Deja vu

W mijającym tygodniu ruszyła po zimowej przerwie Liga Mistrzów. Ani to liga, ani mistrzów, ale bez wątpienia są to najlepsze rozgrywki na świecie, Mundialowi ustępują tylko historią i tym, że startują co roku. Z pośród wtorkowych i środowych spotkań najbardziej przyciągało starcie w Londynie między Arsenalem a Barceloną, drużynami które wiele łączy, a zarazem dzieli.

Wynik wszystkim jest znany. Na Camp Nou Kanonierzy jadą z przewagą wywalczoną w heroicznym boju, ale jakże specyficznym. Oglądając to spotkanie przeżyłem małe deja vu. Byłem pewien, że gdzieś już to wszystko widziałem. Prawie rok temu Katalończycy również przyjechali na Emirates. Arsenal swoją niespotykaną u żadnej innej ekipy szybkością starał się rozerwać emanujący perfekcjonizmem w każdym calu zespół Blaugrany. Mimo to, Barca kontrolowała przebieg wydarzeń. Strzelała bramki, stwarzała sobie okazje, mądrze broniła. Wydawało się, że nic nie jest w stanie jej zagrozić. I wtedy coś się stało. Katalończycy się zatrzymali. Tak jakby byli pewni, że swoje już zrobili i teraz co by sie nie stało, mają sukces. Pokazali się z minimalistycznej strony ludzi zadowolonych z wyniku, co przez lata było zgubą ich rywali.  Powszechnie znane są przypadki, kiedy rywale Barcy po strzelonej bramce oddawali inicjatywę co prawie zawsze kończyło się dla nich tragicznie. To filigranowi herosi z Camp Nou przez długie lata byli utożsamiani z istnymi pogromcami wszelkiego kunktatorstwa i wszystkiego co nie prowadzi fanów futbolu do ekstazy. Tym razem tej roli wystąpił Arsenal, który moim zdaniem, jeżeli tylko podtrzyma swój styl, stał się właśnie tą lepszą wersją Barcelony, tą piękniejszą. Barcelonę zawsze cechowały skrajne uczucia neutralnego widza oglądającego mecz. Katalończycy potrafili uspać i zanudzić na śmierć, by w odpowiednim momencie dorzucić węgla do kotła i rozpalić kibica do czerwoności. Arsenal sprawia wrażenie jakby od startu do mety pędził z pełną prędkością. Barcelonę pokonał jej własną bronią – konsekwencją. Upornie atakował przez całe spotkanie, a gdy silniejszy rywal z nieznanych przyczyn zwolnił, Kanonierzy przyspieszyli jeszcze bardziej zadając dwa decydujące ciosy. Oba spotkania, to z przed roku i to z przed kilku dni, były łudząco podobne, wręcz takie same. Barcelona była lepsza, ale Arsenal był świeższy i co ważne, bardziej zdeterminowany.

I tu cała zagwozdka. Dlaczego Barcelona w drugiej połowie siadła? Na pewno przyczyną nie było zmęczenie, bo coś takiego na najwyższym poziomie w środku sezonu nie występuje, a większość Katalończyków w ostatni weekend odpoczywała. Analizując ostatnie pucharowe wojaże Blaugrany, doszedłem do wniosku, że Barca znalazła swój sposób na podbicie europejskich salonów. Ostatnie wyjazdowe zwycięstwo w Lidze Mistrzów w fazie pucharowej (czyli tej prawdziwej)  odniosła trzy lata temu, gdy wybrała się w podróż do Gelsenkirchen. Natomiast u siebie dla rywali jest bezlitosna.  Na swoim lotnisku potrafi zmiażdżyć każdą drużynę. Ostatni raz w swej twierdzy przegrała cztery lata temu z Liverpoolem, kiedy nadchodził zmierzch ery Ronaldinho i trenera Rijkaarda. Od tamtego czasu z Barcelony z zadowoleniem wyjeżdżały tylko Chelsea i Manchester United, wywożąc bezbramkowe remisy po skomasowanej obronie.  Znalazłem także jeszcze jedną mozliwą przyczynę niepowodzenia z Arsenalem, całkowicie omijającą założenie, że była to wpadka kontrolowana, wynikająca z pucharowej taktyki. Mianowicie Barca nie umie grać na Wyspach. Ostatnie mecze poza kontynentem: 1:2 z Arsenalem, 2:2 z Arsenalem  (w oby przypadkach niezdolność wytrzymania tempa przez 90 minut), 1:1 z Chelsea po koncercie sędziowskich błędów, 0:1 z Manchesterem, 3:2 z Celtikiem lecz Szkocja to juz trochę inne Wyspy, 0:0 z Glasgow Rangers, 0:1 z Chelsea i  nic nie dające w kwestii awansu 1:0 z Liverpoolem. Widać jak na dłoni, ze wyspiarskie powietrze chłopakom z Hiszpanii nie służy.  Upierał będę się jednak przy wniosku, że Barcelona z Kanonierami poległa, bo trawy nie gryzła, a to dlatego, że jest ostrożna. Spokojnie stara się przetrwać pucharowe wyjazdy, by sprawę załatwić w domu. Reprezentacja Hiszpanii na Mundialu pokazała, że jeśli jest się najlepszym , warto być też cierpliwym. Nie grała najpiękniejszej piłki na czym wiele razy się zawiodła, ale trzymała rękę na pulsie by nie zniweczyć przez moment nieuwagi  swego wysiłku. To przyniosło sukces. Pomysł ten skopiował Guardiola, który wiosną po zdobyciu pierwszej wieży na San Siro chciał rywala dobić, a został rozstrzelany i nie pomógł nawet bezcenny rewanż na Camp Nou. Jednak tym razem technika wyjazdowego survivalu  go zawiodła, bo trafił na drużynę, która posiada niespotykany repertuar ataków. Potrafi skrzywdzić przeciwnika szybką kontrą, ale piłkę również lubi mieć i nią przez długi czas operować. Przed meczem zastanawiano się co może zrobić Arsenal w starciu z ekipą grającą złudniczo podobnie choć lepiej.  Spodziewano się, że Barca szybko zmusi plagiatorów do zmiany stylu gry i wtedy koniec bitwy będzie bliski. Jednakże Katalończycy nigdzie nie czują się tak jak w domu i wobec sześćdziesięciu kilku tysięcy niesprzyjających kibiców, dali się zdominować. Tego nie spodziewał się nikt.

Barcelona u siebie i na wyjeździe to dwie różne drużyny. Chwała Arsenalowi, bo dokonał czegoś czego nie udało się nikomu. Przestraszył Barcelonę tak, że ta cichutko się zamknęła na połowie. Tyle, że to jest zaledwie połowa tego czegoś. Za nieco ponad tydzień warunki będą zgoła odmienne, a Katalończycy nie zwykli się chować za podwójną gardą na własnym podwórku. Kanonierzy będą  tylko gośćmi i będą musieli tańczyć jak  gospodarze im zagrają.  W tańcu tym nóg nie poobijał sobie tylko Jose Mourinho z Interem, ale było to dziełem tyle geniuszu Portugalczyka co szczęścia, bo pół roku później leżał martwy na parkiecie.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html