Dramat obyczajowy pt.: „Świat według Franza” – już w sierpniu nowe odcinki.

Dzisiejsze powołania do drużyny narodowej na mecz z Gruzją (Lubin, 10.08.) nie są żadnym zaskoczeniem i nie mogą być też kontrowersją, dla nikogo kto się chociaż trochę interesuje reprezentacją Polski i tym co się dzieje wokół jej budowy.

Bardzo mocno życzę sobie, a jeszcze mocniej samemu Smudzie, żeby za rok okazało się, że to właśnie on miał rację i to jego koncepcja była najlepszą ze wszystkich możliwych do wyboru i żeby okazało się, że to właśnie ci zawodnicy, na których tak konsekwentnie i uparcie stawiał między innymi kosztem Artura Boruca, Michała Żewłakowa, Patryka Małeckiego, Sebastiana Mili czy Kamila Grosickiego od samego początku skazani byli na sukces i żeby razem ze swoim trenerem mogli po Euro spoglądać z góry na wszystkich niedowiarków i pieniaczy takich jak ja.

Mam bardzo głęboko skrywaną i równie ogromną nadzieję, że Franciszek Smuda okaże się największym zwycięzcą nadchodzących mistrzostw oraz trenerskim uosobieniem geniuszu w każdej dziedzinie i myślę, że gdzieś w głębi siebie skrywam podświadomie wiarę, że jeszcze niedawno słynne „cudotwórca” wróci po ME 2012 na swoje miejsce w polskim słowniku futbolowym i znów nie będzie nikogo dziwić w zestawieniu z nazwiskiem Smuda.

Naprawdę bardzo, bardzo mocno, szczerze i serdecznie życzę dzisiaj tego wszystkiego Franciszkowi Smudzie w najbliższej przyszłości. Bo więcej niż „tylko życzyć” chociaż może to jak na moje obecne odczucia to jest „aż życzyć” wszystkich wyżej wymienionych sukcesów i zwycięstw nie jestem w stanie w obecnej sytuacji.
Nie mogę powiedzieć, że wierzę bo skłamię. Tak samo skłamałbym jakbym miał stwierdzić, że jego koncepcja jest dla mnie czytelna, że ją rozumiem, że ją popieram, że nie widzę lepszych rozwiązań zarówno tych personalnych jak i taktycznych. Kłamstwem byłoby w moim przypadku i w obecnej chwili nawet tak niewinne pozornie zdanie, że dostrzegam małe światełko w tunelu, bo nie dostrzegam niestety.

Może i jestem jakiś „nienohmalny” i „gupi”, ale ciągle nie docierają jeszcze do mnie wyższość Tytonia, Sandomierskiego i Fabiańskiego nad Borucem oraz Sadloka, Jodłowca i Wojtkowiaka nad Mariuszem Lewandowskim albo Murawskiego i Pawłowskiego nad Majewskim, Cywką, Cezarym Wilkiem, Milą, Grosickim lub grającym wreszcie w Bordeaux Krychowiakiem. Nie widzę najmniejszej różnicy choćby nawet najmniej istotnej, która by przemawiała na korzyść Kucharczyka kosztem Małeckiego. Sobota jest w formie? No i co z tego, skoro wiadomo, że Peszko w wakacje narobił wiochy w Kolonii i potrzebuje wsparcia w walce o miejsce w składzie w nadchodzącym sezonie. Małecki? Przecież już tyle razy mu Smuda mówił, że musi poprawić grę w defensywie. Mila? Mila jest przecież zbyt wolny, a na dodatek jest bardzo stary. Majewski, Krychowiak albo będący już w formie meczowej ale także sportowej Wilk z Wisły? Nie, bo … nie, czyli wiadomo: nie no, bo co Murawskim a więc z czołowym ulubieńcem Smudy. To, że od powrotu z Kazania ten piłkarz jest totalnie bez formy, że mówiąc o nim, że ma nadwagę, to tak jakby powiedzieć o Rasiaku, że jest legendą Tottenhamu Hotspur, bo rozgrywający poznańskiego Lecha wygląda już prawie jak pan poseł Kosecki albo jak większość piłkarzy ale grających nie poziomie reprezentacyjnym czy nawet polskim pierwszoligowym, tylko najwyżej jak większość drwali z lig okręgowych (nie obrażając żadnego z piłkarzy z klas okręgowych). Ciekawy jestem kogo Smuda posadzi na ławce kosztem powołanego Polanskiego. Nie to, żebym miał coś przeciwko zawodnikowi 1.FSV Mainz, ale nie jestem w stanie wyobrazić dziś sobie sytuacji innej od miejsca na ławce dla „małolata” Matuszczyka lub ewentualnie, co też jest wysoce prawdopodobne wejścia nowego reprezentanta na kilka ostatnich minut spotkania w klimacie gestu i łaski w jego kierunku ze strony Smudy, żeby nie myślał sobie za dużo, no i dla podniesienia swojego niebywałego autorytetu w zespole. Tak jak to miało miejsce w przypadku Klicha, którego dobrodziej Smuda wpuścił w debiucie na ostatnie sekundy, bo nie daj Boże jeszcze się chłopak poczuje zbyt pewnie albo okaże się, że nie ma poczucia wdzięczności a o pokorze nie wspominając.
Żal, żal, żal …

Z Gruzją należy po prostu wygrać i to nawet wbrew teoretycznej wyższości rywala nad nami, która wynika co prawda z jakiegoś bzdurnego rankingu FIFA według, którego Polacy są … 67. reprezentacją globu, a jakby nie było, nasz bardzo nisko w piłkarskim świecie ceniony rywal jest … ponad dziesięć pozycji wyżej i okupuje 56. lokatę. Ale wiadomo, że przecież jak mawia nasz trener – „rankingi nie grają i nic nie dają”. No chyba, że nie mająca już żadnych realnych szans na awans na nasze Euro, bardzo przeciętna by nie rzec – wręcz słaba – Gruzja nagle za dwa tygodnie w Lubinie okaże się jakimś cudem lepsza od Polski (tfu, tfu) – o to jednak wówczas różnica klas jaką odzwierciedla ten cały ranking jak i pozycja w nim zajmowana może być – aczkolwiek delikatnie – użyta jako argument, jedna z wymówek i przyczyn nieistotnego co prawda, ale jednak zwykłego wypadku przy pracy. O wiele śmielej i odważniej obecna klasyfikacja może zostać użyta w okolicznościach o wiele przyjemniejszych, a więc w przypadku zwycięstwa Polaków. O ile to ładniej i o ile zacniej przecież brzmi taka wygrana z … wyżej notowanym rywalem.


pubsport.pl