Buława Benzemy

Kiedy przychodził do Realu Madryt w lipcu 2009 roku, miał być gwarantem gradu goli w przebudowanej drużynie. Kiedy skończył ów sezon z ledwie dziewięcioma trafieniami, publicznie skazano go na wygnanie. Pomimo że z gniazda wypychał go nawet sam Jose Mourinho, domagający się w jego miejsce napastnika bardziej doświadczonego i regularnego, z klubu nie odszedł. Florentino Perez uparł się bowiem, że temu zawodnikowi warto dać jeszcze trochę czasu. Jednak jesienią 2010 roku Real Madryt miał tylko jednego snajpera z prawdziwego zdarzenia, tj. Gonzalo Higuaina. Kiedy Argentyńczyk doznał na początku stycznia kontuzji, Mourinho otwarcie gardłował o sprowadzenie kolejnego napastnika. Doczekał się Emmanuela Adebayora. Niespodziewanie decyzja ta obudziła lwa. Kiedy obserwatorzy wyczekiwali bramek Togijczyka, ten piłkarsko zaniemówił, a rozstrzelał się ktoś z, wydawałoby się już, drugiego szeregu. Panie i Panowie, Karim Benzema.

Precyzyjny zarys (czyli paradoks nawet w podtytule)

Francuz przez 13 lat uganiał się za piłką w różnych kategoriach wiekowych Olympique Lyon. Gdy dobiegł końca sezon 2008/09 zewsząd słychać było głosy o potencjalnej przeprowadzce Benzemy do futbolowego krezusa z ligi angielskiej bądź hiszpańskiej. Pod koniec czerwca na placu boju o piłkarza, który w ostatnich dwóch sezonach w barwach Lyonu nastrzelał 54 gole, pozostały Manchester United i Real Madryt. Wybór padł na stołeczny klub, pomimo obiegowej opinii, że żaden inny nie „zepsuł” aż tylu utalentowanych zawodników przez swoją specyficzną politykę transferową. Karim Benzema pierwszy sezon w królewsko-białej koszulce miał nieudany, toteż już pakowano na łamach prasy jego bagaż. Za sprawą interwencji Florentino Pereza w zakres kompetencji Jose Mourinho, pozostawiono Francuzowi wciąż otwarte drzwi do pierwszej jedenastki. W Realu Madryt mało kto dostaje drugą szansę, ale wart dla prezesa klubu 35mln euro zawodnik mógł liczyć na lżejsze traktowanie. Warunek był oczywiście jeden – Benzema odzyska strzelecką płynność. Do końca 2010 roku jej jednak nie odzyskał i w 15. meczach ligowych zdobył… jedną bramkę.

Któż mógł wtedy sądzić, że 23-latek algierskiego pochodzenia na początku nowego roku wystrzeli nagle jak z procy? Ewidentny progres począł rysować się 23 stycznia w meczu z Realem Mallorca. Wtedy to pierwszy raz od listopada Benzema rozegrał w lidze pełne 90 minut, a ponadto zaliczył pierwsze od września ligowe trafienie. A to wszystko na wieść o transferze Adebayora, który już za chwilę miał wygryźć go ze składu. Od tamtej pory Benzema w sześciu meczach Primera Division zdobył siedem goli, a nowy nabytek „Królewskich” w ośmiu tylko dwie.

Wnioski (czyli – wreszcie)

Nieunikniona jest więc refleksja, że Emmanuel Adebayor okazał się świetnym bodźcem dla Karima Benzemy do lepszej gry. Transfer Togijczyka wpłynął na młodszego kolegę mobilizująco i ten wreszcie, jak sam przyznał w wywiadzie dla „ASa” , jest sobą. Oczywiście jest to problem bardziej złożony. Wypożyczenie rosłego gracza Manchesteru City mogło wstrząsnąć Benzemą, ale wielowarstwowość jego skomplikowanej przygody z Realem Madryt, każe również szukać przyczyn gdzie indziej. Znów pomocny okazuje się wspomniany wywiad, jakiego gwiazdor „Tricolores” (nawiązanie do reprezentacji nie jest przypadkowe, patrz. następny akapit) niedawno udzielił. Przyznał on, że wreszcie może swobodnie komunikować się z kolegami na boisku i poza nim, co znacznie ułatwiło mu grę i pracę na treningach. Wbrew instynktownej reakcji i obwołaniu zwłaszcza tego pierwszego zjawiska przełomowym (tj. porozumiewanie się na boisku, w trakcie gry), chciałbym położyć nacisk zwłaszcza na tę drugą część. Bowiem niezwykle ważne dla piłkarza jest czuć się w szatni po prostu swojsko; móc pożartować z kolegami i trenerem, zrozumieć co mają do powiedzenia przed i po treningu nie tylko ci mówiący po francusku, samemu o czymkolwiek opowiedzieć. Benzema najwyraźniej dopiero teraz opanował język hiszpański w dostatecznie dobrym stopniu, ażeby funkcjonować na właśnie takich prawach.

Następnym czynnikiem warunkującym tak wysoką formę 23-latka w ostatnich dwóch miesiącach zdaje się być prawo serii. Tutaj decydujący mógł być prestiżowy pojedynek na szczeblu reprezentacyjnym Francji z Brazylią, w którym to napastnik Realu Madryt zdobył jedyną bramkę i zapewnił swej kadrze zwycięstwo. Później Karim Benezema wrócił do realiów piłki klubowej i w dwóch kolejnych spotkaniach trafiał do siatki – z Levante w lidze i z Lyonem w Lidze Mistrzów. Napastnik mógł zatem uwierzyć, że naprawdę stać go na grę na najwyższym poziomie. Potwierdzeniem tych słów jest jego dyspozycja w marcu – dwa gole w każdym z trzech spotkań. Tym samym przechodzimy do kolejnego potencjalnego czynnika kształtującego gracza, który już jutro ma przełamać sześciosezonową niemoc Realu Madryt w Lidze Mistrzów. Otóż w ostatnich dwóch spotkaniach ligowych z powodu kontuzji nie wystąpił Cristiano Ronaldo. Nietrudno było zaobserwować, kto przejął po Portugalczyku dryg w akcjach ofensywnych. Benzema miał tę swobodę w ruchach, nie był spięty i zniecierpliwiony, co przyniosło znamienne skutki – wreszcie poczuł się w tym zespole nieskrępowany.

Chwila prawdy

Real Madryt ma teraz w osobie Karima Benzemy zabójczo skutecznego snajpera, który przejął buławę w drużynie. Na jak długo? Do powrotu Cristiano Ronaldo, który planowany jest już na jutrzejszy pojedynek z Lyonem? Czy do powrotu Gonzalo Higuaina, który właśnie dzisiaj wznowił treningi? A może w ogóle nie zamierza abdykować? W końcu wreszcie jest w gazie i potrafi grać na miarę klubu, którego koszulkę przywdziewa. Jutro będzie dlań sądny dzień. Jeżeli przepchnie Real Madryt do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, kibice, a nawet Jose Mourinho, długo mu tego jeszcze nie zapomną. Wszakże lepszej okazji do zaskarbienia niewysłowionej sympatii wyobrazić sobie nie sposób.

 


pubsport.pl