Byłem, zobaczyłem, przeżyłem

Nawet nie śniło mi się, że w tak krótkim odstępie czasu, jako dziennikarski żółtodziób, zostanę akredytowany na mecz LIGI MISTRZÓW. Dzisiaj ciśnienie w żylach podnosiło mi się kilka razy, a po raz pierwszy zaraz po… wstaniu z łóżka… Efekty mojej pracy można zobaczyć TUTAJ.

Chyba nawet w najśmielszych marzeniach nie sądziłem, że jeszcze jako uczeń szkoły średniej uda mi się otrzymać dziennikarską przepustkę na wydarzenie tak ogromnej rangi. Gdy ujrzałem swoje nazwisko na liście szczęśliwców, z radości zacząłem tańczyć Gangnam Style. Od momentu opublikowania tejże listy do meczu z Fenerbahce nie myślałem o niczym innym – olimpiadach przedmiotowych, sprawdzianach, innych zawodach w innych dyscyplinach – tylko o tym dzisiejszym, które było moim pierwszym poważnym debiutem w roli dziennikarza (niestety, teraz już mogę o sobie tak mówić, chociaż nadal się nie poczuwam do tego określenia).

Ponieważ w każdy poniedziałek i środę uczęszczam po południu na dodatkowe zajęcia z języka angielskiego, wybrałem się na nie także dziś.  Uzgodnilem z moją (kochaną) lektorką, panią Beatą, żeby mnie wypuściła kilkanaście minut wcześniej – nie o 18:30, a i 18:10. Liczyłem się z tym, że pierwszy set i tak mi umknie. Po prostu w pewnych chwilach szkoda kasy.

Jednakże nie spodziewałem się, że zabraknie dla mnie miejsca siedzącego przy pulpicie. Według mnie, skoro przyznano osobie akredytację na mecz, to również należy jej się chociażby krzesełko gdzieś tam. Pewnie bym je dostał, gdyby nie wąska grupa społeczna zwana fotografami, którzy bardzo kulturalnie zostawili swoje klamoty na biurku, powiesili kurtki na krzesłach i uciekli szukać dobrej perspektywy, by robić zdjęcia. Nawet nie wracali się na miejsca, żeby je wysłać, czy coś. Po prostu rzucili klamoty i poszli. A na każde podejście do ich rzeczy, zaczynali warczeć. W sumie to się nie dziwię, ale po tych wydarzeniach moje podejście do ludzi z obiektywami uległo zmianom. Może nie o 180 stopni, ale na pewno częściowo.

Na szczęście ten magiczny wisiorek, który dostałem, upoważnia mnie do poruszania się po zdecydowanej większości obiektu. Dlatego dołączyłem do swoich koleżanek siedzących na trybunach i wspólnie oglądaliśmy resztę spotkania. Przynajmniej to. Na szczęście później odbiłem sobie to wszystko – przynajmniej w części – w mixed zone.

Musiałem tam jednak odbyć prawdziwy chrzest. To nie jest takie proste, jak się wydaje wielu osobom, że się tam po prostu idzie i zawodnicy sami podchodzą. Trzeba poprosić, przekonać tych najbardziej opornych, a jeszcze przeprowadzić mądrą rozmowę. Daniela Plińskiego namówić się nie dało, ale Pawła Woickiego, Wytze Kooistrę i trenera Jacka Nawrockiego już tak. Ich wypowiedzi możesz zobaczyć pod newsem, którego napisałem.

Aha, no i nic nie przychodzi samo. Dołączają się kolejni dziennikarze i robi się tłoczno. Na szczęście Bóg obdarzył mnie dość dużym wzrostem, długą ręką, a za sprawą kochanej rodziny także dyktafonem (do którego przemawiał już także Bartek Kurek), dzięki czemu z pewnością było mi łatwiej zbierać wypowiedzi w strefie dla mediów. Mogę sobie zarzucić jedynie to, że nie przeprowadziłem wywiadu z Ivanem Miljkoviciem, ale była do niego długa kolejka, a poza tym goniłem trenera Nawrockiego. Postaram się poprawić na następny raz.

Praca podczas sportowej imprezy nie jest tak lekka, łatwa i przyjemna, jak wielu się wydaje. To nie jest tylko siedzenie przy boisku i gapienie na siatkarzy. Owszem, przyznaję się, że przez chwilę podczas patrzenia na tłum rozgorzałych fanów błagających o autografy przede wszystkim Aleksandara Atanasijevicia, poczułem lekką dumę, taką odrobinę symboliczną – kilka lat temu to ja byłem po tamtej stronie i wołałem sportowców, aby podpisali mi się w moim zeszycie. Oczywiście wciąż go posiadam, a czasem nawet powiększam zbiór o niektórych zawodników.

Jednakże od jakiegoś czasu walczę ze sobą, aby nie być stremowanym, porozmawiać z kimś znanym jak z normalną osobą. Zauważyłem postęp: w lutym stojąc obok Bartka Kurka cały się trząsłem, a we wrześniu podczas spotkania z Andrzejem Borowczykiem już tylko przez pierwsze kilka minut. Dziś nie miałem żadnej tremy. Chyba udało mi się przezwyciężyć pewną słabość, z czego bardzo się cieszę!

Nie umiem wyrazić swojej radości z powodu otrzymania poniższego dokumentu.

Zdaję sobie sprawę, iż dziennikarska akredytacja to ogromne wyróżnienie, ale również jeszcze większa odpowiedzialność. W niektórych przypadkach należy uspokoić emocje, choćby chciały się uwolnić z całego ciała. Podkreślam, że wciąż jestem żółtodziobem, dopiero się uczę, lecz stawiam kolejne małe kroczki do – mam nadzieję – dziennikarskiej kariery. Robię tyle, ile mogę, choć nie zawsze mogę wiele…

Myślę, że powinienem także złożyć podziękowania. Przede wszystkim dla redaktora naczelnego naszej strony, Damiana Ślusarczyka, bez którego nie poszedłbym aż tak bardzo naprzód. To on, już od roku, pomaga mi w walce o akredytacje na różne wydarzenia sportowe. Nie udało się na mecze koszykarzy ŁKSu, Final Four LM siatkarzy, mecz towarzyski Polska – Australia, spotkanie Lechii Gdańsk z Legią Warszawa na mojej ukochanej PGE Arenie, lecz powiodło się z siatkarkami Organiki Budowlanych Łódź (od razu na cały sezon!) oraz PGE Skrą Bełchatów w Lidze Mistrzów.

Dziękuję również redakcyjnej koleżance, Kasi Bącalskiej, która za każdym razem dodaje mi otuchy i wspiera. To wsparcie czuję również od Was, Drodzy Czytelnicy, chociaż nie jestem w tej chwili w stanie wyróżnić wszystkich, bo boję się, że kogoś pominę. Wszystkim Wam razem i z osobna dziękuję i obiecuję, że będę starał się Was nie zawieść!


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl