Bolesne przywitanie z Europą

To był powrót Ligi Mistrzów do Polski. Powrót po dwudziestu latach. Czekaliśmy długo, a potem okazało się, że doczekaliśmy się kubła zimnej wody, który i tak okazał się tego dnia najniższym wymiarem kary.

Kiedy ostatni raz polski klub grał w Lidze Mistrzów, świat wyglądał inaczej. Po drogach jeździły inne samochody. Dostęp do Internetu mieli tylko nieliczni. Telefony zamiast leżeć w kieszeni, leżały na biurku, bo w kieszeni się nie mieściły. W telewizorach nikt nie miał miliarda kanałów, a nosy nastolatków nie były zatopione w smartfonach. Później czasy się zmieniały. Ludzie dorastali, powstawały nowe technologie, piłkarze kończyli kariery, do kin wchodziły nowe filmy, muzycy nagrywali kolejne albumy, wydawnictwa wypuszczały na rynek kolejne książki, ale jedno było nie zmienne. Drzwi do Ligi Mistrzów były dla zespołów znad Wisły zamknięte. Teraz po dwóch dekadach dane nam było wreszcie zasmakować tych rozgrywek u siebie. Po raz pierwszy miałem okazję świadomie obejrzeć mecz naszego klubu w Champions League. Może spotkania Legii i Widzewa w latach 90. widziałem spod stołu, ale jest to mało prawdopodobne (dzieci o tej porze już śpią). Teraz się doczekałem. To, co najlepsze w klubowej piłce zawitało do Polski.

Jednak powrót do elitarnych rozgrywek okazał się bardzo bolesny. Borussia Dortmund urządziła sobie w Warszawie festiwal strzelecki. Wicemistrzowie Niemiec nie byli jednak bezlitośni. Sześć goli wbili Legii na luzie. Miało się wrażenie, że gdyby potrzebowali dwucyfrówki, spokojnie by ją wywalczyli. Należało się spodziewać takiego obrotu spraw. Sam awans do Ligi Mistrzów był przecież czymś, na co czekaliśmy tak długo. Mimo wszystko jednak porażka 0:6 to coś, na co patrzy się z żalem. Dwie dekady wyczekiwania, a potem lanie, jakie w pucharach dostają najsłabsi.

Nie jestem i nigdy nie byłem zwolennikiem szybkiego zwalniania trenerów. Ale praca w Legii Besnika Hasiego to jakieś nieporozumienie. Pod wodzą tego szkoleniowca Legia osiąga fatalne rezultaty. Nie chodzi tu tylko o wczorajsze zebranie batów . Takie wyniki, jakie mają miejsce w tym sezonie, po prostu takiemu klubowi urągają.  Wypowiedzi szkoleniowca o tym, że ważniejszy będzie mecz ligowy są nie na miejscu. Całkowicie psują nastawienie przed tak ważnym dla polskiego futbolu spotkaniem. To pstryczek dla Polaków, którzy tak długo czekali na Ligę Mistrzów. Czekasz na coś dwadzieścia lat, a potem przychodzi koleś, który mówi, że ważniejszy jest mecz ligowy, taki jeden z wielu rozgrywanych co weekend.

Nie dość, że było fatalnie na boisku, to jeszcze na trybunach doszło do czegoś, co nas kompromituje. Zupełnie niepotrzebne zachowanie, które może pozbawić kibiców zobaczenia z trybun jednej z najlepszych drużyn na świecie. W kolejnym meczu u siebie, mistrzowie Polski podejmować będą Real Madryt. Szkoda byłoby, gdyby przez totalną głupotę niektórych, inni nie mogli zobaczyć meczu z aktualnym posiadaczem Pucharu Europy. Klubowi też przeszłyby koło nosa ogromne pieniądze z dnia meczowego. A poza tym, tak po ludzku, było wstyd.

Teraz wyjazd do Lizbony. Ja osobiście nie jestem załamany po pierwszym meczu, bo niczego wielkiego nie oczekiwałem. Liczyłem się z możliwością zebrania bęcków. W stolicy Portugalii też na wiele nie liczę. Po prostu dalej cieszę się tym, że mistrz Polski jest wśród najlepszych. Za długo czekaliśmy na Ligę Mistrzów, by teraz się z niej nie cieszyć. Trzeba jednak postarać się o uniknięcie tak wysokich porażek, jak ta wczorajsza. Celem powinno być uniknięcie bicia niechlubnych rekordów. Cieszmy się więc z wejścia na bal, ale postarajmy się dotrzymać kroku jego stałym bywalcom.

P.S.

Zapewne jest sporo kibiców innych klubów, którzy teraz śmieją się z Legii. Tak naprawdę szydzą jednak z samych siebie. Wczoraj bowiem został obnażony poziom całego polskiego futbolu klubowego. Widzimy jak wiele brakuje nam do najlepszych. To przepaść. Oby piłkarzom Legii w kolejnych meczach udało się choć odrobinę ją zmniejszyć.


pubsport.pl
  • Szpakowski powiedział, że „piłkarze Legii schodzą z boiska z podniesioną głową.” Chryste!!! Gdyby Real zagrał jak o życie – tj. jak przeciw Barcelonie – skończyło by się na 14:0.