Boks Box

Witam wszystkich. Dawno mnie tutaj nie było, ale myślę że jakoś nadrobię zaległości. Zacznę nietypowo jak na mnie, bo nie o piłce nożnej, a o boksie zawodowym. Tak więc zapraszam do lektury na temat kilku istotnych wydarzeń jakie miały miały miejsce w ostatnim czasie.

Muszę zacząć od sobotniej walki o pas czempiona WBA wagi średniej pomiędzy jego posiadaczem Giennadijem Gołowkinem (27-0, 24KO) a Brytyjczykiem Matthew Macklinem (29-5, 20KO).

Dla tych, którzy nie są na bierząco – Giennadij Gołowkin urodził się 31.lat te mu w Kazachstanie. Na zawodowych ringach zadebiutował w 2006 roku. W grudniu 2010 roku zyskał tytuł czempiona wagi średniej federacji WBA nokautując w 3. rundzie Kolumbijczyka Nilsona Julio Tapię. Drogę do togo pojedynku otworzył sobie w sierpniu 2010 wygrywając również przed czasem już w 1. rundzie z jego rodakiem Miltonem Nunezem. Stawką tego pojedynku był tytuł tymczasowego mistrza świata federacji WBA.

Wracając do sobotniej walki w MGM Grand była to dla Kazacha siódma obrona pasa. Przed walką nie brakowało opinii, że będzie to dla niego najtrudniejszy sprawdzian ze wszystkich dotychczasowych. Macklin miał wreszcie zweryfikować umiejętności Kazacha i dać odpowiedź na pytanie czy faktycznie jest on w stanie namieszać w hierarchii wagi średniej. Przed pojedynkiem Anglik odgrażał się, że odbierze Gołowkinowi jego pas sugerując zarazem, że dotychczasowi pretendenci w przeciwieństwie do niego nie należeli do ścisłej czołówki wagi średniej.

Cała weryfikacja klasy Gołowkina trwała niecałe trzy rundy – do momentu. w którym po kombinacji lewy-prawy-lewy na tułów z potwornym grymasem bólu na twarzy Macklin padł na ringową matę i zwijając się z bólu został wyliczony do dziesięciu – to był nokaut. Ósmy i zarazem rekordowy w walce o pas, a już 24. na zawodowych ringach Kazacha. Zaraz po walce Macklin wyraził wielki podziw dla klasy rywala. Stwierdził, że według niego Gołowkin już jest najlepszym pięściarzem wagi średniej, lepszym nawet od czempiona WBC Argentyńczyka Sergio Gabriela Martineza (51-2-2, 28KO), a pewnie wie co mówi, bo z nim również niedaA co po zwycięskiej walce z Macklinem mówił sam Gołowkin? Stwierdził szczerze, że był to dla niego kolejny łatwy pojedynek, w którym ani przez moment nie poczuł się zagrożony, a kombinacja po której Anglik zwijał się z bólu w 3. rundzie należy do jego ulubionych. Trzeba przyznać, że raczej się nie bawi w dyplomatę. Nie jest też jednak bezczelny. Nigdy nie obraził swojego rywala. Po walce wyznał, że marzy mu się starcie z wielkim liderem klasyfikacji P4P Floydem Mayweatherem Jr (44-0, 26KO). Ruszyła też giełda nazwisk jego potencjalnych rywali w kolejnych walkach. Padają nazwiska mistrzów wagi średniej pozostałych federacji: Sergio Gabriela Martineza (WBC ), Petera Quillina (WBO) i Daniela Gealea (IBF). Ostatnio wymienia się też nazwisko Carla Frocha – mistrza świata kategorii super średniej federacji WBA i IBF. Gołowkin wkroczył tym samym do ścisłego topu i wreszcie zaczął być traktowany poważnie. Jego największym obecnie problemem jest to, że nikt z wyżej wymienionych pięściarzy nie pali się do wyjścia z nim do ringu, bo zdają sobie sprawę z ryzyka jakie się za tym kryje. Promotor Martineza – Lou DiBella – zaraz po pojedynku z Macklinem powiedział nawet wprost:wno walczył i przegrał przez poddanie w 11. rundzie świetnej walki, w której i Martinez zaliczył deski w 7. starciu. Macklin najczęściej jednak powtarzał, że nigdy nie spotkał się w ringu z tak mocno bijącym pięściarzem. Przyznał, że każdy cios Gołowkina był dla niego bardzo odczuwalny i zdarzyło mu się to pierwszy raz w życiu. Porównał nawet siłę jego uderzeń do tych zadawanych przez najlepszych ciężkich. Zwykła kurtuazja? – Nie sądzę. Wierzę Macklinowi, bo widziałem już nie raz Golowkina między linami i jest to widok niespotykany. Nieskończony repertuar szybkich kombinacji, doskonały balans, praca nóg, wszystko wręcz opanowane perfekcyjnie. On w ringu wygląda jak zaprogramowana na zadawanie bólu maszyna. Jego kolejni rywale wraz z każdą upływającą sekundą walki wyglądali na coraz bardziej przerażonych i bezradnych. Strach w oczach pojawiał się u każdego po otrzymaniu pierwszego celnego uderzenia.

Do tej pory najdłużej ze wszystkich dotychczasowych pretendentów wytrzymał, dość nieoczekiwanie Kassima Ouma, który na deski padł dopiero w 10. rundzie. Amerykanin Gabriel Rosado też był dzielny – jego Gołowkin położył w rundzie 7. No i też polski akcent – we wrześniu 2012 pas zamierzał Kazachowi odebrać Grzegorz Proksa. Nasz ówczesny mistrz Europy jechał do Nowego Jorku pewny siebie i przekonany, że jest w stanie pokonać mistrza. Finał był taki, że po nokdaunach w 1., 4. i 5. rundzie sędzia przerwał pojedynek w obawie o zdrowie Polaka.

Sergio jest poważnie kontuzjowany. Na dzień dzisiejszy jest bez kolana i dłoni. Nie pozwolę na to, by po rocznej przerwie i dłuższej nieobecności powrócił na ring z marszu z kimś takim jak ten facet. Nie mówię jednak, że do tego pojedynku w ogóle nie dojdzie.

By następnego dnia sprostować:

Sergio Martinez skontaktował się dziś ze mną. Powiedział: „historia potwierdzi, że przyjmowałem wszystkie wyzwania w karierze”. Zawsze chciał walczyć z najlepszymi, to jego dziedzictwo. Teraz skupia się na zaleczeniu kontuzji i rehabilitacji, a w ringu pojawi się w pierwszej połowie 2014 roku. Chciał tylko wyjaśnić, że chętnie zmierzy się z Gołowkinem.

Jedno jest pewne – zabójczo bijący Kazach już bardzo śmiało i pewnie zapisuje się na kartach nowej historii boksu.

Również w sobotę odbyła się w Ostródzie gala boksu organizowana przez polskiego promotora Tomasza Babilońskiego, w której główną walką wieczoru był pojedynek Pawła Głażewskiego (20-2, 5KO) z Hadillahem Mohoumadim (15-3-1, 11KO). Francuz zastąpił kontuzjowanego rodaka Mehdi Amara (24-4, 15KO), z którym Polak miał pierwotnie walczyć o pas WBO Europe kategorii półciężkiej. Ostatecznie jednak przyjechał Mohoumadi, a więc pięściarz teoretycznie słabszy w dodatku lżejszy, bo boksujący w kategorii super średniej.

Głażewski oczywiście był faworytem. Przed walką czuł się bardzo pewny siebie na tyle nawet, że w materiale przygotowanym przez Polsat Sport mogliśmy się od niego dowiedzieć, że jest on numerem 1. w Polsce w swojej wadze. Na pytanie reportera o Andrzeja Fonfarę (23-2, 13KO), który jest powszechnie uznawany za najlepszego polskiego półciężkiego Głażewski odparł, że dla niego Fonfara jest w hierarchii za nim. Przyznam, że mnie to trochę rozśmieszyło, bo Głażewski jako jeden z argumentów użył „anonimowość rywali” rodaka. Cóż, już wówczas można się było domyślić, że jest z nim coś nie tak.
Natomiast w trakcie pojedynku można już było mieć co tego pewność. Polak od już pierwszej rundy przyjmował na brodę kolejne ciosy szybkiego, ale też nie jakiegoś znowu wyśmienitego Francuza. Z czasem przewaga Mohoumadiego była niepodważalna. Kontrolował walkę, regularnie punktując Głażewskiego, który w pewnym momencie zaczął tracić oko, które zasłaniała ogromna opuchlizna. W 7. rundzie Polak bronił się już praktycznie na oślep, bo i drugie jego oko zaczęło w szybkim tempie puchnąć, aż wreszcie po serii ciosów przyjętej na głowę przyklęknął i dał się wyliczyć do 10. Pomyślałem sobie wtedy – no cóż, faktycznie Fonfarze daleko do Głażewskiego. Trudno mi powiedzieć czy ta porażka była wynikiem zlekceważenia rywala, czy Francuz był może aż tak dobry, ale faktem stało się to, że kolejny polski pięściarz z wyśmienitym rekordem (przed walką: 20-1, 5KO) okazał się zwykłą podróbką.
W Polsce mamy plejadę takich właśnie zawodników z wyśrubowanymi rekordami, o których słyszy się same pozytywy. Tylko, że 99% z nich te rekordy osiąga na przywożonych do Polski hurtowo Czechach, Węgrach, Białorusinach, Gruzinach i im podobnych kelnerach. Potem przychodzi czas na wyjście do ringu z prawdziwym zawodnikiem i jest wielkie rozczarowanie. Dlatego też zdziwił mnie Głażewski przed walką mówiąc o rzekomo anonimowych przeciwnikach Andrzeja Fonfary, który właśnie w przeciwieństwie do niego boksuje z  coraz mocniejszymi już od kilku lat. Od listopada jest posiadaczem pasa mniej prestiżowej federacji IBO, po tym jak w 7. rundzie zakończył pojedynek z Amerykaninem Tommym Karpencym (21-4-1, 14KO).

16 sierpnia w Chicago, gdzie Fonfara od kilku lat mieszka na stałe, na stadionie White Sox zmierzy się z byłym czempionem WBA Hiszpanem Gabrilem Campillo (22-5-1, 9KO) w głównej walce wieczoru podczas gali, na której odbędzie się także rewanżowe starcie Artura Szpilki z Mikiem Mollo. Dlatego dosyć zabawnie brzmiały słowa Głażewskiego na temat hierarchii wśród polskich półciężkich.

Wcześniej, czyli 3 sierpnia w Mohegan Sun Casino w Uncasville  po raz pierwszy w tym roku na ringu zobaczymy Tomasza Adamka (48-2, 29KO) w pojedynku z Amerykaninem Tonym Grano (20-3-1, 16KO).


pubsport.pl