Czesław Jakołcewicz: Lechowi brakuje siły ognia

Mimo problemów kadrowych, nie wyobrażam sobie, aby Lech zaprzepaścił na ostatniej prostej szanse na grę w fazie grupowej Ligi Europy – mówi Czesław Jakołcewicz, który z „Kolejorzem” jako zawodnik trzykrotnie sięgał po mistrzostwo Polski.

Odetchnął pan po wygranej Lecha z Olimpią Grudziądz w 1/16 finału Pucharu Polski? Tym razem udało się odgonić grudziądzkie demony sprzed trzech lat…

Przegrana z Olimpią byłaby dużą niespodzianką, dlatego wtorkowe zwycięstwo 2:0 przyjąłem jako coś zgodnego z oczekiwaniami. Lech zrobił, co do niego należało, i liczę, że z równie dobrym skutkiem będzie występował w kolejnych rundach.

A ogólnie podoba się panu początek sezonu w wykonaniu „Kolejorza”?

Trudno jednoznacznie ocenić, ale na pewno mogło to wszystko wyglądać lepiej. Bez wątpienia nie jesteśmy świadkami wymarzonego startu poznańskiej drużyny. Z Ligą Mistrzów klub już się pożegnał, a w ekstraklasie strata do Legii wynosi już sześć punktów. Jest nad czym pracować i co poprawiać.

Co jest obecnie głównym problemem mistrzów Polski?

Plaga urazów, które dziesiątkują skład. Jest to bardzo niepokojące, bo przy wszystkich zdrowych zawodnikach gra Lecha wyglądałaby całkiem inaczej. A tymczasem non stop coś się dzieje z nimi… A to urazy mechaniczne, wynikające z ostrej gry rywali, a to mięśniowe… Boję się, żeby nie było powtórki z poprzednich sezonów, kiedy Lech też nie mógł sobie poradzić z licznymi kontuzjami i bardzo dużo zawodników było niedysponowanych. To wszystko jest dość niepokojące i mam nadzieję, że trener Maciej Skorża będzie umiał sobie z tym poradzić.

Czym wytłumaczyć plagę kontuzji w obu naszych eksportowych drużynach, gdzie obecnie pauzuje po 6-7 graczy? Nadmierne przeciążenia, błędy w przygotowaniu fizycznym czy może jest jeszcze jakaś inna przyczyna?

Można to zjawisko rozmaicie interpretować. Wiadomo, że na urazy mechaniczne nie ma się wpływu i nigdy ich się nie przewidzi. Tak było choćby ze zderzeniem Dawida Kownackiego czy ostatnią kontuzją Darko Jevticia, który padł ofiarą brutalnego zagrania jednego z rywali. Futbol jest grą kontaktową i tego typu rzeczy są niejako wliczone w ten sport. Najgorsze są kontuzje mięśniowe, które są zwykle wynikiem jakichś przeciążeń lub nieszczęśliwych trafów. Tyle że tych trafów jest w Lechu ostatnio zdecydowanie za dużo. Taki choćby Paulus Ajauuri pauzuje już jakiś czas i ciągle nie wiadomo dokładnie, kiedy wróci do gry. Fin był podstawowym graczem w końcówce ubiegłego sezonu i jego brak jest teraz wyraźnie odczuwalny. Wobec tej absencji trenerzy cały czas muszą eksperymentować na środku obrony, co też nie sprzyja dobrej grze.

Kto najbardziej zawodzi spośród zdrowych graczy?

Nie chciałbym oceniać pojedynczo wszystkich zawodników. Na pewno nie można mieć zastrzeżeń do liderów drużyny: Łukasza Trałki, Szymona Pawłowskiego, Marcina Kamińskiego czy Barry’ego Douglasa. Oni grają na swoim poziomie i nie chodzą poniżej pewnego pułapu. Najgorzej, wręcz katastrofalnie, wygląda gra napastników w ofensywie. Lech nie tworzy sytuacji, a bez tego trudno myśleć o odnoszeniu zwycięstw. Jeżeli z przodu nie wymyśli czegoś Kasper Hamalainen, to wówczas drużyna ma duży problem. Więcej spodziewałem się zarówno po grze Denisa Thomalli, jak i Marcina Robaka. Tymczasem oni cały czas są zagubieni, gdzieś schowani i nie przypominają w niczym siebie z poprzednich zespołów. Robak tak w Koronie, jak i w Widzewie, Piaście oraz Pogoni, był przecież znany z tego, że umie się przepychać na boisku, zastawić i wygrać górne piłki. Myślałem, że w Poznaniu szybko pokaże te wszystkie swoje walory, bo jest doświadczonym graczem. Ale na razie zamiast rasowego napastnika, który mógłby pomóc drużynie w kluczowych momentach, widzę kogoś zagubionego w akcji, tracącego piłki i niepotrzebnie wycofującego się. Tak było i w Grudziądzu, gdzie i Thomalla, i Robak co rusz opuszczali strefę ataku i nie było komu kończyć akcji.

Z czego wynikają te problemy poznaniaków w ataku?

Wydaje się, że Robak i Thomalla nie byli sprowadzani do Lecha jako ci główni napastnicy. Zwłaszcza w przypadku Marcina trudno jest mówić o tym, że potrzebuje on więcej czasu, aby wkomponować się w zespół. On ma już przecież prawie 33 lata i grał w różnych drużynach, które prezentowały różne style i filozofie futbolu. Tam się żwawo poruszał, szukał akcji, przyjmował ciężar gry na siebie i potrafił utrzymać przy piłce. A w Lechu te piłki jakoś mu uciekają, a on sam sprawia wrażenie przestraszonego. To nie jest ten sam król pola karnego, co jeszcze niedawno. Marcin przestał strzelać gole także głową, a tych dośrodkowań w Lechu naprawdę nie brakuje. I to dobrych dośrodkowań. Sam już nie wiem, może ta jego obecna dyspozycja wynika z tego, że nie jest optymalnie przygotowany fizycznie  do sezonu? Okres przygotowawczy był krótki i może coś poszło nie tak. A jeśli zawodnik nie jest motorycznie przygotowany w stu procentach, to później zawsze mu czegoś brakuje na boisku. To samo może tyczyć się Thomalli, który większość rzeczy na murawie robi po prostu za wolno. A kiedy coś robi się o tempo czy dwa zbyt późno, trudno oczekiwać cudów…

W świetle tylu osłabień kadrowych spodziewa się pan jeszcze transferów na ostatnią chwilę do Lecha?

Ujmę to tak: przy tych brakach nowych zawodników nigdy za wiele. Przy urazach stawów skokowych czy zerwanych włóknach mięśniowych przerwa w grze trwa co najmniej po kilka tygodni, a później trzeba im dać jeszcze czas na dojście do normalnej dyspozycji. Inna sprawa, o której już mówiliśmy – nie wszyscy zdrowi w Lechu są w optymalnej formie. A tej chwili już na dobre rozkręciła się walka nie tylko w europejskich pucharach, ale i ekstraklasie oraz w Pucharze Polski. Tempo zmagań jest duże i tak na dobrą sprawę nie ma kiedy się leczyć, bo każdy mecz jest ważny. Całe szczęście dla Lecha, że Legia nie wygrała ostatniego meczu ligowego, bo wówczas sytuacja w tabeli byłaby już doprawdy niewesoła. Inna sprawa, że od mistrza Polski nawet w słabszej formie trzeba wymagać, aby umiał wygrać taki mecz jak ostatnio w Poznaniu z Koroną, gdzie skończyło się na bezbramkowym remisie.

Jak przyjął wyniki losowania IV rundy eliminacji Ligi Europy? Z kursów firmy bukmacherskiej Fortuna wynika, że poznaniacy są wyraźnym faworytem dwumeczu z Videotonem…

Jestem dokładnie tego samego zdania. Uważam, że lechici nie powinni wypuścić z rąk nadarzającej się szansy na grę w fazie grupowej. Spotkania z Węgrami będą dla „Kolejorza” jednymi z najważniejszych w całym sezonie. Awans oznacza bowiem określone premie i dodatkowe wpływy z transmisji oraz biletów. A kibicom zapewni po prostu fajną piłkarsko jesień, zwłaszcza jeśli później trafi się na atrakcyjnych przeciwników.

Taka gra, jak z FC Basel, wystarczy na pokonanie Węgrów?

Jeśli Lech zaprezentuje się podobnie jak w Szwajcarii, to o losy dwumeczu jestem spokojny. Bardzo żałowałem przy tym, że poznaniacy nie zagrali tak samo w pierwszym meczu z Bazyleą – przed własną publicznością. Bo naprawdę znakomicie się wtedy pokazali. A strata bramki wynikała wyłącznie z braku koncentracji w końcowych minutach. Odnośnie natomiast samego budowania i wyprowadzania akcji czy utrzymywania się przy piłce trudno było mieć jakiekolwiek zastrzeżenia. Wyglądało to super i momentami Szwajcarzy byli bezradni. Lech z pewnością nie był w rewanżu zespołem gorszym i przypomniał mi, dlaczego przed pierwszym spotkaniem przy Bułgarskiej uważałem, że mistrzów Polski stać na korzystny wynik w starciu z wyżej notowanym rywalem. Ale przy takich błędach indywidualnych i braku komunikacji przy każdej ze straconych bramek tamten mecz nie mógł się niestety inaczej skończyć. Zupełnie inaczej wyglądało to natomiast wcześniej w meczu o Superpuchar Polski z Legią, który był popisem gry zespołowej i wzajemnej asekuracji w wykonaniu Lecha. W porównaniu do tamtej konfrontacji zabrakło choćby wszystkim podwajania w ataku czy agresywności w odbiorze piłki. A FC Basel też grało momentami niefrasobliwie w obronie i przy dobrym pressingu można było odbierać rywalom piłki i strzelać gole.

A co pan sądzi o karze od UEFA, w wyniku której Lech mecz z Videotonem zagra przy pustych trybunach?

Dla mnie ta decyzja jest kompletnym nieporozumieniem. Czasem mam wrażenie, że UEFA czepia się tylko takich małych – w skali kontynentu – klubów, jak polskie. Fajnie byłoby, gdyby panowie z europejskiej centrali zwrócili też uwagę na to, co dzieje się na trybunach tych największych ekip. Bo tam zwykle wcale nie jest inaczej. Chwilami te werdykty brzmią naprawdę groteskowo i śmiesznie. Inna sprawa, że pewnych rzeczy po prostu nie wolno robić na meczach i basta. Ale i tak uważam, że przewinienie było niewspółmierne do kary. Dla mnie to jest absurd.

Brak kibiców może się odbić na postawie „Kolejorza”?

Puste trybuny na pewno nie pomogą podopiecznym Macieja Skorży. Przy dopingu fanów człowiek jest jednak dużo lepiej skoncentrowany, bardziej chce i łatwiej mu wykrzesać z siebie dodatkowe siły oraz umiejętności. Bez wsparcia z trybun mecz będzie natomiast przypominał jedynie sparing, podczas którego słychać głosy wszystkich dookoła…

źródło: inf. prasowa


pubsport.pl
Damian Ślusarczyk
29 lat, wychowany pod Kielcami, mieszka w Manchesterze, PubSport.pl z małymi przerwami ogarnia od 8 lat. Stale udowadnia, że jest w stanie znaleźć "coś" ciekawego w każdej dyscyplinie sportu. Obserwuj mnie na Twitterze
http://www.pubsport.pl/