Falowanie i spadanie, falowanie i spadanie

Są różne typy drużyn z niższych lig. Jedne, jak Piast Gliwice, czy Greuther Fuerth, przez wiele lat próbują się dostać do ekstraklasy. Kolejne pokolenia walczą o awans, kibice rodzą się, dorastają, żenią, starzeją, umierają, a one wciąż są o krok od sukcesu. Takie zespoły nie narażają sympatyków na gwałtowne wstrząsy, nie dają erupcji radości, ale też nie przysparzają wielkich smutków. Ot, fani się do takiej sytuacji przyzwyczajają. Po przeciwnej stronie barykady, tam gdzie stało ZOMO, są inne kluby. One zawsze są za mocne na niższą ligę, a za słabe na wyższą, co skutkuje częstymi awansami, częstymi spadkami, rozbuchanymi nadziejami, drastycznie ucinanymi wraz z kolejnym sezonem. Do takich zespołów zalicza się grecki… Olympiakos.

Pomyślicie, że zwariowałem. Czy chodzi o TEN Olympiakos, który ma biało-czerwone barwy, a w jego herbie widnieje człowiek w wieńcu laurowym? Tak, dokładnie o ten Olympiakos chodzi. Pireus? Przecież on zdobywa mistrzostwa bardzo regularnie i na Alpha Ethniki na pewno nie jest za słaby! Ależ nieee, mi przecież chodzi o Olympiakos… Volou, który, przypadek taki, ma taką samą nazwę, herb i barwy, co sławniejszy rywal. A od tego sezonu gra też w tej samej lidze.

Zawodnicy z mitologicznej krainy centaurów wtargnęli na trochę zubożałe greckie salony po 20 latach przerwy. W tym czasie wylecieli do czwartej ligi, a w XXI wieku tak podupadli finansowo, że klub trzeba było budować właściwie od nowa. Przez długi zespół stracił bazę treningową, co na pewno nie pomogło w uzyskaniu trzech awansów w ciągu czterech lat. W 2006 roku Volou wtargnęło do Gamma Ethniki, rok później było już w lidze Beta, a na miesiąc przed mistrzostwami świata w RPA dopchało się do elity.

Historia tego klubu wcale nie musiała się potoczyć tak nierówno. Zaczęło się całkiem obiecująco, Olympiakos Volou miał podstawy ku temu, by stać się bardziej znanym Olympiakosem. Na rok przed wybuchem II wojny światowej dotarł do ćwierćfinału Pucharu Grecji. Bohaterowie z krainy centaurów powtórzyli to osiągnięcie w 1955 roku w okolicznościach cokolwiek dziwnych.

Wtedy miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, które, jak to trzęsienie ziemi, wiele budynków na nogach nie zostawiło, a i sam ośrodek nie był szczytowym osiągnięciem organizacji i porządku. Nawet media nie dostarczały żadnych informacji, nikt nie myślał o piłce nożnej, a przecież tego dnia Volou miało się zmierzyć w wyjazdowym spotkaniu z AEK Ateny. Gdy wszyscy myśleli, że goście nie dotrą, bo nie dawali żadnych znaków życia, ci spokojnie podróżowali sobie autokarem do stolicy. Przyjechali w ostatniej chwili, wygrali 1-0, odprawili znanego rywala i wskoczyli do ćwierćfinału. Tyle, że wracać za bardzo nie mieli dokąd…

Kolejna dekada to lata wskazujące, że Olympiakos jednak trochę wzorował się na Piaście czy Greutherze. Rokrocznie był w piątce drugiej ligi, dwa razy przegrywał awans w barażach. Aż w końcu, w 1966, po raz pierwszy w historii wszedł do ekstraklasy. A potem spadł. I awansował. A potem spadł. I awansował. Później ten schemat został naruszony, gdyż nasi bohaterowie zajmowali zaszczytne trzynaste miejsca i utrzymywali się w Alpha Ethniki.

W sezonie 1973/74 zajęli tylko trochę mniej zaszczytną 14. lokatę, ale greccy działacze są mentalnymi braćmi polskich i zdecydowali się na pomniejszenie ligi, o czym skwapliwie poinformowali… po zakończeniu rozgrywek. Volou znów spadło. Do końca lat 80. bezskutecznie próbowało powrócić.

Zamiast tego w 1985 spadło do III ligi. Bardzo pomógł mu w tym lokalny rywal Niki Volou, który nazwę zaczerpnął od Nike (takiej prestiżowej nagrody literackiej), kultywujący pięknego ducha sportu i uczciwą grę. Niki podłożyło się w ostatniej kolejce Verii, co, przypadkowo oczywiście, zadecydowało o spadku Olympiakosu Volou.

Zgadnijcie co dalej? Otóż spadkowicz od razu awansował, rok później powrócił do najwyższej ligi i tam zajął najlepsze w historii jedenaste miejsce, głównie dzięki świetnej grze Imre Body, madziarskiego snajpera, który został królem strzelców. Po tym pięknym sezonie, Volou… spadło.

Kolejny sezon w elicie rozgrywa dopiero teraz i jest w nastroju śpiewno-tanecznym. A w tym mieście śpiewa się piosenki Jona i Vangelisa, a tańczy do utworów Jona i Vangelisa. Ten drugi pan pochodził właśnie z Volou i, razem z malarzem Giorgio de Chirico, jest najbardziej znanym człowiekiem, którego pierwsze gaworzenie dało się słyszeć w jednym z największych portowych miast w Grecji. Wszyscy tak tańczą i śpiewają, bo Olympiakos jest po 16 kolejkach, a więc już po ponad połowie, na, uwaga!, ósmym miejscu. Świetnie radzi sobie zwłaszcza z potentatami. W Atenach pokonał Panathinaikos. U siebie łupnął AEK. Zremisował z PAOK-iem i Arisem. Przegrał tylko ze swoim imiennikiem i niedoścignionym wzorem z Pireusu.

Volou zgromadziło kilku przyzwoitych piłkarzy. Bramkarz Eldin Jakupović ma pokręcony życiorys. Urodził się w Bośni. Wyjechał w czasie wojny do Szwajcarii. Przyjął powołanie do bośniackiej młodzieżówki. Dostał propozycję gry w seniorach tego kraju i ją odrzucił. Zagrał w towarzyskim meczu Szwajcarii z Cyprem. Siedział na ławce w dwóch spotkaniach Helwetów w ramach eliminacji mistrzostw świata. Po czym… poinformował, że ze względów rodzinnych nie będzie grał dla Szwajcarów. To dla kogo? Jak Bośnia nie, Szwajcaria nie, to co, Polska?!

Peter Doleżaj i Mario Breszka grali w reprezentacji Słowacji, a ten drugi występował nawet w Lidze Mistrzów u boku Kamila Kosowskiego i Marcina Żewłakowa w barwach APOEL-u Nikozja. Leonidas Kampantais zasłynął tym, że przegrywał rywalizację o miejsce w składzie Arminii Bielefeld z Arturem Wichniarkiem, a Kostas Kapetanos jest znany z tego, że jest… bratem Pantelisa, który pojechał na zeszłoroczny mundial. A wiecie co? Mimo posiadania w składzie takich sławnych nazwisk, Volou w tym roku, albo za rok, spadnie. A potem awansuje. I spadnie. Awansuje. I spadnie. Awansuje. I spadnie… I to niby ma nie być monotonne?


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl