Dobrze, że nie brniemy w to dalej

0:3 z Belgijkami. Nie będzie Mundialu. To był tylko jeden mecz, ale najważniejszy, bo od niego zależało wszystko. Możliwości były dwie: albo jedziemy na Mistrzostwa Świata i dalej wmawiamy sobie, iż jest dobrze albo przegrywamy i zaczynamy budować wszystko od nowa. Chyba jednak dobrze się stało, że doszło do tego drugiego wariantu.

Trochę żal mi o tym teraz pisać, ale przed eliminacjami zadawałem sobie pytanie: „jeśli pojedziemy do Włoch, to kto i o co będzie tam grać?”. Nie rozpowiadałem tego głośno, bo mimo wszystko wierzyłem w nasze reprezentantki. Bardzo chciałem, by dziewczyny powracające do kadry jeszcze raz poczuły radość z wielkiego (jakby nie patrzeć w obecnej sytuacji byłoby ono takie) zwycięstwa. Kiedy po spotkaniu z Belgią wybrałem się do strefy mieszanej, w celu zebrania wypowiedzi Biało-Czerwonych, poczułem w swoim sercu ścisk i ból. Mnie się też chciało płakać, tak samo jak naszym zawodniczkom. Myślę, że wielu z nas tak miało. Wszelkie trudy, niedociągnięcia zamietliśmy czasowo pod dywan, ale Belgijki postanowiły ten dywan wziąć i go solidnie wytrzepać.

Z jednej strony był to słaby mecz w wykonaniu naszych siatkarek. Małgorzata Glinka-Mogentale stwierdziła nawet, że zagrała „najgorszy mecz w karierze”. Przez pierwsze dwa dni bombardowała rywalki jak leci, ale w niedzielę przy kiepskim przyjęciu zespołu i słabej skutecznosci wszystkich skrzydłowych nie dało się nic zrobić. Inna sprawa, że Maggie być może planowała zakończyć reprezentacyjną karierę występem, który będzie się wspominało miesiącami. Być może liczyła, że to ona będzie naszą liderką, która weźmie na siebie ciężar zdobywania punktów nawet z beznadziejnych piłek i wprowadzi reprezentację Polski na Mistrzostwa Świata. I wreszcie: być moze dlatego obwinia samą siebie. Jednak w moim odczuciu problem tkwił gdzieś głębiej.

Myślę, że nie byłoby wielką stratą, gdyby dłużej pograły Izabela Kowalińska (Katarzyna Skowrońska-Dolata z każdym dniem poprawiała skuteczność, ale wciąż o zbyt mało, żeby mówić o dobrym występie), Klaudia Kaczorowska i Katarzyna Mroczkowska. Jestem zdania, iż naprawdę nie było nic do stracenia i można było rotować przyjmującymi, gdyż wyraźnie im nie szło ostatniego dnia rywalizacji. A bez dobrego przyjęcia także rozgrywające miały spore kłopoty co w konsekwencji przekładało się na atak.

Z drugiej strony należy oddać podopiecznym Gerta Vande Broecka, że wypadły znakomicie w tym najważniejszym spotkaniu. Choć wydawało się, iż te ich wygrane z Hiszpanią i Szwajcarią były mniej przekonujące niż Polek, to w tym najważniejszym spotkaniu wszystko zagrało należycie. Kapitalny występ zaliczyla Lise van Hecke, która punktowała z każdej piłki. Była nie do zatrzymania tamtego wieczoru. Do tego zawsze pełna energii Freya Aelbrecht niszczyła nas blokami oraz atakami z obiegnięcia. Pozostałe Belgijki rozkręciły się, gdy zobaczyły, że po drugiej stronie siatki Polki coraz słabiej odbierały zagrywkę i – co podkreślałem już w pierwszej partii – z każdą akcją nasz blok tracił na szczelności. Ponadto znakomicie odnalazły się na boisku zmienniczki – Helene Rousseaux oraz Ilka van de Vyver.

Po spotkaniu Biało-Czerwone tłumaczyły się głównie brakiem czasu na odpowiednie przygotowanie. Ze dwa razy słyszałem też o braku sparingów w odróżnieniu od rywalek w łódzkim turnieju. O to drugie zapytałem trenera Makowskiego na czwartkowej konferencji prasowej i dostałem odpowiedź, że pierwsze mecze – ze Szwajcarkami i Hiszpankami – mają przygotować zespół na to najważniejsze starcie. Zgadzały się później z tym zdaniem jego podopieczne. Wszyscy jednogłośnie dodawali, iż „w niedzielę zagramy naszą siatkówkę”. Odpieram wszelkie zarzuty, które wskazują na brak chęci. O nie, chęci naszym siatkarkom absolutnie nie brakowało. Powstaje więc pytanie: czy to była ta „nasza siatkówka”, czy własnie zabrakło tego jednego, może dwóch meczów kontrolnych? Powiem szczerze, że w pewnym momencie meczu z Belgią sam bym nie wiedział, co powiedzieć dziewczynom. Zapanowała bezradność. Paskudne uczucie.

Przeszłości już nie zmienimy, ale możemy pomyśleć nad przyszłością. Katarzyna Skowrońska-Dolata zastanawia się nad zrobieniem sobie przerwy od reprezentacji, a Małgorzata Glinka-Mogentale uznała, że „to nie jest moment na żadne deklaracje”. Ze swojej strony powiem tak: to jest dobry moment, by zacząć budować kadrę od nowa, na solidnej podstawie, a nie na kruszącym się fundamencie. Z całym szacunkiem, ale biologii się nie oszuka. Nastała pora, by pojawiły się nowe zawodniczki – obiecujące i perspektywiczne – bo cóż mamy do stracenia? Nie wierzę, że nie uzbiera się w Polsce 20-25 zawodniczek zdolnych, chętnych, by zacząć podejmować to wielkie wyzwanie już od maja, czyli kwalifikacji do Mistrzostw Europy (swoją drogą: to trochę byłby obciach, gdyby nasze kochane Złotka miały walczyć o to, by w ogóle zagrać na takiej imprezie, prawda?). Posiadamy również w zanadrzu kadetki, które zdobyły wiosną 2013 roku Mistrzostwo Europy. Myślę, że powoli można zaczynać czerpać także i z tego źródełka.

Trener Andrzej Niemczyk już latem – w trakcie World Grand Prix – mówił, że kadrę kobiecą trzeba budować z myślą o Igrzyskach Olimpijskich w Rio de Janeiro, a ważnym sprawdzianem będą po drodze Mistrzostwa Europy w 2015 roku. Mam nadzieję, że nie jest tak aż tak tragicznie, żebyśmy na ten turniej nie awansowali. Wciąż darzę zaufaniem trenera Piotra Makowskiego mimo, że nie osiągnął z drużyną wymaganego celu. Inna sprawa, że zabrakło trochę szczęścia w punktach. Myślę tu o Serbkach i Chorwatkach, które wyszły z drugich miejsc z najlepszymi bilansami. Jednak nie szukałbym akurat przyczyny naszej porażki w innych wynikach, gdyż zwyczajnie nie mamy na to wpływu.

W związku z nieawansowaniem na Mistrzostwa Świata zmieniły się trochę priorytety naszej kadry na ten rok (który przecież ledwo się zaczął). Myślę, że poza eliminacjami do Eurovolley 2015 i World Grand Prix powinno się rozważyć w PZPS start w Lidze Europejskiej. Nawet, jeśli miałaby tam grać młodzież. Na końcu raz jeszcze pragnę podkreślić dwie rzeczy. Po pierwsze – w niedzielę w Łodzi Polki bardzo się starały i chciały wygrać. Po drugie – nie wierzę, że nie da się uzbierać grupy solidnych i zdolnych siatkarek na sezon reprezentacyjny. Wystarczy odrobina chęci i poszukiwań. Widzę przyszłość kobiecej siatkówki w Polsce w pozytywnym świetle, choć trzeba będzie dołożyć do tego sporo pracy. Ale cóż innego nam aktualnie pozostaje?


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki
Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż. Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta... Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał! Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem - komentatorem sportowym. Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach - na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam "za kulisami".
http://sedzik.blox.pl