Bułko z bananem, króluj nam

Spieszmy się pisać o drużynach, tak szybko mogą spaść. Beniaminek angielskiej II ligi, czyli Championship – Brighton&Hove Albion wystrzelił na początku jak z procy, ale teraz ma zadyszkę i zleciał już na 13. miejsce. Póki jest więc jeszcze pierwsza część sezonu – trzeba nowicjuszy przedstawiać. A warto, bo klub przepowiedział połączenie miast, które jeszcze wtedy nie były połączone, pochodzi z ośrodka, który jest uznawany za brytyjskie centrum gejów i lesbijek, przez 12 lat był bezdomny, a teraz podziwiają go w pewnym sensie większe kluby zza granicy.

Brighton&Hove Albion powrócił na ten poziom rozgrywkowy po latach fatalnych. Był na skraju spadku poza profesjonalne rozgrywki (pierwsze cztery poziomy), nie miał pieniędzy, nie miał stadionu. Jeszcze w 2002 roku był na skraju bankructwa, ale zaczął marsz w górę. A pewne wspomnienia i tradycje jednak ma. W 1979 roku po raz pierwszy w historii awansował do tego, co dziś nazywamy Premier League. Debiut przypadł na starcie z Arsenalem Londyn, co wydawało się idealnym rozwiązaniem. Do momentu rozegrania meczu. Porażka 0-4 na wstępie nie wróżyła nic dobrego. Rozbita drużyna, przestraszone szaraczki, dołowała aż do połowy listopada, kiedy była na ostatnim miejscu w tabeli i prędko zmierzała tam, skąd przybyła. Tym bardziej, że czekał ją wtedy mecz z potężnym wówczas Nottingham Forest, któe w tym czasie zdobyło mistrzostwo Anglii – jedno – i aż dwa Puchary Europy. To prawdopodobnie jedyny przypadek (poprawcie mnie, jeśli się mylę), że klub ma więcej Pucharów Europy niż mistrzostw kraju.

Brighton jednak wygrało na wyjeździe z Forest, co było olbrzymią sensacją, zwłaszcza, ze Nottingham na jego boisku nie ograł nikt od blisko dwóch lat. Coś jak GKS Bełchatów miażdżący Wisłę Kraków przy Reymonta 4-2 kilka lat temu. Oczywiście, zachowując odpowiednią skalę…

Ten sensacyjny wynik napędził beniaminka na tyle, że na koniec sezonu zajął 16. miejsce w 22-zespołowej lidze i utrzymał się na kolejny rok. A właściwie kolejne trzy lata. To były najpiękniejsze dni. W Brighton nie zapomną ich. Nigdy. Zwieńczenie ich przygody z najwyższą ligą mogło być piorunujące, bowiem w 1983 dotarli do finału Pucharu Anglii. Z Manchesterem United jednak przegrali, a chwilę później zlecieli do drugiej ligi i nigdy do elity nie powrócili.

Teraz jednak nadzieje są spore. Mówi się, że nowy, piękny stadion Amex, czyli „The American Express Community Stadium” ma być bazą do odbudowania, albo zbudowania potęgi klubu. Stadion był długo wyczekiwany, bo drużyna była właściwie bezdomna. Odkąd w 1996 roku musieli się wyprowadzić ze swojego Goldstone Stadium, piłkarze Albion byli tułaczami, pielgrzymami i realizowali topos homo viator. To znaczy, nie mieli gdzie grać. Wynajmowali obiekt w pobliskim Gillingham, czy grali na lekkoatletycznym Withdean Stadium, który wcześniej był używany jako… zoo. Słyszał ktoś kiedyś podobne cuda?

Tułaczka zakończyła się 31 maja tego roku, kiedy klubowi oficjalnie przekazano klucze do nowiutkiego stadionu. Niedawno gościli na nim przedstawiciele Fiorentiny, Sampdorii Genua, Cagliari i Modeny, które przymierzają się do naprawiania włoskich stadionów i chcieli podpatrzeć, jak się to robi. A 10 listopada w Brighton zostanie rozegrany pierwszy mecz międzypaństwowy – Anglia U-19 zmierzy się z Francją U-19.

Nadzieje kibice „Mew” wiążą nie tylko ze stadionem, ale przede wszystkim z nową drużyną i trenerem. Gustavo Poyet, którego pamiętam jeszcze z boisk, gdy biegał w koszulce Chelsea i Tottenhamu, w Brighton rozpoczyna szkoleniową karierę, lecz już są powody, by sądzić, że będą z niego ludzie. Urugwajczyk jest pierwszym trenerem spoza Wysp Brytyjskich w 110-letniej historii klubu. Wcześniej był asystentem Juande Ramosa w Tottenhamie, a ci, którzy go znają, wypowiadają się o nim w samych superlatywach. Oddajmy głos Noelowi Blake’owi, który był jego wykładowcą w czasie, gdy Poyet robił licencję UEFA Pro. – Mogę o nim mówić same dobre rzeczy. Jest bardzo przyjemnym gościem, który naprawdę chce się uczyć. Jego osiągnięcia w Brighton mówią same za siebie. W pierwszym pełnym sezonie jego pracy awansowali i kontynuują dobrą grę w Championship. Gus stworzył tam dobrą atmosferę i przyjemnie się patrzy na efekty jego pracy – chwali Blake.

Poyet pracuje w Brighton od roku i dziesięciu miesięcy, co czyni go 28. najdłużej urzędującym w jednym klubie trenerem na Wyspach. Nie sprawdzałem, ale w Polsce plasowałby się z takim wynikiem w pierwszej piątce. Ponadto, niedawno podpisał pięcioletni kontrakt i, jeśli właściciel nie potraktuje go jak Janusz Filipiak Wojciecha Stawowego po podpisaniu 10-letniej umowy, jest szansa ten wynik mocno wyśrubować.

Poyet ma na razie do dyspozycji drużynę raczej rzeźniczą, taką typowo siłową, angielską. Zresztą mający gabaryty szafy pancernej Egipcjalnin Adam El Abd, który wychował się w Brighton, jest ulubieńcem kibiców i został wybrany najlepszym piłkarzem poprzedniego sezonu w klubie. A to świadczy najlepiej o gustach fanów. Jest jednak kilka perełek, w tym jedna zagubiona gwiazda, która kiedyś miała błyszczeć w całej Europie…

Hiszpan Vicente. Jak nisko upadł ten wielki talent z Valencii. Skrzydłowy, który na Euro 2004 zawijał obrońcami do spółki z Joaquinem, grającym wówczas w Betisie. Który z owym Joaquinem rywalizował potem w Valencii. Ciekawe, że obaj wielcy skrzydłowi hiszpańscy z tego czasu tak bardzo zmarnowali kariery, głównie przez kontuzje. Jeśli jednak Vicente jest zdrowy, potrafi nadać drużynie Albion rzadko spotykanego tam polotu.

Są też dwa młode talenty. Znaczy jeden na pewno talent, a jeden potencjalny i przez nazwisko. Na pewno talent ma Kongijczyk Kazenga LuaLua, którego pamiętam – oczywiście przez nazwisko – z Newcastle United, z którego zresztą jest do „Mew” wypożyczony. Widać, że lubi te „ptasie” klimaty. Z kolei potencjalny talent to Roland Bergkamp. Tak, z TYCH Bergkampów. Bratanek Dennisa, 21-latek, którego ojciec jest masażystą w Excelsiorze Rotterdam, gdzie wcześniej grał Roland. Chyba jednak talentem na miarę Dennisa Bergkampa nie jest, bo w innym wypadku, mając 21 lat grałby w trochę lepszym klubie. Nie w każdym kraju 21-latek siedzi na ławce Kolejarza Stróże.

Spore nadzieje już wiąże się ze Szkotem Craigiem Mackailem-Smithem, który ostatnio zadebiutował w pierwszej reprezentacji kraju i to w meczu o punkty z Liechtensteinem, więc Franciszek Smuda – przykro nam – nie może go powołać do naszej reprezentacji. Zawodnik zadebiutował mocno, bo strzelił od razu zwycięskiego gola. Tym samym został pierwszym piłkarzem Brighton, który zdobył bramkę na szczeblu międzynarodowym, od kiedy John Byrne trafił dla reprezentacji Irlandii z Walią w 1991 roku. A więc sami widzicie, że dawno. Mnie nawet w łonie wtedy nie było.

Klub – powstały w 1901 roku – odegrał przez cały wiek sporą rolę w jednoczeniu społeczności dwóch pobliskich miast – Brighton i Hove. Od początku istnienia był wspólny dla obu ośrodków, które dojrzały do połączenia dopiero w 1997 roku. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że jego ostatnie sukcesy wzięły się z dobrze nam znanej „bułki z bananem”. Znaczy, nie do końca, ale na tej samej zasadzie. Wtajemniczeni mówią, że nowy kucharz Richard Paikin był kluczem do sukcesu. Wcześniej w klubie nie było nikogo, kto dbałby o dietę. Teraz piłkarze są nim zachwyceni. A raczej jego „Kurczakiem mistrzów”. To by wskazywało, że w Brighton tak naprawdę nikt nie wie, dlaczego klub idzie w górę. Ale czy to konieczne? Wszak Adam Małysz odniósł na tej bułce z bananem sporo sukcesów…


pubsport.pl
Michał Trela

Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl

http://trelik.blox.pl