Feralne ministerstwo

Cóż, jeszcze się taki minister nie narodził, co by wszystkim dogodził. A tym bardziej minister sportu. Wczoraj Roman Kołtoń, komentator Polsatu Sport, „ćwierkał” na Twitterze, że minister sportu na naradzie, zapytała, kto wybrał drużyny, które mają zagrać o Superpuchar Polski.

Wszystkie media, coraz ostrzej  wątpią o jakiekolwiek kompetencje minister Joanny Muchy. Trochę to nad wyraz. Joanna Mucha od początku swojej „ministerialnej” kariery ma pod górkę. Gdy objęła fotel ministra sportu wszyscy pytali, dlaczego kobieta, dlaczego osoba, która nie ma bladego pojęcia o sporcie. Żadna nominacja premiera Tuska nie wywołała takiej medialnej burzy. A większość komentatorów zapomniało, kto przed Muchą obejmowała to niecieszące się pozytywną sławą stanowisko.

A byli to tacy fachowcy jak Marek Belka, obecny prezes NBP, znany i uznany ekonomista. Polityk w Polsce jeden z najlepszych, ale ze sportem za wiele do czynienia wcześniej nie miał. Po przegranych wyborach SLD nastały rządy PIS. Ich „specem” od sportu został Tomasz Lipiec. Chodziarz, powiedzmy sobie przeciętny. Oskarżany za doping.  Po zakończeniu kariery sportowej zaczął intensywnie działać. Najpierw jako publicysta sportowy, później jako działacz w strukturach PZLA.  Jego kariera, jako ministra sportu nie była usłana różami. Wykrycie strasznych afer w polskim futbolu, policzek dla polskiego sportu. Następnie podał się do dymisji, a później wielokrotnie stawiany przed komisją śledczą za korupcje przy budowie Stadionu Narodowego. Tego Stadionu Narodowego. Po nim fotel objęła Elżbieta Jakubiak. Kompetencje podobne do Muchy, a wielkiego hałasu nie było. Jakubiak nie porządziła długo. PIS przegrało w wyborach, a rządy objęła i do dziś panująca Platforma Obywatelska. Tusk powołał na to feralne, najbardziej korupcjogenne ministerstwo Mirosława Drzewieckiemu. I kolejna afera. Tym razem hazardowa, „Miro” nadużywał władzy i z tego wynikły jakieś machlojki z Totalizatorem Sportowym. Kolejna klapa. Po Drzewieckim był Giersz, ten za wiele nie zwojował i nastało panowanie Muchy.

Czasy do sterowania trudne, EURO 2012, impreza najważniejsza, jaką kiedykolwiek organizowaliśmy. Do tego przekręty w PZPN, ogólnie niemiła atmosfera. Od Nowego Roku doszedł jeszcze Stadion Narodowy. Kolejny problem. O ile otwarcie, na niskim poziomie artystycznym, jako tako się udało, to pierwsza sportowa inauguracja, istna żenada. Dach sie nie rozsuwa, bo za duże mrozy, trawy nie ma, policja ma słabą łączność. Do tego dochodzi problem z drużynami, które maja otworzyć naszą narodową dumę(!). Legia i Wisła, czyli opcja jedna z najgorszych. Po pierwsze kibole tych drużyn, lekko mówiąc nie przepadają za sobą.  Na dodatek niedługo te zespoły stoczą arcyważne pojedynki w Lidze Europy.  Ryzyko kontuzji, urazu przy takiej pogodzie trudne nie będzie. Jeśli ktoś by takową udniósł padałaby pytania, kto kazał rozgrywać to spotkanie przy takim mrozie. Wszystkie obelgi rzucane byłyby pod adresem min. Muchy. Jeśli zagrałaby drużyny, których kibice trzymają sztamę, to mecz prawdopodobnie by się odbył. Narodowe Centrum Sportu i Ministerstwo Sportu boja się,  że kibicowska hołota zniszczy stadion albo wywoła burdy. Czyż nie można żartobliwie powiedzieć: „Kto wybrał te drużyny”?


pubsport.pl
Bartosz Śliwicki
Uczeń gimnazjum, mieszkaniec Sompolna, fanatyk sportu. Lubi futbol w najwyższym wydaniu, ale nie gardzi biegami i skokami w zimę. Często ślęczy nad tenisem, namiętnie śledzi poczynania Radwańskiej i Janowicza. Pseudo-erudyta, nieokrzesany humanista, ministrant, ironista, leń i naczelny krytyk wszystkiego. Gustujący w refleksyjnych filmach oraz Depeche Mode. Żarliwy entuzjasta reportaży i Jerzego Pilcha.