Ekstraklasa (prawie) jak Championship

Pierwsza odsłona batalii o Premier League – a ściślej ujmując o prawo gry w wielkim finale na Wembley – za nami. Teoretycznie po tych potyczkach powinniśmy wiedzieć już coś więcej w kontekście tego, kto jest bliżej występu w Świątyni Futbolu. Teoretycznie.

W obecnym sezonie rozgrywki League Championship są  najbardziej nieprzewidywalnymi w Europie – tak, nawet bardziej niż zmagania w naszej Ekstraklasie, gdyż te są nie tyle nieprzewidywalne, co nieprzewidywanie (choć czy aby na pewno?…) słabe.

Nie ma się co jednak rozwodzić nad poziomem (a raczej jego brakiem) ligowców znad Wisły, lecz czas zająć się prawdziwym futbolem.

W pierwszym meczu barażowym kampanii 2010-2011, na City Ground w Nottingham, nie padła żadna bramka. Piłkarze Forest – ostatniej załogi premiowanej grą w play-offach o elitę – nie potrafili pokonać doświadczonego golkipera Swansea Dorusa De Vriesa, mimo, źe praktycznie przez całe zawody grali z przewagą jednego zawodnika (czerwona kartka dla Neila Taylora już w drugiej minucie). Ba, to właśnie Łabędzie, po pierwszych dwudziestu minutach mogły prowadzić już różnicą dwu bramek. Dobrze dysponowany w premierowych trzech kwadransach Fabio Borini nie potrafił jednak pokonać vis a vis wspomnianego holenderskiego łapacza The Swans – Lee Campa.

W drugiej odsłonie szybko boisko opuścić musiał Borini (kontuzja) i to podopieczni Billy’ego Daviesa bardziej prowadzili grę. Fakt faktem, że na drugą połowę Brendan Rodgers ustawił swoich grajków na grę z kontry. I to działało bardzo dobrze, gdyż świetnie dysponowany tego wieczoru był Camp.

Sędziujący to spotkanie, dobrze znany kibicom Premiership, Mike Dean co prawda nie odgwizdał ewidentnego rzutu karnego dla gospodarzy, koniec końców jednak Forest na pewno nie zasłużył tego dnia na zwycięstwo. Irlandzki Mourinho – jak mówi się o Rodgersie – mimo, iż jego team grał w osłabieniu fantastycznie ustawił swoich piłkarzy taktycznie i dlatego wywiózł z lasów Sherwood cenny remis.

The Swans przed potyczką z dwukrotnym zdobywcą Pucharu Europy byli faworytem. Po czwartkowych dziewięćdziesięciu minutach na City Ground są nimi zdecydowanie dalej. Jednak fakt, który poruszyłem we wstępie, wcale tego nie musi potwierdzać. Wszystko rozstrzygnie się późnym poniedziałkowym wieczorem w południowej Walii.

Drugi akt wojny walijsko-angielskiej miał miejsce równe 24 godziny po potyczce w Nottingham. Na Madejski Stadium gole także nie padły, a samo widowisko nieco ustępowało poziomem wydarzeniom z City Ground.

Piłkarze Reading przeważali w tych zawodach, ale jeśli już stwarzali sytuacje, to zabrakło wykończenia. Świetną partię rozegrał defensor Cardiff Kevin McNaughton, do którego poziomem nie do końca dostosowali się jego koledzy z defensywy The Bluebirds, którzy szczególnie w pierwszej połowie popełniali dużo głupich błędów. Podopieczni Briana McDermotta nie potrafili z prezentów serwowanych przez Kienana czy Blake?a jednak skorzystać.

Niestety nie jest widomym, czy we wtorkowym rewanżu w stolicy Walii nie wystąpi największa gwiazda City, Craig Bellamy. Charyzmatyczny napastnik we wczorajszym meczu doznał urazu mięśnia i opuścił boisko już na początku spotkania.

Pierwsze mecze barażowe pokazały, że w tej chwili w najlepszej formie znajduje się Swansea. Wielu, już po ostatniej serii spotkań Championship upatrywali  Łabędzie w roli faworyta play-offów. Ale mając na uwadze przebieg całego sezonu zaplecza angielskiej elity (a także zeszłorocznych baraży) i tak po tych pierwszych meczach tak naprawdę niczego nie można być, nawet trochę, pewnym. Ale to tym lepiej dla nas, kibiców.


pubsport.pl
Adrian Adamus
tu piszę: http://www.angielskapilka.com/ http://futbolnanie.blox.pl/html
http://www.myspace.com/adek666a