Gdy opadł kurz

Już ochłonęliśmy po wczorajszym Gran Derbi. Pierwszym z czterech, które pokażą kto jest najlepszy w Hiszpanii, Europie, na Świecie. Real zremisował na Santiago Bernabeu z Barceloną. Pokazał, że z Katalończykami można powalczyć co wydawało się niemożliwe.

No bo granie otwartego futbolu przeciwko Barcelonie jest nie tylko niemożliwe, ale i śmiertelne, o czym madrytczycy przekonali się jesienią. Jednakże, właśnie po to na ławce Realu siedzi Jose Mourinho, niekwestionowany król motywacji i taktyki, aby takie mecze wygrywać. I można się było spodziewać, że na Gran Derbi wymyśli coś specjalnego. Pytanie tylko na które Gran Derbi, bo cztery razy Barcelony tym samym zaskoczyć się nie da, stąd uważam, że mecz wczorajszy z ustawieniem Pepe w środku pola był prototypem robota, który przepięknie grającą Barcę będzie miał uśmiercić najpierw w środę na Estadio Mestalla, a potem na arenie międzynarodowej i to są jego główne cele.  Taktyka wielkiego Portugalczyka wydaje się mieć sens. The Special One posadził na ławce kreatywnych Oezila i Kakę decydując się na zamurowanie środka pola używając pustaków Alonso i Khediry oraz Pepe jako zaprawy. Wszelkie siły ofensywne przerzucił na flanki bo tylko tam może konkurować z rywalami. Manchester United gra tak od pięciu lat i przynosi to efekty. Jak się okazuje Mourinho przygotował się nawet na sytuacje specjalne, bo Real całkiem nieźle radził sobie po tym, jak Albiol chwycił Villę i wyciągnął zawleczkę z granatu uśmiercając i siebie i rywala. Mało tego, można powiedzieć, że grał z większą determinacją i niż przed wspomnianym wybuchem w polu karnym. Po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłem Real z jajami, w którym nikt nie dba o to jak wygląda jego fryzura (no może poza CR7), ale wszyscy gryzą niekoszoną przez tydzień trawę by osiągnąć swój cel. Królewscy to już nie tylko zbiór najdroższych piłkarzy świata, ale również zbiór ludzi, którzy wiedzą czego chcą, ufają swojemu trenerowi, a ten prowadzi ich na szczyt. Real najprawdopodobniej stracił wczoraj szansę na Mistrzostwo Hiszpanii, a to powędruje do stolicy Katalonii, ale otrzymał niesamowitego kopa psychologicznego, bo po ostatnim 0:5 zawodnicy z Madrytu mieli pełne prawo zwątpić nieco  we własne możliwości i szanse z dominującym i kompromitującym ich od kilku lat rywalem. Jeżeli do tej pory nie wierzyli w opowieści Mourinho o tryumfie w Lidze Mistrzów ( w końcu nikt z obecnej ekipy oprócz Casillasa, nie wyjrzał poza 1/8 finału przywdziewając trykot dziewięciokrotnego pana Europy), to teraz uwierzyć muszą, bo grając w osłabieniu wyszarpali remis bestii, która wcześniej mocno ich poszarpała. Bezcenne dla całego maratonu spotkań Real – Barca jest to, że raczej nie padnie wynik 5:0 i że ten Real jest w stanie grać z Barcą jak równy z równym. To potęguje emocje i daje gwarancje, że w najbliższych dniach możemy zobaczyć największe piłkarskie wydarzenie tego wieku, cztery spotkania, czterech tytanów.

Patrząc wczoraj na Barcelonę miałem w głowie mnóstwo pytań. Czy ta drużyna bo blisko trzech latach dominacji wreszcie znalazła równego sobie pod (prawie) każdym względem rywala? Dlaczego nie zaatakowała mocniej grając w przewadze? Czemu nie wgryzła się w gardło osłabionemu rywalowi jak to było np. w meczu z Arsenalem? I najważniejsze, czy Katalończycy zagrali na sto procent swoich możliwości, czy też ładowali baterie robiąc jednocześnie rozpoznanie terenu przed starciami istotniejszymi? Może Guardiola w swej przebiegłości przewyższył jej mistrza z Portugalii,  wystawiając przynętę, która miała sprawdzić możliwości rywala i dać mu złudne szanse na przeżycie. Gdy okazało się, że wielcy światowej piłki zmierzą się w najbliższej przyszłości aż cztery razy, niektórzy obawiali się, iż Mourinho i jego podopieczni mogą zacząć dzielić Gran Derbi na ważne i ważniejsze. Tymczasem jeżeli ktokolwiek wczoraj się do tego posunął to tylko Barcelona.

Pierwsze z czterech Gran Derbi było przepiękną pod względem estetycznym partią szachów. I jedni i drudzy, wiedzą już na co stać rywali. Wiedzą i nie wiedzą, bo Real długo grał w osłabieniu, a Barcelona odrobinkę się oszczędzała. Grała na swoim poziomie oczywiście, ale gdyby warzyły się teraz losy mistrzostwa na pewno zdobyłaby się na coś więcej. Patrząc na wynik i przebieg spotkania jedno jest pewne, teraz będzie jeszcze ciekawiej.


pubsport.pl
Krystian Nowak
Mam 16 lat. Miłością do piłki zaraziłem się podczas EURO 2004, które nauczyło mnie futbolu. Piłkarzem już raczej nie zostanę, choć szansa na to przez moment była. Chciałbym w przyszłości być dziennikarzem sportowym, bo wydaje mi się , że na sporcie, a szczególnie na piłce, znam się bardzo dobrze. Ponadto byłaby to chyba jedyna praca, którą wykonywałbym z przyjemnością. Od lipca 2010 roku swoimi spostrzeżeniami na temat piłkarskiego świata dziele się na moim blogu, gdzie serdecznie zapraszam: http://prideoflondon.blox.pl/html
http://prideoflondon.blox.pl/html