Cena nonszalancji i lekceważenia.

Wisła Kraków, Śląsk Wrocław, Legia Warszawa, Jagiellonia Białystok – piłkarze czterech najlepszych drużyn polskiej ekstraklasy w niedawno zakończonym sezonie 2010/2011, nie mieli w trwające wakacje zbyt wiele czasu na odpoczynek od futbolu.

Koniec każdego kolejnego sezonu ligi polskiej dla czołowych zespołów na jego finiszu, niestety tradycyjnie już, oznacza dla uczestników europejskich pucharów początek długiej, dalekiej i nieraz krętej drogi do piłkarskiego nieba.
Legendarny już, mityczny cel, złote runo polskiej piłki w wydaniu klubowym – faza grupowa Ligi Mistrzów.
W XXI wieku ten etap piłkarskiej Champions League pozostaje ciągle w sferze marzeń kolejnych mistrzów Polski, a dokładnie od 1997 roku żaden z nich nie potrafił do tej pory pokonać pełnego dystansu i dotrzeć do mety przeklętych rund kwalifikacyjnych.

Nieco lepiej polskim drużynom wychodził kolejny maraton, którego finiszem jest faza grupowa Ligi Europy, której trofeum nazywane bywa często pucharem pocieszenia. Formuła rozgrywania dawnego Pucharu UEFA została poddana rewolucyjnym zmianom, które miały odwrócić postępujący spadek zainteresowania rywalizacją o główne trofeum czy też brak emocji choćby lekko porównywalnych do tych, jakie towarzyszyły i towarzyszą elitarnym rozgrywkom Ligi Mistrzów. Wobec tak idealnego produktu jakim były i będą rozgrywki CL, rywalizacja o Puchar UEFA stawała się z sezonu na sezon coraz mniej popularna.
W końcu zapadła rewolucyjna decyzja o uśmierceniu Pucharu UEFA i jednoczesnym powołaniu do życia, w jego miejsce Ligi Europy. Obydwie decyzje zostały szybko przyjęte i zaakceptowane.
Od sezonu 2009/2010 europejskie kluby, którym nie udało się awansować do Ligi Mistrzów dostały jej kopię, która dość udanie tworzy jakąś jej namiastkę.

Bram fazy grupowej LE i to dwukrotnie udało się przekroczyć Lechowi Poznań, który nie dość, że nie przyniósł wstydu, to wręcz dał nam kilka razy bardzo dużo powodów do wielkiej radości, a nawet i poczucia dumy. Tylko, że to jest rodzynek w całym  zacnym gronie czołowych polskich klubów.

Cena awansu do europejskich pucharów w przypadku polskich drużyn, którym uda się ta sztuka, jest wysoka, bardzo wysoka.
Podczas gdy piłkarze zespołów reprezentujących nawet takie ligi jak grecka, szwedzka, belgijska, szwajcarska, a o tych trochę lepszych oraz najlepszych nie wspominając – odpoczywają sobie i smażą się w ciepłych krajach, albo właśnie się wybierają na pierwsze treningi, lekkie, łatwe i przyjemne – nasi już zasuwają na pełnym obciążeniu, by wypracować jak najlepszą
formę nie na sierpniową inaugurację nowego sezonu ekstraklasy, bo już w lipcu, a co niektórzy szczęśliwcy (Jagiellonia Białystok) już na przełomie czerwca i lipca muszą być gotowi.
Wszystkie te krzywdy naszych zespołów eksportowych są oczywiście efektem długiej i żmudnej pracy wykonanej przez kolejnych mistrzów Polski i resztę czołowych ekip naszej ligi reprezentujących polski futbol klubowy na europejskiej arenie, przez ostatnie 10-15 lat.

Levadia Tallin, Qarabag Agdam, Vetra Wilno, Toboł Kostanaj, Valerenga Oslo, Dinamo Tibilisi, Inter Baku – porażki z tymi w większości egzotycznymi drużynami kosztowały nas wiele punktów w rankingu UEFA.
Zacne, iście wyśmienite towarzystwo zlało już w tym stuleciu naszych mistrzów, vice-mistrzów, zdobywców pucharu, na czele i z Legią, i z Wisłą – czyli potęgami polskiej piłki klubowej… Efektem tak kompromitujących klęsk polskich drużyn jest dziś tak niska pozycja ekstraklasy w rankingu UEFA, że kluby awansujące z niej do europejskich pucharów są skazane na rundy przedwstępne, wstępne i im podobne, w których brylują ekipy z Kazachstanu, Armenii, Azerbejdżanu i innych państw trzeciego świata.

Nasze kluby same tak się urządziły i tylko one same mogą to odmienić. Co jest najciekawsze – wcale nie potrzeba do tego spektakularnych występów i zwycięstw w Europie zapewniających co najmniej grę w pucharach wiosną 2012 roku – jak uczynił ostatnio Lech. Choć życzę tego wszystkim polskim klubom, to jednak wolałbym żebyśmy zamiast takiego zrywu pojedynczej ekipy mogli zobaczyć w fazach grupowych LM i LE co najmniej po jednej drużynie. To by było bardziej pożyteczne i korzystne dla poprawienia naszej marnej pozycji w rankingu.
Dwa, trzy takie sezony i mamy awans do grupy (2LM i 3LE). Marzenia, marzenia, marzenia…


pubsport.pl