Dwa oblicza BVB

 Mamy dopiero początek listopada, spadł pierwszy śnieg, a Borussia Dortmund już praktycznie straciła większe szanse na obronienie mistrzostwa Niemiec. BVB traci punkty w sposób nierzadko beznadziejny i głupi, z powodu braku koncentracji i powielania błędów, a jej główny rywal, monachijski Bayern, punktuje kolejkę w kolejkę, mecz w mecz, a punkty gubi wyjątkowo rzadko, wpadki zdarzają się od święta.

W lidze BVB rzadko przypomina drużynę sprzed roku, grającą często na jeden, dwa kontakty, na małej przestrzeni, z dużą ilością tych fantastycznych prostopadłych piłek otwierających drogę do bramki. I tutaj właśnie zauważalny jest brak sprzedanego latem do Manchesteru United, Shinjiego Kagawy. Gdy był w Dortmundzie, często narzekano na niego, że gwiazdorzy, że często zdarzają mu się gorsze mecze, że czasami gra zbyt indywidualnie. Zgoda, tak było. Ale nieciężko dojść teraz do konkluzji, że w dużej mierze to właśnie dzięki niemu Borussia zdobyła dwa tytuły mistrzowskie. Śmiem twierdzić, że bez niego nie byłyby one możliwe. Japończyk tworzył sytuacje, posyłał prostopadłe piłki, nie bał się zaryzykować i w ten sposób zaliczał mnóstwo asyst, natomiast Reus i Goetze są, owszem, świetni w grze kombinacyjnej, potrafią zagrać w odpowiednim momencie z klepki, ale jednak są typowymi skrzydłowymi, z fantastyczną techniką, ciągiem na bramkę, ale bez takiego przeglądu pola jak Kagawa. Gdy rywal nastawi się na grę defensywną, będzie krył króciutko,  odległości między poszczególnymi zawodnikami i formacjami będą wystarczająco małe, to po prostu podopieczni Kloppa nie będą w stanie tworzyć sytuacji. Nie ma kto dogrywać, i stąd w meczu ze Stuttgartem BvB stworzyła sobie dwie, najwyżej trzy bramkowe okazje, a jedna z nich wynikała tylko i wyłącznie z geniuszu Roberta Lewandowskiego w polu karnym, a nie jakiejś wypracowanej kilkoma podaniami sytuacji.

Bardzo zauważalny jest brak Kuby Błaszczykowskiego. Jakiś rok temu, gdy nasz skrzydłowy miał już zamiar powoli pakować manatki z Dortmundu i szykować się do wyjazdu, chyba nikt nie przypuszczał, że będzie on miał tak wielki wpływ na grę ofensywną ekipy Kloppa. Jednak, z czego chyba możemy być tylko dumni, ofensywa Borussi z Kubą i bez niego to dwie zupełnie inne drużyny. Klopp nauczył go dwóch bardzo istotnych rzeczy. Umiejętności, dzięki którym stał się piłkarzem dużo wyższej klasy. Klasy światowej, albo przynajmniej europejskiej.  Po pierwsze – gra w obronie. Pamiętamy, początkowo Kubie do gry w defensywie się nie spieszyło. Teraz pomaga Piszczkowi jak tylko może i potrafi. A potrafi, na serio. Druga sprawa to rozgrywanie. Błaszczykowski to już nie jest tylko sprinter z dobrym dryblingiem, techniką i dośrodkowaniem. Stał się kreatorem. Może nie na miarę Xaviego czy nawet Kagawy, w końcu od zawsze był tylko skrzydłowym, ale na pewno na miarę Gundogana. Powiedziałbym nawet, że stwarza swoimi dograniami znacznie więcej sytuacji niż Ilkay, a przecież to reprezentant Niemiec jest uważany za typowego rozgrywającego. No tak, Ilkay –  rozgrywający – potrafi uspokoić grę, przyspieszyć, ok,  ale zbyt wielu sytuacji swoim partnerom nie stwarza.

No i przychodzi czas na słówko o Lewandowskim. Znowu. My się tak tym naszym snajperem zachwycamy, jaki to on silny, świetny technicznie i wspaniały, a tu po dziesięciu ligowych kolejkach na koncie Roberta tylko trzy gole. Mało. Po dziesięciu seriach gier minionego sezonu miał tych goli już siedem.  Ok, jest to w dużej mierze spowodowane brakiem podań, o czym już wspominałem, ale mimo wszystko, wydaję mi się, że napastnik mistrza Niemiec powinien w ciągu dziesięciu spotkań nastrzelać troszeczkę więcej bramek. To świadczy tylko o tym, że choć Robert jest już teraz fantastycznym zawodnikiem, wciąż musi bardzo intensywnie pracować, przede wszystkim nad spokojem w sytuacjach stuprocentowych, oko w oko z golkiperem rywali, nad umiejętnością zachowania zimnej krwi, regularnością, bo to właśnie tego najbardziej brakuje asowi naszej reprezentacji.

Pozytywem są występy Borussen w europejskich  pucharach; już zdążyli pobić Real i Ajax, w starciu z City byli o malutki kroczek od zwycięstwa, ostatecznie remisując po golu Mario Balotellego w samej końcówce spotkania. Tam, w lidze Mistrzów, oglądamy inną drużynę. Tam oglądamy Borussię grającą z polotem, fantazją. Robert Lewandowski nagle staje się skuteczny, Ilkayowi Gundoganowi zaczynają wychodzić podania, Marco Reus i Mario Goetze zaczynają błyszczeć. I tu zaczynam dostrzegać syndrom Lecha Poznań z sezonu 2010/2011. Genialne, powtarzam – jak na polskie warunki – genialne spotkania z Manchesterem City, Juventusem i Salzburgiem, fantastyczny występ w pucharach. Pół piłkarskiej Polski zakochało się w Kolejorzu. A w lidze? A w lidze miejsce poniżej środka tabeli. Możliwości grania w następnym sezonie w europejskich pucharach brak. Było super w Europie, olaliśmy ligę, drugi raz już tak super nie będzie. Dziękuję, dobranoc.

Nie twierdzę, że BVB olewa ligę, nie, to nie byłoby w ich stylu (w odróżnieniu, np. od poznaniaków), ale gracze wychodzą na spotkania Bundesligi z zupełnie innym nastawieniem niż na mecze elitarnej Ligi Mistrzów, brakuje koncentracji, spokoju, także polotu i finezji. Tego nie ma na zewnątrz, piłkarze tego  bardzo nie odczuwają, aczkolwiek sądzę, że to siedzi gdzieś w ich podświadomości. No bo jak wytłumaczyć fakt zagrania beznadziejnego meczu z Schalke, kilka dni później fantastycznego spotkania z Realem, a później znowu przeciętnego z Freiburgiem i bardzo mizernego ze Stuttgartem. Zmęczenie? Nie, absolutnie. W mojej opinii, nastawienie.


pubsport.pl
Daniel Flak
Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html
http://daniel99.blox.pl