Figurate – magna et paupers

„Obrazowo – arystokracja i nędzarze”. Tak po przełożeniu łaciny na język polski brzmiałby tytuł mojego tekstu. Łacina kojarzy nam się z tym co wysublimowane, z wyższych sfer (magna). Gdzieś w oddali znajduje się reszta niedoskonałych, prostych i ubogich (paupers). Tak wyglądała też kolejna, czwarta już runda grupowych zmagań Velux Champions League. Wielcy tego świata wzięli sprawy w swoje ręce.

Tytuł felietonu jest dziś nadzwyczaj dobitny. Podczas weekendowych starć zespoły podzieliły się na dwa obozy – królów i maluczkich. Jedni panowali, drudzy zbierali łomot, solidny łomot. Status quo był pojęciem abstrakcyjnym, remis zjawiskiem zaś niespotykanym. Nie było bowiem starcia, które zakończyłoby się różnicą jednej bramki. Nie było bowiem starcia, które zakończyłoby się różnicą dwóch bramek. Nie było bowiem starcia, które zakończyłoby się różnicą trzech bramek i nie było bowiem starcia, które zakończyłoby się różnicą czterech trafień. Zwycięstwa zaczynały się od awantażu przynajmniej pięcioma trafieniami. I choć prosiłoby się to właśnie od nich zacząć i podążać ku coraz to bardziej tęgim pogromom, nie, niech tradycji stanie się zadość, na początek Match of the Week

Leones in fovea leonum (z łac. lwy w jaskini lwa)

Drużyny te można by było nazwać domatorami, bo najchętniej nie wyjeżdżałyby poza teren własnej hali. Reńskie Lwy z Mannheim wybrały się w podróż do odległej, owianej złowrogą tajemnicą Macedonii. Tam czekali już na nich okrutni barbarzyńcy. Rola ta przypadła wciąż dość egzotycznemu zespołowi Vardaru Skopje. Gdy tylko niemieccy przybysze przysposobili się do walki w ruch poszły najcięższe działa.

Przez przeszło pięćdziesiąt minut walka była niezwykle zażarta. Lwy dowodzone na parkiecie przez Madsa Larsena wciąż utrzymywały bliski kontakt z gospodarzami. Sam Duńczyk zdołał siedmiokrotnie ustrzelić skopijską twierdzę. Po drugiej stronie barykady szalał zaś Alex Dujszebajew, z takim samym dorobkiem bramkowym. Kibice zgromadzeni w hali im. Jana Sandanskiego obserwowali wspaniały spektakl. Ku ich uciesze ostatnie 7 minut to pokaz dominacji skopijskiego Vardaru. Gospodarze dosłownie zmietli gości z powierzchni macedońskiego parkietu. Wynik? 25:19, a jeszcze w 53. minucie różnica trafień wynosiła ledwie jedno „oczko”.

Dzięki temu zwycięstwu Vardar jako jedyny zgromadził dotychczas komplet punktów. 4 mecze i 4 triumfy to wynik wręcz niesamowity biorąc pod uwagę poziom tegorocznych rozgrywek. Bilans bramkowy +20 również zdaje się mówić sam za siebie. Kierowani przez charyzmatycznego multimilionera, Sergeja Samsonenkę, skopijczycy idą jak burza krocząc od zwycięstwa do zwycięstwa. Inna sprawa, że kalendarz im na to pozwala. Schody zaczną się na przełomie października i listopada – 2x Barcelona oraz 2x Vive pokaże realną wartość Jorge Maquedy (na zdjęciu na głównym planie) i spółki…

Lwy, po remisie z mistrzami Polski, doznały zaś pierwszej porażki w tym sezonie. Niepokonani zarówno w Bundeslidze, jak i na europejskich salonach Niemcy po raz pierwszy musieli uznać wyższość rywala. Mimo wszystko, zespół z Mannheim zapewnił już sobie solidną pozycję przed kolejnymi starciami, szczególnie, że te najtrudniejsze już za nimi.

Grupa B 

Zanim rozpoczął się jeszcze hit grupy B w hali im. Jana Sandanskiego, w najciekawszym dla nas pojedynku, Kielczanie zmierzyli się z IKF Kristianstad. Młody zespół ze Szwecji pod dowództwem szkoleniowca-legendy, Oli Lindgrena, bardzo dobrze spisywał się we wcześniejszych spotkaniach, pokazując pazur w rywalizacji z Koldingiem czy Barceloną. Szwedzi, do Kielc, przyjeżdżali po kolejną lekcję gry na europejskim poziomie. Mało kto upatrywał ich w roli groźnego pretendenta do zdobycia dwóch punktów. Murowanym faworytem do końcowego triumfu byli żółto-biało-niebiescy, a ich porażka byłaby wielką sensacją.

Taki scenariusz realizował się od pierwszych minut spotkania. Kielczanie nie pozostawiali złudzeń skandynawskim młodzikom. W 7. minucie, po trafieniu Mateusza Jachlewskiego, było już 4:1. Po 12. minutach gry: 8:3. Żółto-biało-niebiescy górowali w każdym aspekcie. Cudów w bramce dokonywał Marin Sego. Przy takiej formie chorwackiego bramkarza pokusiłbym się o stwierdzenie, iż nie sposób było przegrać ten mecz. Efektem konsekwentnej gry Vive była przewaga 13:5 w 20. minucie, a do przerwy 20:12. Dopiero w końcówce pierwszej połowy obrona mistrzów Polski się lekko rozluźniła, co pozwoliło na poprawienie fatalnej skuteczności Szwedów.

Na pochwałę zasługiwała gra Julena Aginagalde, który zarobił mnóstwo rzutów karnych, a nie przeszkodziło mu to w zostaniu najlepszym strzelcem spotkania. 6 bramek hiszpańskiego obrotowego uczyniło go zawodnikiem meczu. Vive kontrolowało spotkanie, jeszcze na kwadrans przed końcową syreną prowadzili jedenastoma trafieniami. Ostatnie piętnaście minut w zasadzie mogłoby się nie odbyć. Kielczanie grając na chodzonego stracili większą część przewagi, ale Kristianstad i tak nie miało najmniejszych szans na osiągnięcie dobrego rezultatu. Końcówka to znów kilka kontr Vive i 35:27 ostatecznym wynikiem spotkania.

Po spotkaniu moimi rozmówcami byli Marin Sego oraz Ola Lindgren:

Bramkarz Vive przyznał, że Vive rozegrało bardzo dobry mecz. Wyjaśnił, że przestój spowodowany był naturalnym rozluźnieniem szyków, a wszystkie siły kierują na Barcelonę.

Trener gości zauważył, że swoje zwycięstwo gospodarze zawdzięczali mocnej postawie defensywnej i wywołaniem dużego ciśnienia na młody, niedoświadczony zespół ze Skandynawii. Ola Lindgren nie raz podkreślił, że jego zespół jest dopiero w fazie budowy, a takie mecze to dla nich doskonała okazja do nauki. Na moje pytanie o ich cele w tym roku Szwed szeroko się uśmiechnął komentując to w przewrotny sposób: po meczach z Barceloną i Vardarem wielu przypuszczało, że stać ich nawet na awans. Lindgren nie wie, co myślą teraz…

W dwóch pozostałych spotkaniach „kieleckiej” grupy Barcelona rozbiła Montpellier dziesięcioma bramkami, a Pick Szeged rozprawił się z KIF’em Kolding. Liderem grupy Vardar z kompletem punktów, na drugim biegunie bez choćby jednego oczka Kolding. Vive zajmuje aktualnie trzecie miejsce. Za tydzień mecz sezonu w kieleckiej Hali Legionów. Do Kielc zawitają obrońcy tytułu – Barcelona Lassa, będzie się działo…

Grupa A

Prawdziwe rzeźnie miały miejsce jednak dopiero w korespondencyjnej grupie A. P$G +11, Flensburg +10, Veszprem +8 no i niestety THW +14. Tak, tak (słownie: czternaście). Jest to jedna z najwyższych porażek Orlen Wisły w ostatnich latach.

Nie jestem zwolennikiem linczowania i znęcania się nad Nafciarzami przez prokielceckie media i prokieleckich dziennikarzy. Po prostu: Zebrom wychodziło wszystko, Landin w roli półboga, a Wisła… zagrała i przegrała. Szans przy tak dysponowanym THW nie mieli nawet krzty, więc Manolo Cadenas będzie miał kolejną dawkę materiału video do przerobienia. Spotkanie najlepiej obrazują słowa Alfreda Gislassona, który stwierdził, że był to najlepszy mecz Zebr w sezonie. A wtedy przeciwnicy z reguły nie mają nic do powiedzenia.

O reszcie spotkań też nie ma co się rozwodzić. Mógłbym przytaczać ile kto rzucił bramek. Że Mikkel Hansen do spółki z N.Karabaticem urządzili sobie popisy strzeleckie. Że Andi Eggert znów przeobraził się w zimnokrwistego kata, a ich wszystkich gonić zapragnął Momir Ilic. Mecze raczej bez historii: odbębnić i do przodu…

Tak łatwo i przyjemnie (przynajmniej dla zawodników) nie będzie jednak za tydzień. W szlagierze dorównującym starciu Vive z Barcą, THW zmierzy się z MVM Veszprem na gorącym, madziarskim terenie. Stawką pojedynku – pozycja lidera. Wisła wybierze się natomiast do Zagrzebia. Tamtejsza Croatia od początku rozgrywek spisuje się nadspodziewanie dobrze. Ponadto Flensburg ugości Besiktas, a Celje P$G. Obecnie prym w „płockiej grupie”  dzierży Veszprem, tuż za nimi Kilończycy. Wisła na szóstym miejscu.

W grupach C i D powiało nudą. Jedynie Gabor Czaszar postanowił zabawić się w terrorystę i w pojedynkę rozstrzelał Motor Zaporoże. Czternaście trafień Węgra załatwiło sprawę. W owych grupach dzielą i rządzą Mieszkow Brześć (gr. C) i Skjern (gr.D).

TERMINARZ I TABELE LM >>

Więcej moich prac również na portalu mim24.pl!


pubsport.pl