Dzień Groszka, czyli ciesz się póki możesz

Przetrzebiony Real i bojowo nastawione Atletico. Taka mieszanka wybuchowa generowała wielkie emocje już kilka godzin przed pierwszym gwizdkiem arbitra na Santiago Bernabeu.

W ostatnich miesiącach Real na czas starć z Atletico pogrążał się w konwulsjach, notorycznie doznawał czarnej rozpaczy. Tym razem jednak wreszcie wygrał, Królewskim udało się przełamać tę niemoc w starciach z lokalnym konkurentem, kiedyś powszechnie wyszydzanym, będącym drużyną dla której mecze przeciw Realowi z zasady były równoznaczne ze swego rodzaju traumą, teraz to Rojiblancos stali się dla bogatego sąsiada, śniącego o odtworzeniu ery galaktycznej, rywalem uprzykrzonym. Do pokonania Atletico wystarczył jeden gol, bohaterem Madrytu został Chicharito Hernandez, którego wkład w to odniesione w bólach zwycięstwo był może nawet największy. James Rodriguez momentami przejawiał kunszt techniczny, miał znakomity przegląd pola i kontrolę nad boiskową materią. Kolumbijczyk naznaczył swój występ cechami, jakich można by się doszukać u prawdziwego lidera. Pod nieobecność Luki Modrica, to on przejął batutę nad drużyną, największy splendor spłynął jednak właśnie na Chicharito, to on spił śmietankę. Chociaż na pozór posłał tylko z bliska piłkę do bramki, wywołał euforię na Bernabeu. Jego kariera w Madrycie toczy się jednak w myśl dość enigmatycznego scenariusza, dotąd nie doczekał uznania u Carlo Ancelottiego. Mimo tego gola jego przyszłość w ekipie Królewskich wciąż jest bardzo niepewna.

Przed pierwszym meczem z Atletico Carlo Ancelotti stwierdził, że być może do awansu będą potrzebne dwa remisy. Wczoraj do remisu zabrakło kilku minut, dziennik ”Marca” przypomina dziś o 93 minucie i 87, kiedy rzutem na taśmę gole dla Realu zdobywali odpowiednio Sergio Ramos i Chicharito. Pierwszy gol to finał Champions League, tę drugą bramkę Meksykanin zdobył oczywiście wczoraj. Javier Hernandez to być może w pewnym sensie postać tragiczna, wczoraj grał jak o życie, walczył zaciekle, z pasją i furią godną prawdziwego wojownika. Swoje mankamenty jeśli chodzi o techniczny aspekt gry maskował cechami wolicjonalnymi. Owszem, zmarnował trzy świetne sytuacje, zanim zdobył gola, ale liczyło się też to, że potrafił uzyskać dla siebie dogodną okazję, by zagrozić Janowi Oblakowi. Karim Benzema jest graczem o nieprzeciętnym talencie do piłki kombinacyjnej, odnajduje się przy tkaniu koronkowych akcji i prezentowaniu futbolu iście błyskotliwego, żeby nie być gołosłownym, odwołam się do bramki zdobytej przez Real w ostatnim El Clasico, tak czy inaczej napastnik jest rozliczany ze strzelania goli, co prawda Carlo Ancelotti nie ma zastrzeżeń do Francuza, ponieważ właśnie ta umiejętność rozgrywania piłki, ten zmysł do chwytania się niebanalnych rozwiązań jest u niego w cenie, niemniej sądzę, że futbol to gra, w której klasowy piłkarz ma obowiązek notować też dobre statystyki. Oczywiście przy wspomnianym golu Benzema błysnął asystą, więc to był pewnie trochę niefortunny przykład, chodzi bowiem o to, że Francuz nie jest nic a nic efektywny, efektowny jak najbardziej, ale jego skuteczność należy kwestionować.

Luka Modric to mózg drużyny, lider Realu, człowiek brylujący w dziale kreacji, tzw. reżyser gry, o ile mało wytrawny kibic powie, że architektem sukcesów Realu jest Cristiano Ronaldo ewentualnie trener Ancelotti, o tyle ktoś mający głębsze spojrzenie na futbol, takie opinie zbagatelizuje. Prawda jest bowiem taka, że Ronaldo nie istnieje bez środka pola, wczoraj próbował indywidualnych rozwiązań akcji, ale oddawał nieudane strzały, często wycofywał piłkę, przewracał się, był zdesperowany, dopiero w końcówce się ocknął i to co zrobił przy golu dla Realu można nazwać profesurą. Tak czy inaczej, gdyby nie James Real szamotałby się na połowie Atletico, Diego Simeone tym razem nie wymyślił misternego planu, albo to piłkarze realizowali nakreślone przez niego założenia taktyczne ad hoc. Gracze z Vicente Calderon okopali się wokół własnego przedpola i gdy nawet już przejmowali piłkę, nie kwapili się do ataków. Real dominował, ale nieskuteczność Chicharito sprawiła, że musiał drżeć do ostatnich chwil tego piłkarskiego thrillera. Isco drzemał prawie cały mecz, raz tylko popisał się swoim znakiem firmowym, czyli strzałem w stylu Arjenna Robbena, obsłużył też Chicharito, to była jedna z tych wybornych sytuacji Meksykanina, tak czy inaczej poza przebłyskami nie zachwycił, a przecież bynajmniej nie ironicznie jest nazywany ”Messim Madrytu”. Proszę zwrócić uwagę także na grę Toniego Kroosa, Niemiec nie ma tego błysku, określanego przez Hiszpanów jako chispa, zwykle podaje do tyłu, wystrzega się odważnych zagrań.

Przyszłość Javiera Hernandeza w Realu Madryt jest nad wyraz zagadkowa, Chicharito musi liczyć się z najgorszym. Carlo Ancelotti jest konserwatystą, wszyscy mają go za spokojnego, jowialnego wręcz pana w starszym wieku, ale w pewnych sprawach nie można z nim dyskutować. Swego czasu włoski trener powiedział, że nie śmie tknąć tercetu BBC, mimo iż ten z broni masowego rażenia przerodził się broń obosieczną. Dziennik ”Marca” sporządził nawet stosowną ankietę, w której pytano respondentów o to, kogo by chętnie zobaczyli na ławce dla rezerwowych. Lwia część fanów Królewskich opowiedziała się za przerwą dla Garetha Bale’a, do dziś to w Madrycie gracz najbardziej kwestionowany, była jednak też spora rzesza kibiców, która wśród zmienników widziała Cristiano Ronaldo, najmniej oberwał Karim Benzema, co swoją drogą może być złą wróżbą dla Chicharito, jego chwila uniesienia w okamgnieniu ustanie, gdy do gry gotowy będzie Francuz. Real to klub trudnych kompromisów, święte krowy wciąż dobrze się trzymają, zawodzący ustawicznie Iker Casillas także ma monopol na granie.

To może być niewiarygodne, ale drużyna Diego Simeone nie była idealnie przygotowana pod względem motorycznym do starcia z Realem. Piłkarze Ancelottiego śmigali jak nakręceni od początku do końca wczorajszych zawodów, natomiast graczom Atletico szybko zabrakło pary. Może stąd ich pasywność, rozpaczliwa obrona prowadząca tak naprawdę donikąd, bo liczenie, że uda się wygrać serię rzutów karnych, jest niepomiernie ryzykowne.

Momentem kulminacyjnym wczorajszego meczu była chyba czerwona kartka dla Ardy Turana, mnie ta sytuacja szczególnie zaskoczyła. Symptomatyczny był obrazek, jak Turek z boiska niespiesznie schodził. Impulsywny asystent Diego Simeone-German Burgos przezywany co ciekawe od ”małpy”, facet jeszcze bardziej nerwowy niż jego szef, chciał rzeczonego Turana pocieszyć, widać było jak na dłoni, że ta czerwona kartka rozkleiła graczy Atletico, skoro nawet człowiek, który kiedyś zerwał się z ławki dla rezerwowych, by rzucić w stronę Jose Mourinho pewną nieprzyjemną wiązankę, szczerze bolał, Atletico ewidentnie się podłamało. Ten mecz jest końcem marzeń o kolejnej wspaniałej przygodzie Colchoneros. Real storpedował mocarstwowe szanse mniej utytułowanego rywala zza miedzy, jednak nie można powiedzieć, że Ancelotti i jego sztabowcy wymyślili zwycięską formułę na Atletico, przecież siedem wcześniejszych meczów było dla Realu swoistą gehenną, to ekipa Diego Simeone nauczyła się cierpieć, ale akurat tak się składa, że w poprzednich bojach derbowych na katusze skazani byli Królewscy.

Osobny akapit dla możliwości personalnych obu drużyn. Real ma wąską kadrę, na skutek tego wczoraj w środku pomocy grał Sergio Ramos, to też przejaw nieufności wobec Asiera Illaramendiego, dlaczego jednak do Madrytu sprowadzono tego piłkarza? Czy to była kolejna fanaberia prezydenta Florentino Pereza? Ancelotti swego czasu przyznał, że nie prosił klubowej wierchuszki o transfer Jamesa…

Bartłomiej Najtkowski
barteknajtkowski.blox.pl


pubsport.pl