Ciągle mówimy, że dawniej było lepiej

Odnoszę wrażenie, że powyższe stwierdzenie jest na ustach wszystkich związanych z polskim futbolem niezmiennie od 1974 roku, czyli już prawie 40 lat. Kilka, jeśli nie kilkanaście razy zapowiadało się również, że byliśmy o krok od wyjścia na prostą i okresu, w którym wszystko naprawdę będzie cacy. Niestety, zamiast tego piłkarskiego raju za każdym razem byliśmy coraz boleśniej sprowadzani na ziemię.

Ponieważ zmierzam raczej do dwóch ostatnich meczów eliminacyjnych – z Ukrainą i San Marino, swoją teorię poprę wypunktowanymi przykładami:

  • Lata 70. i 80. – po brązowym medalu na MŚ w Niemczech, nasza kadra nigdy już tak nie błyszczała, jak wówczas. Nawet 8 lat później, gdy z Hiszpanii Polacy przywieźli ten sam krążek. Lecz ile byśmy dali teraz za takie osiągnięcie…
  • Lata 90. – zupełnie jakby nieme w historii polskiej piłki – żadnego Mundialu, żadnego Euro. Jedynie srebro olimpijskie, ale wiemy, jak się ono liczy w tym sporcie. No i warto dodać: ostatnie czasy, kiedy nasze kluby coś znaczyły w Europie
  • Przełom XX i XXI wieku – już jakby wyszliśmy z niemocy, po 16 latach awansowaliśmy na MŚ w pięknym stylu. Ale niestety, w Korei Płd. zagraliśmy tylko 3 mecze i znów zespół został „uziemiony”.
  • 2004-2006 – kolejne piękne przebrnięte eliminacje na Mundial w Niemczech, ale sam turniej znów zły. Właściwie od samego początku, czyli porażki z Ekwadorem 0:2.
  • 2006-2008 – przybył Leo Beenhakker i wprowadził po raz pierwszy w historii naszą drużynę na Mistrzostwa Europy. Tyle, że… zdobyliśmy tylko jeden punkt i jedną bramkę, w dodatku ze spalonego. Póżniej zaczęły się kompromitacje w drodze do RPA nie tylko na boisku, ale też w relacjach PZPN – trener.
  • 2009-2012 – Franciszek Smuda objął stery w reprezentacji narodowej i miał za zadanie poprowadzić ją w najważniejszej imprezie sportowej w historii kraju. Po drodze zaliczył kilka dziwnych decyzji, potknięcia mniejsze i większe, ale też i kilka ładnie wyglądających na kartce wyników (3:1 z WKS, 2:2 z Niemcami). Jednakże impreza docelowa kolejny raz zakończyła się klapą.

Z każdym tym okresem cieszyliśmy się z coraz mniejszych osiągnięć. Jak jest teraz? Każda strzelona bramka, jakikolwiek wywalczony punkt, niezależnie od tego, z kim powoduje wybuch bomby pt. hurraoptymizm. Na dodatek tych bramek ostatnio niespecjalnie strzelamy i kiepsko bronimy, a to przekłada się oczywiście na wyniki. Wbrew pozorom jeszcze nie jest tak źle, jak wielu z nas myśli lub myślało, ale o tym później.

Na mecz z Ukrainą znów pojawiła się ogólnonarodowa napinka. Chyba jednak uzasadniona, bo był to pierwszy mecz pod wodzą Waldka Kinga, który miał odpowiedniego rangą przeciwnika, by wygrać i wówczas to hipotetyczne zwycięstwo zwyczajnie nas by ucieszyło, tym bardziej, że odniesione na wypełnionym po brzegi Stadionie Narodowym.

Przed spotkaniem wziąłem udział w zakładach z kolegami. Byłem ostrożnym optymistą – postawiłem na 1:0 dla Polski. No cóż, z zarobkiem pożegnałem się bardzo szybko. Ale z perspektywy kibica oczekującego na widowisko stwierdzam, iż gole Yarmolenki i Guseva, a później Łukasza Piszczka spowodowały, że ta pierwsza połowa naprawdę była ciekawa i przyjemna dla oka.

Jednakże po trafieniu Zozulyi zacząłem tracić nadzieję. Tyle, że ja mogłem sobie na to pozwolić, ale reprezentanci Polski już nie. Na drugą połowę wyszli już z opuszczonymi głowami, bez wiary. Mało brakowało, a skończyłoby się jeszcze wyższą porażką niż 1:3.

Nie może być tak, że opieramy naszą grę na tercecie z Dortmundu, bo to po prostu za mało. Mamy ogromny problem z wymianą choćby kilku podań na połowie przeciwnika, co automatycznie eliminuje u nas jakąkolwiek kombinacyjną grę. Już kiedyś to pisałem, ale powtórzę raz jeszcze, bo się nie zmieniło: im bliżej jesteśmy bramki przeciwnika, tym bardziej się go boimy, dostajemy sraczki pod bramką i nie wiemy, co zrobić z piłką.

Może nie byłoby to tak widoczne, gdyby nie tragiczna skuteczność. Nie przemawia do mnie argument, że Robert Lewandowski nie dostaje tak dużo dobrych piłek niż w Borussii Dortmund. Nie będzie dostawał, bo nie mamy takich graczy, jak Reus czy Goetze. Ale sam miał kilka dobrych sytuacji pod bramką Andriya Pyatova i żadnej nie wykorzystał. Tyczy się to również Rybusa, Obraniaka, Majewskiego, czy nawet samego kapitana, Kuby Błaszczykowskiego. Panowie, zacznijmy chociaż celować w światło bramki, bo w piątek udało nam się to zrobić tylko dwa razy!

Mamy też problemy z odpowiednim wykorzystaniem stałych fragmentów gry. Mieliśmy całą masę rzutów wolnych, bo nasi bracia współgospodarze postanowili zaorać piękną murawę na Narodowym, często razem z polskimi piłkarzami. Zaś we wtorek szliśmy na rekord w ilości wykonywanych rzutów rożnych. Tylko co z tego? No właśnie o to chodzi, że nic…

Drugą połowę oglądalo się topornie, więc zajmowałem się w jej trakcie paroma innymi rzeczami – zjadłem kolację, uporządkowałem biurko, powyrzucałem zbędne pliki z komputera… Na mecz też patrzyłem, ale nie mogę nawet określić, z jaką częstotliwością.

Wszystko to spowodowało, że w kolejnym zakładzie (była kumulacja, nikt nie trafił wyniku), zdecydowałem, że postawię na 6:1 dla Polski w meczu z San Marino. Uważałem, że będzie z nami tak źle, iż stracimy pierwszą w historii bramkę. Mało brakowało, a miałbym rację. Różnicę bramek zgadłem, ale niestety oczywiście nic przez to nie dostałem.

W trakcie boju z Sanmaryńczykami miałem ciągly podgląd na facebooka i twittera, bo tam było chyba nawet ciekawiej niż na boisku – co chwilę pojawiał się jakiś żart typu: „Niech lepiej Salamon uważa, bo któryś z rywali może mu we Włoszech rozliczać PIT” albo

Liczyliśmy, że ten mecz sam się wygra. W sumie… mieliśmy rację, ale to przyniosło fatalny efekt wizualny. Jak najmniejszą ilością podań próbowaliśmy się przedostać pod pole karne rywali, by tam poprzez na przykład… niedokładne podanie z 1-2 metrów stracić piłkę. O skuteczności strzeleckiej już nie wspominam, bo to zrobiłem kilka akapitów wyżej. A to oznacza, że nasze błędy i niedociągnięcia techniczno-taktycznie się powtarzają.

Żal było patrzeć, jak goście dostają baty od słabo grającej reprezentacji Polski. Naprawdę chciałem, by zdobyli choćby jedną bramkę, niekoniecznie ze względu na zakład, ale po prostu ze zwykłego ludzkiego współczucia. Chętnie pokrzyczałbym z kibicami na stadionie „San Marino, San Marino”, co potępia Dariusz Tuzimek na łamach Onetu, a popiera Jakub Radomski z naTemat.pl. Gdyby Rinaldi wykorzystał być może swoją okazję życia, cieszyłby się ze zdobycia Pucharu Weszło!

I na koniec jeden akcent pozytywny – rywale zagrali dla nas. Mamy w tabeli tylko 4 punkty straty do drugich Anglików i o jeden mecz rozegrany mniej. Zatem wciąż wszystko mamy w swoich rękach, a raczej nogach. Jednakże z drugiej strony, jeśli dalej nasza gra wyglądać będzie tak, jak w dwóch marcowych spotkaniach, to faktycznie możemy porzucić myśli o wyjeździe do Brazylii.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl