Coś mi tu nie gra

Niektórzy po przeczytaniu tej notki zapewne stukną się w głowę i pomyślą, że jestem tylko sfrustrowanym kibicem Korony, który nie umie pogodzić się z porażką. Dwa bardzo podobne wydarzenia tego tygodnia nakazują mi jednak podnieść ten temat. Szczerze przyznam, że do tej pory się nad tym nie zastanawiałem, ale gdy przyjrzałem się sytuacji stwierdzam, że coś mi tu nie gra.

No ale do rzeczy. Chodzi mi oczywiście o przepis nakazujący ukarać bramkarza robiącego to:

lub to:

Powinien wylecieć z boiska?

Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku, mamy faul w sytuacji sam na sam więc jest karny i kara indywidualna. W praktyce sprowadza się to do tego, że nie odróżnia się obrońcy od bramkarza, a jest chyba pewna subtelna różnica między defensorem za wszelką cenę próbującym zatrzymać wychodzącego sam na sam rywala, a golkiperem wykonującym swoją pracę – próbującym ratować zespół. Można powiedzieć, że bramkarz podejmuje ryzyko i musi się z nim liczyć. Zastanówmy się jednak czy to nie za duże ryzyko dla gracza, który nie popełnił żadnego błędu i wykonuje swoją pracę? Odważę się powiedzieć, że jeśli wykonywanie tej pracy nazwiemy ryzykiem to w końcu znajdzie się jakiś śmiałek, który odmówi podjęcia ryzyka i odsłoni rywalowi bramkę. Gdyby to zrobił wczoraj Małkowski to Korona dalej mogłaby myśleć o wygranej.

Zwróćmy uwagę na to, że w obu sytuacjach faule ,o ile miały miejsce, są przypadkowe, jeśli nie wymuszone przez  napastników. Obecne przepisy dają zawodnikom z pola niesamowite pole do kombinacji. Otóż wpadnięcie w bramkarza i wymuszenie karnego opłaca się dużo bardziej niż najzwyklejsze umieszczenie piłki w siatce w stuprocentowej sytuacji. Nikt z Londynu czy Kielc nie miałby pretensji gdyby Tottenham i Korona straciły po golu i dalej mogły grać jak równy z równym przeciwko swoim rywalom. Tymczasem Biabiany i Radovic pieką po dwie pieczenie na jednym ogniu.Jeżeli taka sytuacja zdarza się we wczesno-średnim fragmencie wyrównanego meczu dwóch wyrównanych drużyn to jest praktycznie zakończeniem rywalizacji. Nawet 3 bramki strzelone przez Tottenham nie zmienią mojego zdania. Mecz w Mediolanie trwał 8 minut, w Kielcach 35. Stawiam pytanie, czy naprawdę opłaca nam się ,,psuć” widowisko takimi decyzjami. Czy nie wystarczyłaby żółta kartka i jedenastka?

Ktoś powie, że to z kolei promowałoby bramkarzy – ich obrona w takich chwilach sprowadzałaby się do przewrócenia rywala za wszelką cenę. Mam na to dwie recepty: pierwszą konserwatywną i daleką od ideału, drugą nowatorską i wydaje się doskonale poprawiającą atrakcyjność widowiska. W przypadku numer jeden po prostu dałbym arbitrowi pole do interpretacji – jeśli uznałby, że zagranie golkipera było celowe i wykonane z premedytacją – dawałby czerwoną kartkę, jeśli byłby to faul wynikający z próby obrony – tylko żółtą. Rzecz jasna to też rodziłoby duże kontrowersje, ale chyba jednak po części zapełniało obecną lukę w przepisach.

Druga proponowana przeze mnie opcja to coś, czego raczej nie dożyjemy. No ale pomarzyć można. W przypadku faulu o jakim mowa karą mogłoby być pokazanie bramkarzowi kartki żółtej (uniemożliwi mu grę na czas do końca meczu), wskazanie na jedenasty metr (zrekompensuje atakowi straconą szansę na gola)  i… wykluczenie jednego z zawodników z pola (zastanawiam się nad zawężeniem tylko do obrońców) na 15 lub 20 minut mierzone od momentu wykonania karnego. Spójrzmy teraz na realne korzyści płynące z takiego rozwiązania. Jako królik doświadczalny posłuży nam wczorajszy mecz Korony z Legią. Jak już pisałem spotkanie na tym poziomie, przy tak wyrównanych, dobrze zorganizowanych ekipach, praktycznie kończy się z chwilą skutecznego wykonania jedenastki. Przynajmniej kończą się ogromne emocje. Tak też było wczoraj. Korona mimo, że bardzo się starała raczej nie miała wielkich szans – napotykała na trudności w ataku, narażała się na zabójcze kontry. Zapewne wiara w wygraną w zespole po takim ciosie drastycznie spada. Legia skoncentrowała się na obronie i czyhała na kontry. Co by było gdyby grano na ,,moich” zasadach? Legia w 36 minucie prowadziłaby 2-1. Boisko na kwadrans opuściłby któryś z obrońców Korony. Wyobrażacie sobie co przez 9 minut do przerwy i 6 minut po robi warszawski zespół? Tak, zamiast bronić i zbytnio się nie wysilać atakuje całymi siłami, by w okresie przewagi podwyższyć prowadzenie. Co robi wtedy Korona? Walczy na 12o procent swoich możliwości, by zachować jeszcze szanse na wygraną. Co robią kibice? Cieszą się fantastycznym widowiskiem, które trwa 90, nie 35 minut. Dostrzegam jeszcze jeden plus tej zasady: znacząco niwelowałaby, bez pomocy powtórek video, skutki ewentualnej pomyłki arbitra. Przy obecnym cwaniactwie zawodników, szybkości gry i zawodności ludzkiego oka są one na porządku dziennym. Efektem jest tak jak już pisałem zdecydowane obniżenie poziomu emocji w meczu. Jedynym mankamentem jaki przychodzi mi w tym momencie do głowy jest fakt, że zawodnik schodzący za karę w czasie jej odbywania najzwyczajniej w świecie odpoczywałby i regenerował siły. Można to jednak rozwiązać jeszcze jednym obostrzeniem: zakazem zmieniania owego zawodnika do końca meczu (chyba że doznałby kontuzji).

Zdaję sobie sprawę, że w ten tekst można zaliczyć do gatunku fantasy. Uważam jednak, że dyskutować  nad poprawą trzeba. Będę wdzięczny za każdy głos w dyskusji wyrażony w komentarzach.


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/