrz świata trzech kategorii wagowych (średnia, super średnia i cruiser) oraz pretendent do pasów WBC i WBA wagi ciężkiej James Toney (75-8-3, 45KO), najwyżej dziś notowany Amerykanin i były pretendent do tytułów IBF, WBA i WBO Tony Thompson (38-3. 26KO), były pretendent do pasów IBF i WBO Eddie Chambers (36-3, 18KO), niepokonany mistrz Europy (EBU) i nr 1. rankingu IBF Kubrat Pulev (17-0, 9KO), niepokonany i niebezpieczny Amir Mansour (18-0, 14KO), wysoko notowany Rosjanin Denis Boytsov (33-0, 26KO) oraz nieobliczalny Robert Hawkins (23-22, 7KO).

Dominick Guinn nie jest więc pięściarzem unikającym trudnych pojedynków. Walczy z każdym z kim ma tylko okazję walczyć. Raz jeszcze warto podkreślić, że nigdy nie został pokonany przed czasem, co biorąc pod uwagę wspomniane nazwiska należy mocno docenić. W rozmowie z Przemysławem Garczarczykiem dla ringpolska.pl „The Southern Disaster” z Houston odniósł się do słów krytyki jakie padają pod adresem Adamka, że ten wybrał sobie bardzo łatwego rywala i że ten nie zasługuje na walkę z Polakiem mówiąc:

– (…) z wyjątkiem Kliczków, dziś w wadze ciężkiej każdy może wygrać z każdym. Na przykład ja z Adamkiem. Odpowiem, żeby zobaczyli, że nikt w moich ponad 40 zawodowych walkach mnie nie znokautował, że przegrałem dwie walki na punkty z czołówką ciężkich, z Bojcovem i Pulevem. Walki z Mansourem nigdy nie powinienem brać bo byłem do niej nieprzygotowany, ale to tylko moja wina.

Trudno nie przyznać mu racji. Sam „Góral” o Guinnie wypowiada się tak (dla polsatsport.pl):

– Trudno go czysto trafić, potrafi przyjąć, to ambitny facet, który się nie sprzedaje tak łatwo i naprawdę trzeba się napracować, żeby z nim wygrać. Walczył z wieloma dobrymi pięściarzami i przegrywał na punkty, to nie jest zawodnik, który przyjeżdża po wypłatę.

Oczywiście każdy inny wynik tego pojedynku niż wygrana Adamka byłby ogromną sensacją, ale emocji na pewno nie zabraknie. Tomek wielokrotnie mówił, że pomny doświadczeń z ubiegłego roku, kiedy stoczył cztery walki i nie czuł się z tym dobrze fizycznie, w roku obecnym zamierza bardziej szanować swój organizm i planuje tylko dwa razy wyjść do ringu. Pierwszy raz ma być właśnie za dwa tygodnie w Uncasville i tak jak zapowiadał jego obóz, przeciwnik miał być wymagający ale jeszcze nie topowy. Po raz drugi Polak ma się zaprezentować zimą, na przełomie listopada i grudnia a jego przeciwnikiem ma już być któryś z czołowych pięściarzy wagi ciężkiej.

Czy Kubrat "Kobra" Pulev jest najbardziej unikanym ciężkim?Na zakończenie jeszcze słowo o mistrzu Europy (EBU) wagi ciężkiej, Bułgarze Kubracie Pulevie (17-0, 9KO), o którym znowu się zrobiło głośno po tym jak walki z nr 1. rankingu IBF odmówił kolejny pięsciarz – tym razem Ukrainiec Alexander Dimitrenko (34-2, 21KO), który już raz z nim przegrał w maju 2012 roku tracąc wówczas na jego rzecz pas EBU. Wcześniej do eliminatora federacji IBF z Bułgarem nie przystąpili Tomasz Adamek, Tyson Fury oraz podobno Bryant Jennings (17-0, 9KO). Promotor bułgarskiej „Kobry” Kalle Sauerland ma więc nie lada problem. Ostatnią walkę jego podopieczny stoczył we wrześniu 2012 roku i nie długo minie od niej rok – to dużo.

Wobec powyższej sytuacji pojawiają się głosy, że potencjalni rywale Puleva boją się po prostu wyjść z nim do ringu i dlatego padają kolejne odmowy i rezygnacje. Być może, ale najprawdopodobniej jest to tylko część prawdy. Faktycznie jest to bardzo niebezpieczny pięściarz, który potrafi uderzyć i mocno i po kombinacji, ale czy jest on aż takim strasznym kilerem, żeby bali się go choćby Adamek czy Fury? Nie sądzę.

Mam wrażenie, że problem ze znalezieniem chętnego do walki leży tam gdzie zazwyczaj w sytuacjach, w których z pozoru nie wiadomo o co chodzi – czyli w finansach. Otóż Kalle Sauerland nie był najwidoczniej w stanie zapewnić gaży na poziomie, który by zadowolił wymienionych zawodników, którzy do tej pory mu odmówili. Ani Adamek, ani Fury czy Jennings nie mają zapewne zamiaru podejmować bądź co bądź to jednak ryzyka porażki, za jakieś śmiesznie niskie stawki w Europie – podczas gdy większość z nich ma silną i ugruntowaną pozycję na najbogatszym rynku w USA.

Kubrat Pulev jest za mało atrakcyjny medialnie a co za tym idzie za mało można zarobić na pojedynku z nim i to w połączeniu z ryzykiem jakie także niesie walka z „Kobrą” sprawia, że Sauerland musi szukać dalej i raczej w Europie niż w Stanach. Ponoć już znalazł kandydata, z którym właśnie dopina ostatnie szczegóły i na dniach zostanie ogłoszone jego nazwisko – pożyjemy, zobaczymy.


pubsport.pl