Co się stało z hiszpańskim magiem ?

Wczoraj świat obiegło potwierdzenie tego, co media w Europie wiedziały już co najmniej kilkanaście dni temu, mianowicie Rafa Benitez przestał pełnić funkcje szkoleniowca Mistrza Włoch, Interu Mediolan. Wydarzenie to skłoniło mnie do kilku refleksji na temat kariery hiszpańskiego maga.

W maju 2004 roku Rafa Benitez za sterami Valencii zdobywa Puchar UEFA pokonując w finale na Ullevi Stadium Olympique Marsylia. Tydzień później zapewnia sobie Mistrzostwo Hiszpanii zostawiając za swymi plecami samą Dumę Katalonii. Zyskuje sobie szacunek, popularność i miłość wśród kibiców nie mniejszą niż Hector Raul Cuper. Wielki świat nie jest obojętny na dokonania młodego szkoleniowca. Po zakończeniu usłanego sukcesami sezonu do Beniteza zgłaszają się włodarze Liverpoolu, pragnąc aby Hiszpan przejął zespół prowadzony dotąd przez Gérarda Houllier’a.

Rozpoczyna się kolejny etap w karierze jednego z najwybitniejszych szkoleniowców czasów współczesnych. Liverpool nie razi ogromnym budżetem. Włodarze klubu z Anfield Road mają nadzieję, że Benitez zrobi to co w Valencii, niewielkimi nakładami osiągnie sukces. Hiszpan przeprowadza mnóstwo co prawda niedrogich, ale dość dziwnych transferów, głównie z Półwyspu Iberyjskiego co spotyka się z dezaprobatą ekspertów na Wyspach.  Jednak Rafa zamyka usta swoim krytykom wygrywając przegrany Finał Ligi Mistrzów w Stambule z mocnym polskim akcentem Jerzego Dudka. Benitez po zaledwie roku pracy przywozi do Liverpoolu trofeum, o którym nikt w mieście Beatlesów nawet nie marzył od tragedii na Heysel. W mgnieniu oka Hiszpan zyskuje sobie miłość piłkarzy i kibiców chyba jeszcze większą niż w czasach gdy prowadził Valencię. W Premier League, The Reds kończą sezon na ledwie piątym (za Evertonem!) miejscu, ale wszyscy Benitezowi to wybaczają, tym bardziej, że UEFA zmienia przepisy dające Liverpoolowi miejsce w następnej edycji Ligi Mistrzów.

Jednak później nie było już tak różowo. W klubie chwilowo były na prawdę duże pieniądze, ale większość transferów Beniteza była mocno chybiona. Jedynym dobrym transferem za kadencji Beniteza było kupno Fernando Torresa i zatrzymanie Stevena Gerrarda. The Reds z sezonu na sezon zapowiadali walkę o Mistrzostwo, które jednak zwykle w granicach Bożego Narodzenia było już nierealne. Na arenie europejskiej też nie szło już tak wspaniale. Przede wszystkim hiszpańskiego maga opuściło szczęście. Szanse na drugi Puchar Europy w Atenach zabrał mu Pippo Inzaghi. W bojach z Chelsea zwykle to The Blues byli górą. Czara goryczy przelała się, gdy The Reds nie wyszli z grupy Ligi Mistrzów, a drużyna sie posypała. Odszedł Xabi Alonso, na co Benitez odpowiedział kolejnymi transferowymi niewypałami. W końcu Hiszpan musiał się rozstać z Liverpoolem zostawiając po sobie mimo wszystko dobre wrażenie, aczkolwiek od zdobycia Ligi Mistrzów u progu kariery, dokonania Beniteza przypominają równie pochyłą.

Gdy po zdobyciu potrójnej korony Jose Mourinho czmychnął do Madrytu, Massimo Moratti uznał, że najlepszym następcą dla Portugalczyka będzie Benitez. Większego wyzwania dla Hiszpana być już nie mogło, bo musiał zastąpić kogoś kto wygrał wszystko. Benitez na pewno miał trochę racji mówiąc, że pod wodzą Mourinho piłkarze Interu grali na 150% swoich możliwości i teraz padają jak muchy. Szkoda tylko, że o tym nie pomyślał w letnim okienku transferowym choć jak twierdzi kupować chciał, ale mu nie pozwolono. Preferujący dotąd technike rotacji składem szkoleniowiec miał teraz do dyspozycji ledwie kilkunastu graczy. Efekt jest taki, że zakatowani grą ponad stan i nikim nie wzmocnieni herosi z San Siro nie są w stanie rywalizować z najlepszymi m.in. ze swymi rywalami zza miedzy, których w ostatnich latach rozjeżdżali co nie podoba się panu Morattiemu, który do sukcesów bardzo się przyzwyczaił. W dodatku na koniec Benitez popadł w konflikt z prezesem Interu, co było gwoździem do jego trumny.

Jak się potoczą dalsze losy Rafy Beniteza? Czy jego mizerne ostatnio wyniki to jego wina czy to tylko wyjątkowo niekorzystny dla niego splot wydarzeń? Przekonamy się pewnie już wkrótce.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html