Czekając na wygraną

Nie pamiętam czy już to tutaj pisałem, ale jakby nie – to piszę. Skoki narciarskie mnie trochę interesują. Poważnie. Momentami nawet ciut więcej. Tak jakoś mam. I to już lat dobre kilkadziesiąt. Grubo przed małyszomanią, a nawet, jak sięgam słabą pamięcią, przed fortunomanią (taka przez krótki okres czasu też była).

Przy czym, jak każdy kto kibicuje swoim, miewam okresy większego i mniejszego zainteresowania tą dyscypliną. Jako typowy przedstawiciel rodzimej zaściankowości i kliniczny albo, jak kto woli, jaskiniowy ksenofob znacznie bardziej zgłębiam temat wtedy kiedy Polska odnosi sukcesy niż wtedy kiedy jest zdecydowanie pod kreską. Z tego tytułu trudno się dziwić, że dużo łatwiej przypomnieć mi sobie konkursy z największych imprez początku lat 70-tych (Strbske Pleso, Okurajama) niż te rozgrywane 20 lat później. Owszem, nie zamiatam pod dywan obrazów zwycięstw Nieminena czy Goldbergera zwyciężających w czasach gdy u nas tylko ugór, ale te obrazy, siłą rzeczy w pamięć aż tak zapadać nie chcą. Bo w tle klęski bezbrzeżne się jawiąJ.

Natomiast okresy kiedy szło nam dobrze pamiętam jakoś znacznie lepiej. I mógłbym o nich gadać bez końca. Nawet wtedy, kiedy wraz z medalem Polaka trzeba było łyknąć wygraną, i to podwójną, reprezentanta specnazu. Jak  np. w roku 1970-tym. Cóż więc dopiero się dziwić, że siedzą mi w głowie jakże liczne i jakże, przez swoją wyjątkowość, radosne dla polskich kibiców dokonania Adama Małysza. Nie będę ich tu jednak dzisiaj eksponował. Może inną razą.

Dzisiaj chciałem napisać o czym zupełnie przeciwnym. O tym, że od tysiąca trzystu siedemdziesięciu sześciu dni, czyli od 3 lat, 9 miesięcy i jeszcze jakiejś tam resztówki Adam Małysz nie wygrał żadnego konkursu najwyższej rangi. Owszem był w tym czasie łącznie grubo ponad 10 razy na podium, ale na najwyższym pudle stanąć się nie udaje. Pomijam różne tego przyczyny, podaję fakty. Na koniec sezonu 2006/07 w ciągu trzech dni Polak 3-krotnie zwyciężył na mamucie w Planicy. Od tego momentu jak kamień w wodę. Ani jednej wygranej. Obojętnie czy w Pucharze Świata czy w jakiejkolwiek imprezie mistrzowskiej. Myślałem po cichu, mimo wielkiej formy Morgensterna i Kohlera, ze to nastąpi wczoraj. Ale Adam dalej ciągle trafia na kogoś w danym dniu lepszego. Albo na genialne pociągnięcia naszej skokowej centrali (vide mój wczorajszy post). Do wyrównania ?rekordu? życiowego trochę mu jeszcze brakuje (1439 dni między zwycięstwami w Hakubie 1997 i Innsbruckiem 2001), ale fakt faktem, że jest tego coraz bliżej.

Jak już jesteśmy przy tego typu statystykach. Wziąłem na tapetę wszystkich skoczków, którzy przynajmniej dwukrotnie w historii zwyciężyli w konkursach PŚ i sprawdziłem ich czas oczekiwania na kolejne zwycięstwo. Oprócz tego dla zawodników, których w dniu dzisiejszym uznaje się (niektórych ? nie wiedzieć czemu) za czynnych, wyliczyłem ilość dni jakie minęły od ich ostatniego zwycięstwa. Zacznijmy od tych ostatnich.

Okazuje się, że liderem, a można rzec wszechwładnym i niepodzielnie panującym hegemonem jest tutaj Akira Higashi. O ile odstęp czasowy między jego jedynymi dwoma wygranymi wynosi 1554 dni i aż takich emocji, o czym za chwilę, nie powinien budzić, to już czas jaki upłynął od chwili tej drugiej wiktorii to kawał historii. Japończyk zwyciężył bowiem ostatnio w roku 1997. Dokładnie 5030 dni temu. Od tego momentu, mimo że do dziś jest czynnym zawodnikiem, nie dane mu było nigdy wygrać żadnych zawodów skokowej I ligi. Tak miedzy nami to dość rzadko ma on szansę na reprezentowanie swego kraju, ale to już jest inny problem.

Dużo krócej, ale też na tyle długo by też podziwiać jego cierpliwość, czeka na zwycięstwo Martin Schmitt. Robi to od 1 marca 2002 roku czyli 3226 dni. Co ciekawe jego najdłuższy okres wyczekiwania na wygraną wynosił do tamtej pory, mimo ze Niemiec zwyciężał aż 28 razy, niecały rok. Dokładnie było tych dzionków 348. A teraz były gwiazdor czeka już niemal 9 lat. Kilkadziesiąt dni cierpliwszy od Schmitta jest jego krajan Stefan Hocke. Tyle, że nie wiadomo czy można go liczyć na tej samej zasadzie co innych. Nie jest on bowiem wielokrotnym zwycięzcą konkursów. Zwyciężył tylko raz, 3302 dni temu w Engelbergu. Od tego czasu miał nieduży kontakt z czołówką.

Czwarty na tej liście jest Słoweniec Primoż Peterka. Jego rekord to na dzisiaj 2920 dni, czyli też już prawie 8 lat. Zwyciężył wtedy w pamiętnym konkursie w Ga-Pa i tyle go potem widziano na najwyższym podium. Zaraz za Peterką kroczy Peter Zonta, który podobno też jeszcze nie zakończył kariery, dlatego tu figuruje. Jego ostatnie i jedyne zresztą zwycięstwo ma już brodę długości 2552 dni.

Jeszcze dłużej od Słoweńca na zwycięstwo oczekuje Noriaki Kasai. Od jego zwycięstwa w Willingen minęło 2881 dni. Kolejną, szóstą, lokatę zajmuje jego rodak, Kazujoszi Funaki. Mijają dokładnie 2154 doby od chwili, kiedy dzięki bardzo sprzyjającym warunkom wietrznym panującym podczas jego skoku wygrał konkurs w Sapporo. Japończykowi brakuje jednocześnie bardzo niewiele do pobicia w tym względzie życiówki. Między bowiem jego poprzednim zwycięstwem w roku 1999 a wygraną 5 lutego 2005 w Sapporo było tylko 9 dni więcej niż właśnie mija od ostatniej wygranej. Można więc w ciemno zakładać, że Funaki swój rekord pobije, bo przecież w T4S nie będzie startował. Jest tylko jeden szkopuł. Żeby pobić rekord musiałby jeszcze kiedyś jakieś zawody wygrać. Żeby można było do tej daty czas oczekiwania odnieść. Czy ktoś z Państwa w to wierzy?

Poczesne, siódme, miejsce wśród najdłużej wyczekujących czynnych skoczków piastuje Jakub Janda. Jego obecny rekord to 1824 doby bez zwycięstwa. Ostatnią wygraną zanotował w konkursie noworocznym 5 lat temu.

Dalej w kolejce ustawili się Urbanc – 1440 dni i Uhrmann – 1432. Wszystkich tych, wymienionych wyżej, skoczków, łączy jedno. Niemal na pewno się na te swoje zwycięstwa nie doczekają. Więc rekordów nie pobiją.

Nie doczekał się na nie również dzisiaj Adam Małysz, który jest następny w szeregu. Przypominam jego aktualny rezultat: 1376.

Dla zapaleńców dalszy, uaktualniony, uwzględniający wspomniany wynik Polaka  i przegapiony  wcześniej rezultat Mattiego Hautamaekiego, ciąg listy zawodników czekających na następne pucharowe zwycięstwo. W kolumnie nr 2 ilość dni jaka minęła od ostatniej wygranej danego osobnika.

Jeszcze z innej beczki. Z tych którzy doczekali się w końcu upragnionego zwycięstwa ,,najlepszy” wynik ma Japończyk Takanobu Okabe, który w marcu 2009, po ponad 11 latach, znów stanął na podiumowej ?jedynce?. Czekał na to dokładnie 4027 dni. Oprócz niego największe przerwy między wygranymi konkursami PŚ mieli: Horngacher (2883), nasz Piotr Fijas (2164), wspomniany już Funaki (2163), Dieter Thoma (2149), Hoellwarth (2135), Nikkola (1807), Puikkonen (1750), Ammann (1721), Peterka (1720), opisany wyżej Higaszi (1554), Neulandtner (1539), Kasai (1533), Kraniec (1505), Cecon (1446) i Adam (1439). Powyżej 1000 dni na kolejne zwycięstwo czekali również: Kohler (1424), Akimoto (1398), Morgenstern (1124), Uhrmann (1107), Felder (1078), Weissflog (1077), R.Ruud (1073), T.Nieminen (1053) i Ahonen (1022). I, póki co, lista tych, którzy po co najmniej tysiącu dni bez zwycięstwa potrafili złą passę przełamać, na nim się kończy. Biorąc pod uwagę realia trudno spodziewać się, żeby ktoś w najbliższym czasie tę listę poszerzył.

Za notkę dziękujemy HareM’owi, więcej jego tekstów pod linkiem http://marcopolo.salon24.pl/


pubsport.pl
Pubsport.pl
Pubsport.pl - wiadomości sportowe i publicystyka. Zapowiedzi i podsumowania meczów piłki nożnej, tenisa, sportów zespołowych oraz zimowych. Relacje na żywo! Wpadnij pogadać o sporcie!
http://www.pubsport.pl/