Efekt końcowy jest najważniejszy

1. Znów remis 1:1, a jakże zmieniła się optyka postrzegania rzeczywistości u większości polskich kibiców. O mediach nie wspominając. Natychmiast zasypał nas grad pochwał pod adresem Franciszka Smudy. Rafał Stec podziękował selekcjonerowi za to, że po raz pierwszy w XXI wieku trzeci mecz nie jest jedynie grą o honor. Gdybym miał silić się na złośliwość, to przypomniałbym, że na Euro 2008 przed ostatnim spotkaniem też zachowywaliśmy szanse na wyjście z grupy (matematyczne, ale jednak), a gdyby nie pamiętna sytuacja z Howardem Webbem w roli głównej, mielibyśmy o punkt więcej niż obecnie. Inna sprawa, że faktycznie tak dobrych rokowań jeszcze nigdy nie było, chociaż tak jak pisałem ostatnio, awans do fazy pucharowej dalej należy rozpatrywać w kategoriach uciążliwego – pod względem ogromnej presji – obowiązku. I z tego punktu widzenia naprawdę nie ma ogromnego znaczenia, czy swoje szanse zaprzepaścilibyśmy po drugim, czy po trzecim meczu. Liczy się końcowy efekt – w świat pójdzie wynik końcowy, widoczny w tabeli po ostatniej kolejce. Zresztą, jak słusznie zauważył Krzysztof Stanowski (a co niektórzy chyba o tym zapomnieli), już po meczu z Grecją było jasne, że na koniec fazy grupowej nie powalczymy – tak jak w 2002 i 2006 roku – jedynie o zachowanie twarzy.

2. Zastanawiałem się, kiedy ostatni raz Franciszek Smuda spotkał się z wyzwaniem pod tytułem: „Każdy inny wynik niż zwycięstwo grzebie nasze szanse na awans”. Daleko nie musiałem szukać. Rok 2008, faza grupowa Pucharu UEFA, grupa H, a w niej Lech Poznań. Przed decydującym spotkaniem z Feyenoordem sytuacja niemal podobna do obecnej: dwa remisy (z Nancy i Deportivo), po których zapanował optymizm z lekką nutką niedosytu. Jedyna różnica to zakładana nieco z góry porażka… w Moskwie z CSKA (jedną z bramek strzelił nie kto inny jak Ałan Dzagojew), co nie zmienia faktu, że przed ostatnia kolejką tylko zwycięstwo z drużyną z Rotterdamu dawało nam awans. No dobra, różnic można znaleźć trochę więcej – teraz zagramy niesieni wspaniałym dopingiem na wrocławskim stadionie, a nie jak wówczas na boisku rywala. Z drugiej strony, staniemy w szranki nie z rozbitym trzema sromotnymi porażkami Feyenoordem, a przeciwko głodnym sukcesu Czechom, zapewne wciąż pamiętającym frajerską porażkę 2:3 z Turcją na Euro 2008, przez którą wymknął im się z rąk pewny awans do ćwierćfinału. Ale mniejsza z różnicami. Ważne, żeby podobieństwo wystąpiło w najważniejszym elemencie piłki nożnej. Wyniku.


pubsport.pl
Miłosz Węgrzyn

Student prawa i politologii na Uwr. Od listopada 2006 autor bloga TYLKO I WYŁĄCZNIE O SPORCIE, promowanego przez portal Sport.pl

http://milgord.blox.pl/html