Coś więcej niż piękna gra

Zazwyczaj fani piłki nożnej darzą sympatią drużyny grające pięknie. Tak było niemal od zawsze. Nawet jeśli zespół przegrywał, był doceniany za porywający futbol, walkę do końca i dostarczanie widzom wrażeń estetycznych. Wystarczy tylko uzmysłowić sobie, jak wielu ludzi kibicuje na wielkich turniejach Holandii, czy Brazylii. Jednak pojawiają się też ekipy grające brzydko i topornie, a mimo to zyskujące rzeszę sympatyków. I właśnie taką ekipą jest Atletico Madryt, które pod wodzą Diego Simeone po raz drugi w ciągu trzech sezonów awansowało do finału Ligi Mistrzów.

Ajax Amsterdam dla współczesnych nastolatków jest przede wszystkim solidnym europejskim klubem, w którym występuje Arkadiusz Milik. Jednak starsi kibice z pewnością mają wielki sentyment do tego klubu. I nie chodzi tu wyłącznie o sukcesy, jakie odnosił zespół, w którym brylował Johan Cruyff, czy też o osiągnięcia w latach 90., kiedy to w stolicy Holandii występowali tacy zawodnicy jak van der Sar, Seedorf, Kluivert, czy Davids. Ajax zaskarbił sobie sympatię tym, że jego gra sprawiała przyjemność oglądającym ją. Każdy człowiek zasiadający przed telewizorem, by zobaczyć amsterdamczyków, wiedział, że czeka go coś wyjątkowego, o czym  długo będzie się dyskutować.

Dwadzieścia lat po ostatnim awansie Ajaxu do finału Ligi Mistrzów, najważniejszy klubowy mecz sezonu mają zaszczyt rozegrać piłkarze Atletico. Tak jak dwa sezony temu zmierzą się w nim z Realem. Dla fanów piłkarskiego piękna z pewnością piłkarze z Vicente Calderon nie mogą być wzorami do naśladowania. A jednak drużyna prowadzona przez Diego Simeone ma wielu sympatyków. Zewsząd słychać głosy trzymających za nią kciuki. I chyba nie ma się czemu dziwić. Atletico może nie gra pięknie,  ale prezentuje inne walory sprawiające, że darzy się ten zespół dużą sympatią. Przede wszystkim niesamowita ambicja, wola walki. Widać, że piłkarze z Madrytu, nawet grając w ósemkę, po trzech niesłusznie pokazanych czerwonych kartkach, przy trzybramkowej stracie na kilka minut przed końcowym gwizdkiem, ciągle wierzyliby w zwycięstwo. Wydaje się, że na boisku nie da się ich złamać. Swoją zawziętością wygraliby z największą armią świata. Myślę, że gdyby cofnęli się o 20 lat i  wyszli na koszykarski parkiet by zagrać z legendarnym Dream Teamem prowadzonym przez Michaela Jordana, byliby przekonani o tym, że mogą wygrać.

To jednak nie wszystko, za co piłkarscy fani kibicują Atletico. Wszyscy lubimy, kiedy wielcy faworyci są pokonywani przez mniejszych rywali. Lubimy, kiedy klub z dużo mniejszą sumą pieniędzy w klubowej kasie i zdecydowanie mniejszymi gwiazdami na boisku ogrywa giganta, którego praktycznie nie miał prawa ograć. A jeśli ogrywa go nie raz, ale zaczyna robić to regularnie, wówczas coraz więcej tzw. neutralnych kibiców zaczyna życzyć mu jak najlepiej. Takie właśnie jest Atletico. To ten zespół złamał krajowy duopol Barcelony i Realu, udowadniając, że liga hiszpańska nie jest ligą dwóch mocarstw. Jakby tego było mało, Los Colchoneros zawojowali Europę, już dwa lata temu wdzierając się do finału, w którym sekundy dzieliły ich od Pucharu Europy. Teraz zrobili to po raz drugi, a chęć zrewanżowania się Realowi za tamtą porażkę po dogrywce, na pewno będzie ich napędzała.

Swoje robi też trener. To co osiągnął w Madrycie Diego Simeone to prawdziwy majstersztyk. Kiedy przejmował drużynę nic nie wskazywało na to, że będzie świętował z nią mistrzostwo Hiszpanii i dwa awanse do finału Ligi Mistrzów. Jednak Simeone dokonał wielkich rzeczy, a swoją osobowością sprawia, że piłkarze przepłynęliby dla niego ocean. Zdaje sobie sprawę, że klub z Vicente Calderon ma także wielu przeciwników. Nie wszyscy patrzą z sympatią na murowanie własnej bramki. Nie każdemu podoba się gra do bólu defensywna. Zupełnie zrozumiałe jest także to, że wielu oburza zachowanie Simeone, nie zawsze godne naśladowania. Ale dla mnie Atletico to grupa ludzi, którzy budzą duży szacunek i zdobywają ogromne uznanie. Tak jak Korona Kielce za kadencji Leszka Ojrzyńskiego. Widać było, że ci piłkarze wychodzący na boisko nie byli piłkarskimi artystami, ale ich praca, zaangażowanie i wkład były czymś, co po prostu musiało imponować.

Sam jestem fanem pięknego futbolu. Poza dopingowanie naszych, trzymałem kciuki za Brazylię z Ronaldinho, czy prezentującą otwarty futbol Holandię. Zawsze żal było mi odpadających z wielkich turniejów Hiszpanów. Ale doceniam także takie drużyny jak Atletico. Bo trzeba docenić nie tylko piękno gry, ogromną liczbę strzałów, czy efektowne akcje, lecz także to jak dużo serca wkłada się w każde spotkanie. A tego piłkarzom Atletico może pozazdrościć wielu.