Derbowa deklasacja a polski niesmak – wróciła Liga Mistrzów!

Po dwóch miesiącach rozłąki Velux Champions League znów zagościła na salonach. Polscy kibice z ponownej inauguracji z pewnością zadowoleni jednak nie są. Z roli faworytów wzorowo wywiązały się wszystkie ekipy poza… polskimi przedstawicielami. Zarówno w przypadku Vive, jak i Wisły, możemy mówić o dużym rozczarowaniu. Jednak, mimo wszystko, Liga Mistrzów powróciła z wielką pompą. Wizytówką 11. kolejki był bowiem Match of the Week rozgrywany w niemieckiej FlensArenie. W Derbach Północy, najbardziej elektryzujących derbach handballowego świata, Flensburg podejmował THW Kiel.

Odwieczna batalia do jednej bramki

Kibice we FlensArenie ani przez chwilę nie pożałowali fatygi na niedzielne spotkanie. Gospodarze od pierwszego gwizdka narzucili szaleńcze tempo. „Wikingowie” konsekwentnie realizowali założenia swej unikalnej filozofii gry. Podopieczni Ljubomira Vranjesa grali błyskawiczny handball. Po stracie gola za każdym razem wykorzystywali grę „szybkim środkiem”, boczny rozgrywający decydował o rzucie bądź dograniu na skrzydło. Dzięki temu dorobek skrzydłowych prezentował się bardzo okazale – Anders Eggert zakończył mecz z 5 trafieniami na koncie, Lasse Svan z 6. Akcje Flensburga rzadko trwały więcej niż 15 sekund. Celnym spostrzeżeniem popisał się komentujący mecz Krzysztof Bandych, który zwrócił uwagę, że wszystkie szybkie podania do skrzydeł posyłane są kozłem. Minimalizuje to szanse na utratę piłki (olbrzymie prawdopodobieństwo wymuszenia zagrania nogą na rywalu). Kiel próbowało dotrzymać kroku „Wikingom” i pójść na wymianę ciosów. „Zebry” słabły jednak z każdą chwilą. Kilończyków przy wyniku utrzymywały jedynie indywidualne rzuty Domagoja Duvnjaka (8) oraz Joana Canellasa (4). Rozgrywający „Zebr” celowali głównie w nogi dobrze dysponowanego Mattiasa Anderssona, co raz po raz przynosiło oczekiwany efekt. Szwed bronił bowiem wszystkie próby oddawane w górne sektory bramki. Gospodarze grali bezpardonowo i nader ryzykownie, dlatego mimo ogromnej przewagi optycznej wynik wciąż oscylował wokół remisu. Przełomowym momentem była „minuta Anderssona”. Bramkarz „Wikingów” w ciągu 60 sekund obronił rzut karny oraz kontratak „sam na sam”. Dwa razy fatalnie spudłował Niclas Ekberg. Po chwili gospodarze zanotowali cztery fantastyczne przechwyty i momentalnie zbudowali pierwszą w meczu trzybramkową różnicę. Na sam koniec pierwszej odsłony obie ekipy „zarobiły” po dwuminutowej karze. Do przerwy tablica wskazywała zasłużoną przewagę Flensburga 17:14.

Obaj trenerzy decydowali się na obrony w systemie 6-0. Jednakże były one zupełnie różne. Kilończycy podwyższali na pozycjach „numer dwa” pod dobrze rzucających bocznych rozgrywających Flensburga. Gospodarze zaś zagęszczali środek obrony, maksymalnie neutralizując płynące stamtąd zagrożenie rzutowe. Tu wielką rolę pełnił niezawodny Tobias Karlsson. Po kilku wyrównanych minutach drugiej połowy „Wikingom” wreszcie udało się złamać rywali. Z każdą chwilą uwydatniała się dysproporcja w przygotowaniu fizycznym oraz głębi ławki rezerwowych. Na dodatek, w nieprawdopodobny trans wpadł Andersson, który niczym Keanu Reeves z „Matrixa” zatrzymywał wszystko, co leciało w jego stronę. W ataku szalał zaś były reprezentant „Zebr”, Rasmus Lauge. Duńczyk mecz skończył z 9 trafieniami, wszystkimi zdobytymi w II połowie. W ekipie Alfreda Gislasona chęci i siły do gry wykazywał jedynie Duvnjak. Na parkiecie pojawił się nawet anonimowy 19-letni Alexander Williams. Efektowny (kilka znakomitych parad), lecz ogólnie beznadziejny i nieefektywny Landin również nie zdołał wesprzeć swojego zespołu. Jego vis a vis – Andersson, osiągnął pułap 45% skuteczności. Imponujący konsekwencją gospodarze miażdżyli rywali coraz bardziej. Ci byli już mniej aktywni w obronie, kompletnie zagubieni w ofensywie – doszczętnie rozbici na drobne. Do bólu zawzięci w swym uporze gospodarze wypracowali zaś nawet 11 bramek przewagi, ale skończyło się „ledwie” na dziesięciu. Ostateczny rezultat: 37:27 – upokorzenie i jedna z największych derbowych porażek w historii „Zebr”.

Grupa A

Oczy polskich kibiców w kontekście rywalizacji w gr. A zwrócone były na kierunek płocki. Wisła podejmowała Celje aby zapewnić sobie awans do fazy pucharowej. Na początku był chaos. Obie ekipy nie potrafiły unieść ciężaru spotkania. Wyrównanie niemrawy z obu stron był tylko premierowy kwadrans. Niestety, z letargu pierwsi i ostatni obudzili się wyłącznie Słoweńcy. Grą Celje kierował młodziutki, filigranowy a zachwycający Miha Zarabec (7 bramek i niezliczone asysty). Wtórował mu Ziga Mlakar (również 7 trafień) oraz imponujący na skrzydle zaledwie 20-letni Blaz Janc (8). Zawodnicy Cadenasa już do przerwy przegrywali różnicą pięciu trafień (12:17). Kiedy wydawało się, że gorzej być nie może, przyjezdni drugą część spotkania rozpoczęli od zdobycia czterech bramek z rzędu (21:12). Nafciarze grali tragicznie. Zawiodła zwłaszcza II linia – płocczanie z 9 metra pokonali Ivana Gajicia ledwie dziesięciokrotnie przy niewiarygodnie niskiej skuteczności rzutowej. W czterdziestej minucie przewaga Słoweńców sięgnęła dziesięciu bramek. Celje spuściło nieco z tonu, co pozwoliło poprawić rezultat Nafciarzom. Najskuteczniejszy był Tiago Rocha – autor siedmiu bramek. Porażka 26:31 to jednak wciąż ogromny zawód, szczególnie, że we własnej hali płocczan upatrywano w roli zdecydowanych faworytów.

W meczu bez historii (choć wynik na to nie wskazuje) PSG pokonało PPD Zagrzeb 23:25. Francuzi dominowali całe 60 minut i po raz pierwszy zdobyli chorwacką twierdzę. Najjaśniejszą postacią spotkania był Mikkel Hansen. Dzięki siedmiu trafieniom pozostał liderem klasyfikacji strzelców.

Podobny przebieg miało spotkanie w Stambule. Tam miejscowy Besiktas pokonało MVM Veszprem (34:38). Gracze obu ekip urządzili sobie prawdziwą strzelaninę. Veszprem kontrolowało przebieg spotkania prowadząc od startu do mety. Ozdobą meczu był ekwilibrystyczny gol Darko Djukica, który śmiało możemy nominować do bramki roku (video poniżej).

Na czele tabeli Flensburg wraz z PSG (18 punktów), zaraz za nimi Veszprem (17), a dalej Kiel, Zagrzeb i Wisła. Nafciarze nad siódmym Celje mają trzy punkty przewagi. Za tydzień płocczanie udadzą się do Kilonii, najciekawiej będzie w Veszprem Arenie, do której zawitają chorwaccy wojownicy.

Grupa B 

Rywalizację w „kieleckiej” części drabinki rozpoczęło starcie mistrzów Polski z IFK Kristianstad. Vive do Szwecji jechało po „pewne” dwa punkty. Jednak rzeczywistość szybko zweryfikowała plany. Początek meczu był bowiem popisem gospodarzy, ich przewaga sięgnęła nawet czterech bramek. Sytuacja wróciła jednak do normy już do przerwy. Kielczanie schodzili do szatni przy prowadzeniu 17:19. Szwedzi wcale nie zamierzali złożyć broni, a ich upór został wynagrodzony. Wyborną partię rozgrywał Iman Jamali (8 bramek), który pozwolił gospodarzom odzyskać prowadzenie. Vive zdołało jednak dogonić rywali, a po przechwycie na 10 sek. do końca mieli w rękach piłkę na wagę dwóch punktów. Michał Jurecki wywalczył karnego, którego pechowo zmarnował Tobias Reichmann, prezentujący wyborną formę (9 bramek). Rzut obronił Nebosja Simic, zapewniając remis swojemu zespołowi – 35:35. Vive zagrało fatalny mecz w obronie, co było przyczyną sensacyjnej straty punktów. Na szczęście, wobec pozostałych rozstrzygnięć wpadka ta nie będzie miała poważniejszych skutków.

Wysokimi wygranymi popisały się Barcelona oraz Pick Szeged. Katalończycy pokonali Montpellier (23:31). Madziarzy zaś KIF Kolding (34:23). Więcej emocji było we Frankfurcie, gdzie RNL mierzyło się z Vardarem. Po bardzo zaciętym meczu triumfowali gospodarze 28:27, dzięki dziesięciu bramkom Andy’ego Schmida.

W sobotę absolutny szlagier czeka nas w Hali Legionów. Lwy z Mannheim muszą zdobyć kielecką fortecę aby marzyć o drugim miejscu. Pierwszą lokatę zabukowali sobie Katalończycy, którym nic już triumfu w gr. A nie powinno odebrać. Dla Vive decydujące będą starcia na swojej ziemi – za tydzień z RNL oraz w ostatniej kolejce z Pickiem Szeged. W niedzielę bardzo ciekawie zapowiada się zaś starcie wspomnianych Węgrów z Barceloną, na hiszpańskim parkiecie.

To tyle jeśli chodzi o 11. kolejkę Velux Champions League. Emocji nie zabrakło jak zwykle. Z utęsknieniem wyczekujemy kolejnych zmagań. Te już w środę – Wisła pojedzie do Kilonii. Tymczasem, obiecany „magiczny” rzut Djukica, tylko tego karnego wykonał fatalnie…

fot. eurosport.de


pubsport.pl