Finał LE wygrał przede wszystkim sport!

Drugi raz w ciągu trzech lat trofeum Ligi Euopy trafiło w ręce Atletico Madryt. Choć jest to drużyna inna niż w 2010 roku, to tak, jak wtedy, jestem przekonany, że zasłużyła na wygraną w tych rozgrywkach.

Już na samym początku odniosę się do tytułu tegoż wpisu. Pragnę w nim zaznaczyć, że mecz był żywy – nie taki zachowawczy, jak jest zwykle podczas finałów wielkich pucharów. Widać było, że obu ekipom bardzo zależało na zwycięstwie – te łzy w oczach graczy z Bilbao mówią same za siebie. Podnadto triumfatorzy podchodzili do nich i pocieszali. Obrazki ze środowego finału UEFA powinna zakwalifikować do nagrody Fair Play albo chociaż dużo z nich pokazywać podczas swojej kampanii o szacunku.

Teraz już o samym spotkaniu. Nie da się ukryć, iż Rojiblancos z Madrytu byli lepsi, chociaż ich rywale, zwłaszcza w II połowie, mieli swoje szanse i mogli doprowadzić do remisu. Do 85. minuty Puchar UEFA był kwestią otwartą. Po samodzielnej akcji i bramce Diego, wszystko było już jasne. Jeśli jesteśmy już przy golach: wszystkie to konsekwensje niedostatecznego pilnowania Falcao i Diego przez obrońców. Tak, wiem, że strzelcy popisali się swoim panowaniem nad piłką, ale mieli miejsce na takie sztuczki, zatem czemu mieliby nie skorzystać?

Nie jest tak, że tylko przy sytuacjach bramkowych oglądaliśmy efektowne indywidualne popisy piłkarzy Z tego, co zdołałem zaobserwować, Mario Suarez i Adrian Lopez także parokrotnie popisali się ładnymi sztuczkami techniczymi, aby przejść rywali. Mogło być to nieco dołujące dla podopiecznych Marcelo Bielsy. Świadomość, że się przegrywa, a w dodatku jest się ogrywanym w taki sposób, może zdemotywować do dalszej walki.

Pierwsza bramka Radamela Falcao – cudowna, kolejna w wielkim finale Ligi Europy – nieco ustawiła to spotkanie już na samym początku. Athletic może nie nastawiał się na 0:0, ale chyba sądzili, iż za szybko stracili tego gola. Był dłuższy fragment w pierwszych 45 minutach, że to oni mieli przewagę w posiadaniu piłki, trzymali się blisko pola karnego przeciwników, lecz odniosłem wrażenie, jakby brakowalo im koncepcji na pomyślne wykończenie akcji. Parę podań doszło do Llorente, Susaety, czy Muniaina, ale wtedy trochę się denerwowali i nie trafiali.

W przerwie szkoleniowiec drużyny z Kraju Basków poprawił obraz gry swojego zespołu, ale niestety nie jego skuteczność. Bilbao podjęło ryzyko, coraz bardziej oddalało się od swojej bramki, stwarzało dużo okazji, ale tu już zabrakło celności. Tego dnia nikt nie był w stanie pokonać Thibauta Courtoisa. Inna sprawa, że młody belgijski bramkarz zagrał bardzo dobrze. Ma „tylko” trzy lata więcej ode mnie, a już pokazał się przed szeroką europejską publicznością.

Już przed ostatnim kwadransem, kiedy piłkarze Athletic zaczęli marnować dobre sytuacje, zaczęło mi być ich szkoda. Ciężko pracowali nad każdą akcją, a efektu nie mogli się doczekać. Podejrzewam zatem, że płakali nie tylko z powodu porażki, jej rozmiarów, ale także i dlatego, że sami mieli kilka dobrych szans, aby przynajmniej doprowadzić do remisu 2:2.

Mimo tego, należą im się wielkie brawa. Nie tylko za walkę w finale, ale i w całej edycji Ligi Europy. Potraktowali ją poważnie, nie była ona dla nich „złem koniecznym”. Za taką postawę należą się wielkie słowa uznania, gratulacje, pochwały itd. Jest to jednocześnie dowód, iż LE jest potrzebna, nawet klubom z krajów najwyżej notowanych w rankingach. Słusznie zauważono w studiu Polsatu Sport, że prawdopodobnie Puchar UEFA stał się taki ważny, bo to jedno z niewielu trofeów, którego nie „blokują” Barcelona i Real.

Pomimo tego, iż wynik wskazuje dość jednostronne widowisko, to nie do końca tak było. Atletico wygrało Europa League 2011/2012, bo było skuteczniejsze od rywali. Posiadanie piłki miało o blisko 20% gorsze, ale nie to czyni przecież końcowy rezultat zawodów, o czym ostatnio przekonujemy się coraz częściej i wyraźniej.

Finał trzeciej w historii edycji Ligi Europy UEFA uważam za naprawdę bardzo dobry. Choć, aby to zauważyć, trzeba się było w niego odpowiednio „wczuć”. Według mnie oglądaliśmy prawdziwy, klasyczy piękny mecz o puchar – byli wielcy zwycięzcy i wielcy przegrani, którzy pogrążyli się we łzach jeszcze przed ostatnim gwizdkiem. Wszyscy chcieli zwyciężyć, ale mogła to uczynić tylko jedna drużyna. Lecz te medale, które dostali zawodnicy Athletic to nagroda za ich osiągnięcia w tym sezonie. Nie powinni ich zdejmować, jak robi to wielu piłkarzy po przegranym finale. Te krążki powinni nosić z dumą!

Środowy mecz to doskonały dowód, że w drugim w hierarchii ważności, często niedocenianym pucharze także może dojść do pięknego spektaklu. Oby kolejne sezony przyniosły jak najwięcej wielkich meczów, bo takie właśnie najchętniej się ogląda pod nieobecność największych firm.


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl