Dramat w La Scali

Czas akcji: 15 stycznia 2012, godz. 22:02.

Miejsce akcji: Mediolan, San Siro.

Bohaterowie: Javier Zanetti, Ignazio Abate, Diego Milito, Christian Abbiati. 

Problem: Zaczątek do refleksji nad stanem piłki mediolańskiej.

54. minuta niedzielnych derby della Madonnina stanowi esencję nie tylko owego meczu, ale również (przede wszystkim?) aktualnej kondycji mediolańskich krezusów. Niby akcja jakich wiele. Centra, kiks, przyjęcie, podprowadzenie, strzał, gol. Naoglądaliśmy się takich sytuacji do znudzenia. Jednak w tej konkretnej uderzyło mnie jedno – tempo. Zanetti ostatkiem sił oddaje piłkę do środka. Adresatem jest ku zaskoczeniu wszystkich Abate, który ku jeszcze większemu zaskoczeniu wszystkich prezentuje futbolówkę Milito. Ten ślamazarnie zabiera się z nią w pole karne, by po chwili oddać strzał, który o dziwo ląduje w bramce nieporadnie interweniującego Abbiati’ego. Strzał dobry, bo efektywny, ale jeden z tych, po którym piłka „toczy się i płacze”. Jedni rozentuzjazmowani, drudzy skonsternowani. Oczywista oczywistość. Jednak całe zajście jest symboliczne. Inter – toporny, wolny, acz kąśliwy. Milan – nonszalancki, niezapobiegliwy, acz chwiejny tylko momentami. Czy to miarodajna charakterystyka, czy jedynie uproszczenie? Na pewno impuls, by przyjrzeć się mediolańskim bolączkom z bliska.

Podejmować temat gry obydwu stron nie jest zadaniem łatwym. Nudna, schematyczna i pragmatyczna właściwie przez pełne 90 minut. Kibic, dosłownie i w przenośni, niedzielny nie został poczęstowany niczym smacznym. Niczym, co mogłoby go skusić do stołu na kolejny wspólny posiłek z Serie A. Naturalnie nie to jest ideą derbów miasta, by zwabić do siebie kolejnych gapiów, lecz to, by rywale pokazali charakter i wytargali sobie nawet z gardeł 3 punkty. Czy ktoś z zewnątrz zechce to oglądać, to już zupełnie inna sprawa. Tyle tylko, że po niedzielnej konfrontacji niewielu jest śmiałków, którzy o włoskiej piłce odważą się wypowiedzieć chociaż kilka ciepłych słów. Nie będzie zasadnym wrzucać wszystkich do jednego worka po wyczynach ledwie dwu drużyn i to w dodatku tylko w ten konkretny wieczór, lecz taka jest cena za prestiż, jakim cieszą się mecze derbowe. Pojedynek na szczycie zawsze jest świadectwem całych rozgrywek. Przynajmniej dla tych, którzy na daną ligę spoglądają okazjonalnie. A przecież bieżący sezon wcale nie należy do najgorszych dla przedstawicieli Serie A na arenie międzynarodowej. Mediolańska dwójka oraz SSC Napoli szykują się do walki o ćwierćfinał Ligi Mistrzów, a Lazio Rzym i Udinese Calcio ostrzą sobie apetyty na zawojowanie wiosną Ligi Europy. Zatem aż piątka ostała się na placu boju, z czego trójka w najważniejszych rozgrywkach, co jest wynikiem wręcz świetnym w kontekście włoskich poczynań w ostatnich latach. Dość powiedzieć, że Włochy mają najwięcej przedstawicieli w fazie pucharowej Ligi Mistrzów bieżącego sezonu ze wszystkich nacji. Jednak fama po derbach Mediolanu idzie w świat. Czy to w Anglii, czy w Hiszpanii, czy w Niemczech kibice poczęli gardłować, jaka głęboka jest zapaść calcio. Nie po raz pierwszy zresztą. Mają takie prawo. Co więcej, mają w tym sporo racji. Niestety.

O tym, że poważny kryzys toczy włoską piłkę, wiadomo nie od dziś. Problem ten rozciąga się przez przeróżne płaszczyzny; od czysto estetycznych po ekonomiczne. Zmienia się tylko rozmiar, jaki w danym czasie przybiera. Kiedy Włosi dali się wypchnąć Niemcom z podium najlepszych lig na kontynencie, podnoszono larum. Kiedy Napoli wyeliminowało Manchester City z Ligi Mistrzów, upatrywano zmian na lepsze. Casus calcio jest o tyle niepokojący, że towarzyszy mu atmosfera wszechogarniającej niepewności. O ile jeszcze wczoraj Milan (w Lidze Mistrzów) i Inter (w Serie A) to były synonimy stabilności i solidności, o tyle dzisiaj nie gwarantują już tak wysokiego poziomu. Coraz częściej na mediolański duet spogląda się nieco protekcjonalnie. Niby przeciwnicy silni, ale jednak w losowaniach pożądani. Niby krezusi, ale stylizowani na kolosów na glinianych nogach. Stać ich jedynie na jednorazowe przebłyski. Nawet triumf Interu w sezonie 2009/10 nie zapobiegł niemieckiej egzekucji, a jedynie odłożył ją w czasie. Teraz coraz śmielej o wypchnięciu Serie A z czołówki rankingu UEFA mówią Francuzi. Sięgając pamięcią do przełomu wieków, można odnieść wrażenie, jakoby cały piłkarski fundament zawalił się Włochom pod nogami. Oczywiście będzie to nadużyciem; zwłaszcza zważywszy, że kryzys calcio nawarstwia się mniej więcej od 2007 r. Za umowną datę można przyjąć zwycięstwo Milanu w finale Ligi Mistrzów z Liverpoolem, które było ostatnim oddechem tamtej fantastycznej, a zarazem bardzo wiekowej drużyny. Można odnieść wrażenie, że kumulacja dwóch tak zacnych wiktorii w tak krótkim czasie (2006 rok to przecież mistrzostwo świata dla Squadra Azzurra), niepostrzeżenie uśpiła całe włoskie środowisko piłkarskie. Coraz częściej Serie A opuszczały znane nazwiska, a w ich miejsce pojawiali się już nie tak samo zdolni i utalentowani zawodnicy. Coraz częściej zapominano, że kiedyś musi nastąpić zmęczenie materiału i naiwnie liczono, że co poniektórzy zawodnicy grać będą na swoim poziomie jeszcze długie lata. Swoje 3 grosze dołożyła również afera Calciopoli, która podważyła wiarygodność klubowych elit i kliki sędziowsko-organizacyjnej. Summa summarum Serie A stała się mniej atrakcyjna. Jednak cały ten proces, ukazujący dynamizm zmian zachodzących we współczesnym futbolu, jest zarazem, a przynajmniej powinien być, bodźcem do intensywnej pracy nad odbudową upadłego imperium. A jeżeli nie imperium, na co monopol ma dziś Premier League, to chociaż newralgicznego królestwa na piłkarskiej mapie Europy. Atutów Włosi mają całe mnóstwo. Wystarczy je odpowiednio wykorzystać. Jak tego robić nie należy, zademonstrowali w niedzielę.

W Milanie po przegranych derbach wciąż oddychają spokojnie. Czyżby kolejny przejaw charakterystycznego dla włoskich realiów uśpienia czujności? Faktycznie w ligowej tabeli Milan wciąż prezentuje się nieźle, bo co prawda zsunął się z fotela lidera, lecz nie stracił z Juventusem Turyn bezpośredniego kontaktu. Porównując sytuację z analogicznym okresem z zeszłego, mistrzowskiego przecież, sezonu, również nie wygląda to źle. Milan miał wtedy po 18. kolejkach 39 punktów, a więc o dwa więcej niż ma teraz. Z tą jednak różnicą, że przewodził ligowej stawce, a od drugiego Lazio Rzym odgradzało go aż 5 oczek. Konfrontując te dwie rundy w wykonaniu podopiecznych Massimiliano Allegri’ego, trudno oprzeć się zarazem wrażeniu, że były diametralnie różne. Podstawą do takiej dygresji jest przede wszystkim postawa „Czerwono-czarnych” w meczach z najsilniejszymi rywalami. Jesienią 2010 r. Milan pozostawił w pokonanym polu zarówno Inter Mediolan, jak i SSC Napoli. Owszem, uległ Juventusowi Turyn, aczkolwiek miało to miejsce po przyzwoitym występie zespołu, co zawsze w pewnym stopniu go usprawiedliwia. Natomiast miniona runda to pod tym względem pasmo klęsk i rozczarowań. Nie dość, że Milan nie odniósł choćby jednego zwycięstwa w konfrontacjach z realnymi kandydatami do scudetto (Juventus Turyn, Udinese Calcio, Lazio Rzym, Inter Mediolan, SSC Napoli), to w dodatku w starciu z najgroźniejszym (Juventus) ledwo dychał, a niski wymiar kary może zawdzięczać tylko i wyłącznie wyjątkowej nieskuteczności rywala. Również w Neapolu wypadł bardzo blado, gdzie o hat-tricka pokusił się wówczas Edinson Cavani. Tendencja ta jest dla mistrzów Włoch co najmniej wstydliwa. Oczywiście można wygrać ligę, nie pokonując po drodze nikogo z bezpośrednich oponentów do tytułu, lecz jaki smak będzie miało owe zwycięstwo. Nie będzie to na pewno zwycięstwo pełne; zwycięstwo, które oddawałoby rzeczywisty stan rzeczy. Będzie to co prawda przekucie mozolnej pracy na wymierny efekt, ale w sposób nieprzekonywujący i pozostawiający wiele znaków zapytania. Poza tym trudno doszukać się takiego paradoksu w jakiejkolwiek lidze i to niezależnie od ewentualnej daty takiego wydarzenia. Wydarzenia przez duże (małe?) W. Czy kiedykolwiek jakaś drużyna sięgnęła po tytuł i nie wygrała ani jednego meczu z żadną z pięciu kolejnych w tabeli ekip? Brzmi wręcz nieprawdopodobnie. Teoretycznie jest to możliwe, czego dowodem jest właśnie runda jesienna aktualnego sezonu Serie A. Jeżeli w zaległej 1. Kolejce Milan pokonałby Novarę Calcio, a Juventus nie zgarnął kompletu punktów z Atalantą Bergamo, a realia rundy jesiennej znalazłyby odbicie w realiach rundy wiosennej, mielibyśmy wydarzenie bodaj bezprecedensowe. Jednak wszystko to obnaża raczej słabość i nieudolność Milanu, niźli dowodzi kabalistycznych właściwości zespołu. Po prostu Massimiliano Allegri nie przygotował swoich zawodników do rywalizacji przy podwyższonym poziomie adrenaliny. A przecież już za rogiem czeka Arsenal Londyn.

W Interze po wygranych derbach są rozradowani. Nie milkną peany pod adresem Claudio Ranieri’ego, który rzekomo poustawiał wreszcie zespół we właściwy sposób i odrestaurował jego struktury. Argumentów czysto sportowych nie brakuje. Inter pod jego wodzą przez cały listopad, grudzień i styczeń poniósł w Serie A tylko jedną porażkę, wygrywając pozostałe 7 spotkań. Seria ta pozwoliła usadowić się w czołowej piątce i nieoczekiwanie włączyć do walki o mistrzostwo. Zasługi Włocha są więc niebagatelne. Jednak w tym kontekście jest to trener pechowy, czego nie omieszkał wytknąć mu, podczas pobytu we Włoszech, Jose Mourinho. Claudio „Drugi” Ranieri jest natomiast specjalistą od meczów derbowych, w których nie znalazł jeszcze na siebie mocnych w rodzimym kraju. Łatkę specjalisty obronił w niedzielę, czym zaskarbił sobie nie lada sympatię kibiców Interu. Następna okazja dopiero w maju, lecz równie dobrze może jej wcale nie być. W Interze od pożegnania z Jose Mourinho żonglują trenerami okrutnie. Żaden nie wytrzymał dłużej jak pół roku. Ranieri jest na najlepszej drodze, by złamać tę prawidłowość, ale niczego nie można wykluczyć. Biorąc poczynania Interu pod lupę, nie można nie zauważyć, że mamy do czynienia z tworem do końca jeszcze nieukształtowanym. W derbach Mediolanu „Czarno-niebiescy” emanowali często niezgrabnością w ofensywie i brakiem inicjatywy. Na ile uzasadniają to założenia taktyczne, a na ile jest to następstwem stopniowego wypracowywania sobie własnego stylu – ciężko jednoznacznie odpowiedzieć. Jednak Inter jest na dzień dzisiejszy w podobnych tarapatach co rywal zza miedzy. Najzwyczajniej w świecie brakuje odwagi w grze, kiedy naprzeciwko stoją zawodnicy o podobnych walorach. Za Giuseppe Bergomim: „W derbach wygrał strach”. To zdanie najtrafniej charakteryzuje niedzielny pojedynek, a przecież wypowiedział je człowiek-ikona Interu Mediolan. Podopieczni Claudio Ranieri’ego byli niebywale flegmatyczni i gdyby tego dnia Milan zagrał, jak w derbach sprzed niespełna 10. miesięcy, najprawdopodobniej znowu zakończyłoby się nokautem. Nie zagrał, więc decydowały niuanse, a na tej niwie większą starannością wykazali się gracze Interu. Problem w tym, że ich występ nosił nieliczne znamiona piłkarskiej jakości. Podobnie jak to się ma w przypadku Milanu, Inter ewidentnie nie potrafi przekuć swojego potencjału na rzeczywiste zagrożenie w ważnych meczach. Tę słabość unaocznił zarówno Juventus Turyn, jak i Udinese Calcio, z którymi to mediolańczycy polegli już za kadencji Ranieri’ego. Z Milanem udało się wygrać i może karta zacznie się powoli odwracać, ale na dzień dzisiejszy wygląda to tak, jakby kulawy prześcignął inwalidę w biegu na 1000 metrów dopiero na ostatniej prostej.

Siłą rzeczy najpoważniejszym pretendentem do scudetto jest Juventus Turyn. Tutaj bolączek jest względnie mało, a pozycja najdogodniejsza. Nie oznacza to bynajmniej, że ze „Starą Damą” nie ma nawet po co stawać w szranki. Co więcej, potencjałem obie mediolańskie ekipy wciąż przewyższają odbudowywany Juventus. W świadomości piłkarzy świeże są obrazy niedawnych sukcesów, co powinno rozwiać jakiekolwiek wewnętrzne wątpliwości o to, czy można wygrać ten wyścig. Oby był to wyścig zupełnie inny niż te nieszczęsne derby, po którym nawet najwytrwalsi z Giuseppe Bergomim na czele zaniemogli. Oby był to pasjonujący wyścig na wysokim poziomie, który wyłoni mistrza Włoch z prawdziwego zdarzenia. Mistrza Włoch, który zasłuży sobie na ten tytuł jakością, a nie przypadkiem. Co się zaś tyczy Mediolanu ? oby piłkarze Interu i Milanu ruszyli w maju ratować mocno nadszarpniętą reputację „derbów nad derbami” i całego calcio. Są nam to winni.


pubsport.pl