Chapeau bas monsieur Schleck

Sześćdziesiąt kilometrów przed metą. Sześćdziesiąt! Jest jeszcze romantyzm w kolarstwie. Zdarzyło się na tegorocznym Giro że w takiej odległości od mety zostało już tylko kilku liderów we własnym gronie. Ale taki rajd? Dobra, nie był on w pełni samotny, ale i tak: Panie Andy, chapeau bas.

Oczywiście można przy okazji trochę zganić resztę możnych Touru, że zlekceważyli taką akcję. Nie da się też ukryć, że Schleck ma argument, którego nie mają inny faworyci. Ten argument także ma na nazwisko Schleck. Jestem niemal przekonany, że gdyby nie było będącego w stanie skontrować atak Franka, Andy nie podjąłby akcji. Aczkolwiek mam nadzieję, że niektórzy zawodnicy zauważyli, że tak da się zaatakować. I wygrać. Jutro jest świetna okazja żeby tę nowo nabytą wiedzę wykorzystać. Etap wręcz stworzony do wielkiej rywalizacji. Góra, trochę w dół, wielka góra, długi zjazd i wielka góra. Łączny dystans niewiele ponad 100 kilometrów. Jest w peletonie kilku zawodników, którzy takim długim atakiem mogliby coś osiągnąć. Czy może to być Contador? Jego raczej nie puszczą. Mimo, że wydaje się iż wyścig ma już przegrany. Myślę z resztą że Team Leopard-Trek nie puści nikogo, kto może mieć choćby minimalne szanse na zbliżenie się do Schlecków na dystans czasowy dający minimalne szanse na nadrobienie tej straty na czasówce. Zaś jak przyjdzie co do czego – zaatakuje Frank. Wracając do el Pistolero – nie chcę oczywiście życzyć źle temu wspaniałemu Hiszpanowi, ale dla atrakcyjności wyścigu, a w tym przypadku atrakcyjności całego kolarstwa szosowego, korzystne jest że stracił. Że pokazał słabość. Że najprawdopodobniej skończy się seria wygranych pięciu Grand Tourów z rzędu w których startował. Tym większa będzie mobilizacja Contadora za rok. Można już dziś postawić spore pieniądze, że Contador nie będzie startował w przyszłorocznym Giro. Może je sobie wygrywać gdy jest hegemonem na francuskim wyścigu. A chyba lada dzień przestanie nim być.

Andy Schleck zrobił dziś wspaniałą robotę i został bohaterem. Aczkolwiek jest taki jeden pan, który trochę splendoru Luksemburczykowi zabierze. Zapewne na okładce jutrzejszej l’Equipe obok rozradowanego Schlecka zobaczymy także równie zadowoloną twarz Thomasa Voecklera. Szybko skończyły się słowa na określenie tego co ten człowiek robi. Puścili ucieczkę z nim w składzie siedem lat temu – w żółtej koszuli jechał 11 dni. Puścili w tym roku – scenariusz się powtarza. Chyba znowu będzie musiało minąć siedem lat, żeby zlekceważono odjazd Voecklera. Aczkolwiek patrząc jak radzi sobie ten najdzielniejszy z Francuzów w tym wyścigu można wysnuć teorię, że za rok będziemy także widzieli go w czołówce na najtrudniejszych odcinkach. Być może trzeba było przełamać jakąś psychologiczną granicę, żeby zobaczyć, że jednak i Francuz może być wśród najlepszych. A i Pierre Rolland dzielnie towarzyszący Voecklerowi spisuje się znakomicie. Trzeba zauważyć, że on jest wciąż młodzieżowcem. Więc może niedługo ponownie zobaczymy jakiegoś Francuza choćby na podium – a oczekiwanie to trwa od drugiego miejsce Richarda Virenque’a w 1997 roku. Ba, przecież Francuza na podium na Polach Elizejskich możemy zobaczyć już w tę niedzielę.

No właśnie – Voeckler jeszcze się może liczyć. A oprócz niego bracia Schleckowie i Evans. Włoski duet Basso-Cunego nie pokazał nic po czym należałoby się spodziewać, że są w stanie walczyć o podium. A i czasowcami wyśmienitymi nie są. Za Włochami są już zawodnicy z większą stratą. Jakiego scenariusza należy się spodziewać po jutrzejszym etapie? Tego co zazwyczaj. Czyli atakujących na przemian Schlecków. Wszak wciąż nie mają bezpiecznej przewagi nad Evansem, który na czasówce może ich znacznie pokonać. Ponadto trzeba w końcu urwać tego Francuza. Mimo że dziś nastąpił w wyścigu istotny przełom wciąż jeszcze wiele może się zdarzyć.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk

Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl.
Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.

http://pawelkazimierczyk.natemat.pl