Flandryjska Piękność vs Piekło Północy

Nie będę tu, choć tak można odczytać z tytułu, próbował dowodzić że Ronde van Vlaanderen, czy też Paris-Roubaix jest w jakiś sposób lepszy. Chociaż mam swój typ. Jednak nie wypada chyba tworzyć jakiejś konkurencji między tymi wspaniałymi wyścigami. Bowiem te, przypadające zawsze jedna po drugiej, dwie niedziele są jednymi z najwspanialszych chwil w roku, kiedy to wielcy kolarze muszą zmagać się z odcinkami brukowymi. Na prawdę wielcy kolarze.

To nie są małe, chudziutkie chłopaczki ważące po 60 kilo wspinające na najwyższe szczyty po równym, pięknym asfalcie na TdF, czy Giro. Te dwie niedziele należą do wielkich, wysokich, barczystych chłopów, prawdziwych wojowników. Bo tak trzeba nazwać ludzi, którzy po przeszło 200 kilometrach jadąc po paskudnych kocich łbach ciągle mają wolę i siłę, żeby jeszcze pociągnąć, zaatakować. Choć największą imprezą jest Tour de France, to te brukowe klasyki są chyba największym pokazem siły. Siły fizycznej i siły woli. Choć od ładnych paru lat nie ma na tych wyścigach deszczu, a co za tym idzie błota, to jest pył i kurz unoszony przez setki kół. I herosi, których nie obchodzi że mogą upaść, potłuc się paskudnie, pozdzierać skórę do żywej krwi – a upadków na tych dwóch wyścigach-monumentach nie brakuje. Upadków dramatycznych, jak w 2009 roku gdy Thor Hushovd stracił szansę na zwycięstwo, i wielu innych z którymi przechodzi się do porządku dziennego. W Tour de Flandres, a w szczególności na Paris-Roubaix upadków i wypadków jest po kilkadziesiąt. I jeszcze drugie tyle innych defektów. W tych wyścigach po prostu trzeba być z przodu przed każdym odcinkiem brukowanym. A te są rozrzucone po całej trasie. To w tych wyścigach na najbardziej masową skalę kolarze próbują gdzieś chodnikami, wysepkami czy poboczami przedostać się na czoło peletonu. By nie przegapić kluczowej akcji, albo nie zostać zatrzymanym poprzez jakąś kraksę w środku peletonu. Choć od takich zagrań upadków bynajmniej nie ubywa. Fani kolarstwa pewnie mają te obrazki w głowie, ale może dla szerszego audytorium pokażę na przykładzie najsłynniejszych kawałków tych wyścigów o co w tym chodzi. Otóż chodzi o bruk. Żywy, święty dla wielu fanów kolarstwa bruk. A oto najświętszy z tych wszystkich fragmentów odcinek, czyli lasek w Arenbergu. Nie wygląda przyjaźnie do jazdy rowerem, czyż nie? O to tu chodzi. Przecież to jest paskudny trakt utrzymany tylko ze względu na wyścig. Przez resztę roku ten kawałek drogi jest zamykany. Ale w ten jeden dzień dzieją się tu okropne dramaty. W tym roku główną ofiarą Arenbergu był Tom Boonen. W tę niedzielę on przegrał tam wyścig. Wprawdzie był to defekt, ale i tak Belga można dołączyć do grona wielu innych wspaniałych kolarzy, których te kocie łby pokonały. W Arenbergu wyścigu się nie wygrywa, ale się przegrywa. Tym bardziej gdy jest deszcz.

W Ronde Van Vlaanderen takim najsłynniejszym odcinkiem jest Muur. Z tym że to jest podjazd. Paskudny brukowy podjazd. Tutaj jest tak mała przewaga Flandrii nad Roubaix – dodatkową trudnością są krótkie, aczkolwiek często kilkunastoprocentowe podjazdy. Muur jest akurat miejscem gdzie można wygrać. Pokazał to choćby rok temu Fabian Cancellara. Wówczas rywalizował z Tomem Boonenem. Tych dwóch kolarzy można śmiało nazwać królami bruku. Ci dwaj potężni faceci są od kilku lat dyżurnymi faworytami tych wyścigów. I w tym roku obaj polegli. Choć Cancellara był trzeci we Flandrii i drugi w Roubaix – przegrał. Choć Boonen był czwarty we Flandrii – to jest jego porażka. Dla tych dwóch ludzi oprócz tych dwóch wyścigów liczyć się mogą jeszcze Mistrzostwa Świata. Ale te dopiero w październiku. Ich czas miał być teraz. Bowiem tych wyścigów nie wygrywają ludzie przypadkowi. Tak się zawsze powtarza. Mimo że w tym roku zadano kłam tej teorii. Nick Nuyens? Może był w szerokim gronie faworytów, ale żeby wygrał? U bukmachera pewnie gruby zysk jeśli ktoś obstawił. A jeśli ktoś postawił na Johana Van Summerena w Paris-Roubaix to został chyba milionerem. Może my znany dobrze tego kolarza, bo wygrał na Orlinku, wygrał całe Tour de Pologne. Ale tak po za tym, to nic nie osiągnął. Aż do niedzieli. Dziwne były te tegoroczne edycje. Chyba jednak wszyscy patrzyli na Cancellarę, a ten raz miał kryzys, raz pojechał antytaktycznie, zaś wszyscy nie mogli wyjść ze zdumienia. Cancellara ma kryzys? W tym roku ten półbóg powrócił do grona ziemian. Dziwne były też tegoroczne wyścigi patrząc z punktu widzenia Quick Stepu. Chavanela już prawie ogłoszono zwycięzcą Flandrii (z resztą w ów dniu chyba z czterech kolarzy zostało przez wielu komentatorów uznanych właściwie pewnymi zwycięzcami), potem jeszcze raz przez chwilę wydawało się że może wygrać, ale Francuz czekał na lidera ekipy –  Boonena. I zamiast zwycięstwa druga lokata. Potem w Roubaix obu gwiazdorom Quick Stepu zdarzyły się upadki i defekty. I wielkich faworytów już nie było.

Ale to chodzi w tych wyścigach. Że nigdy nie wiadomo co się zaraz stanie. Przed nami kolejne wspaniałe, choć już nie brukowane, klasyki. Czas na ardeńską część wiosny, gdzie bohaterowie będą już trochę inni. Sezon brukowy ma to do siebie że ledwo się zaczyna, a już się kończy. Oczywiście, jest na świecie mnóstwo wyścigów, gdzie wrogiem nr jeden są kocie łby. Z resztą chyba dobrze że nie rozdrabniamy się. Mamy brukowy klasyk z podjazdami, mamy brukowy klasyk płaski i wszyscy najlepsi tam są. I walczą.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl