Dziewiąte miejsce, czyli prawie medal

Polacy zagrali z Niemcami swój najlepszy mecz na tym czempionacie. Pokazali, że potrafią, że nie należy ich skreślać. To, w jaki sposób i dlaczego akurat tak potoczyły się losy innych spotkań ostatniego dnia rywalizacji w naszej grupie – niech nie będzie teraz istotne. Otarliśmy się o medal, wylądowaliśmy na dziewiątym miejscu w Mistrzostwach Europy.

Powtarzam to chyba w czterech na pięć tekstów o piłce ręcznej mężczyzn w wydaniu reprezentacyjnym, ale napiszę to po raz kolejny – poziom jest niezwykle wyrównany. Przez ostatnich kilka lat mieliśmy hegemona, który w Serbii jednak poległ i kandydatów do zwycięstwa zrobiło się wielu. Jeśli już wracam do tego co kiedyś pisałem, to muszę jeszcze posypać głowę popiołem. Uznałem, że tylko dwa zespoły odstają trochę od stawki i ich obecność w szóstce będzie dużym zaskoczeniem. Wśród tych ekip wymieniłem Słoweńców, którzy lada moment będą grali o piąte miejsce na Starym Kontynencie.

Co podopieczni Bogdana Wenty pokazali na tym turnieju? Że się nie poddają, że tworzą horrory, ale zatrzymajmy się z tymi powszechnie znanymi przymiotami tej ekipy. Skupmy się na li tylko tym turnieju. A więc po pierwsze kontuzje – bracia Lijewski stworzyli potężną wyrwę. Zastępujący ich zawodnicy nie byli takim zagrożeniem ofensywnym, defensywy rywali mogły skupić się na walce na innych odcinkach. Całe szczęście, że gdy ze składu wypadł Jurkiewicz do niezłej dyspozycji wrócił Krzysztof Lijewski. Gdyby nie to, bylibyśmy dziś w zdecydowanie gorszych nastrojach. I jedno miejsce niżej.

Brak Sławomira Szmala z kolei nie był raczej żadnym kluczem. Przynajmniej w wymiarze sportowym. Duet Wichary-Wyszomirski spisywał się naprawdę dobrze. Może zabrakło jakiegoś meczu, w którym nasi bramkarze postawili mur na poziomie 45% obronionych piłek. Na minus należy zapisać spotkanie z Macedonią. Może tutaj obecność Kasy co nieco by zmieniła. Ale czy nie zabrałaby z kolei cudnej końcówki z Duńczykami? Można długo gdybać, ale do żadnych sensownych wniosków nie dojdziemy.

Adam Wiśniewski godnie zastąpił Bartka Tomczaka, brak Tomasza Rosińskiego też chyba nie był tutaj kluczowy. Największym ciosem był z pewnością brak Marcina Lijewskiego. To może w jakimś tam sensie uzasadniać ogólny poziom sportowy. Ale mentalny? Wszyscy doskonale wiemy jak kończyły się pierwsze połowy większości spotkań. Dopiero będąc pod ścianą coś się zaczynało dziać. Bijemy brawo, gdy zespół podnosi się z problemów, nazajutrz tylko o tym rozmawiamy w pracy, czy w szkole. Tylko po jakimś czasie konstatujemy, że znowu sami się w te problemy wpędziliśmy. No i w końcu nie może się zawsze nie udać.

Zagraliśmy sześć spotkań. Z Serbami skompromitowaliśmy się w ataku, rywale mając za sobą publiczność niesamowicie się nakręcili i pierwszego „wielkiego powrotu z otchłani” wykonać się nie udało. Potem była przejażdżka po Słowakach i mecz z Duńczykami. Tutaj już wielki powrót był, ale nie znowuż z takiej otchłani. Po tamtym spotkaniu mogliśmy być zdecydowanie zadowoleni. Bo pokonaliśmy bardzo mocnego rywala. Duńczycy nie mieli słabego dnia, może co najwyżej słabsze momenty. Sportowo mecz był wart finału. Gdybyśmy wygrali kolejne spotkanie, ze Szwedami, mogłoby ono stać się chwilą powstania kolejnego cudnego sukcesu. Historia spotkania niesamowita, ale punkt straciliśmy wiec w sumie na minus. Bo po tak przespaną pierwszą połowę, tylko zwycięstwo mogło uratować. Mecz z Macedonią był bardzo podobny. Tylko straty tak wielkiej nie było w żadnym momencie, no i nie udało się dogonić. I dlatego ten mecz był klęską. W końcu Niemcy i wspaniałe widowisko zakończone sukcesem – czyli coś, czego oczekiwaliśmy od samego początku.

W sumie zagraliśmy dwa naprawdę dobre spotkania z trudnymi rywalami, jedno z nieco łatwiejszym, jeden mecz słaby, ale porywający i z względnie dobrym rezultatem oraz odnieśliśmy dwie klęski – w tym jedną spektakularną.

Czy takie wyniki plasują nas na dziewiątym miejscu w Europie? Poziom jest tak wyrównany, że może dzisiaj jesteśmy na dziewiątym, ale gdyby rozgrywać ten turniej co dwa miesiące, to amplituda lokat byłaby zapewne prawie dwucyfrowa. I to w wypadku niemal wszystkich czołowych ekip Starego Kontynentu. Turniej jest jednak co dwa lata i to z niego wyniki idą w świat. Na którym to świecie zajęliśmy rok temu ósme miejsce po dużo słabszej grze.

Szukamy pozytywów: postawa młodych. Do tej kategorii możemy niestety zaliczyć tylko trzech zawodników. Piotrowi Wyszomirskiemu do światowej czołówki jeszcze brakuje, ale swoje zrobił. Robert Orzechowski to dla mnie po prostu człowiek, który w tej kadrze może za parę lat wychodzić wychodzić w siódemce i wraz z Barkiem Tomczakiem z drugiej strony stanowić istotne zagrożenie dla rywali. No i Kamil Syprzak. W końcu mamy drugą opcję na kole w ataku. I to jaką opcję.

Teraz przed nami turniej kwalifikacyjny do Igrzysk Olimpijskich. O ile się tam dostaniemy – czyli Serbia nie wygra całego turnieju. Za kilka godzin w półfinale gospodarze zmierzą się z Chorwatami i ten moment typuję na klęskę gospodarzy. Do tej pory gra Serbów opierała się na szatańskiej publiczności, opętaniu w oczach i hektolitrach adrenaliny. Sprawy narodowościowe jeszcze podwoją te wszystkie elementy. Serbowie muszą pęknąć, bo są słabsi sportowo. A w oczach ich rywali opętanie może być nie mniejsze. I o tym, że Serbowie są słabi przekonamy się jeszcze raz w kwietniu. Gdy w turnieju kwalifikacyjnym do Igrzysk Olimpijskich ponownie staną na przeciwko białoczerwonych. Ale wtedy nie będzie już publiczności i ścian. Wtedy będzie prawdziwa piłka ręczna.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl