Giro trwa

Nie jest łatwo pisać teraz o Giro. Na pewno nie jest łatwo jechać. Etap ku pamięci Woutera Weylandta był być może najtrudniejszym w tym wyścigu. Choć w tempie właściwie treningowym, bez trudności technicznych. Swoistą tragedią jest to, że musieli oni ten etap przejechać. Na pewno niezwykle ciężkie dwie godziny komentowania mieli redaktorzy Jaroński i Probosz. Z resztą myślę że niewielu ich słuchało. Ja po włączeniu telewizora nie wytrzymałem nawet dwóch minut oglądania tego smutnego etapu. Ale musieli przejechać ten etap, bo życie trwa dalej i wyścig trwa dalej.

A kolejny etap był taki, że kolarze już musieli się skoncentrować. Gdyż był to etap o charakterystyce wyścigu klasycznego – czyli trudny technicznie. Przekonał się o tym Tom Slagter. Wszyscy zamarli gdy zobaczyli leżącego na asfalcie kolarza, zaś mechanik Rabobanku krzyczał po pomoc jakby był w jakimś amoku. A przecież był to wypadek, jakich na każdym Grand Tourze zawsze kilka jest. Nieprzypadkowo przez całe etapy helikopter medyczny czeka w pogotowiu. Niestety każdy dłuższy wyścig jest naznaczony jakimiś załamanymi kośćmi. Oczywiście o Tomie Slagterze już żadne niekolarskie media nie wspomniały. Szybko odzyskał przytomność, najprawdopodobniej już dziś opuści szpital. Ale upadki w kolarstwie są rzeczą normalną. I to że taka tragedie raz na kilka lat, a może czasem dwa razy w roku się stanie.

Wracając do wczorajszego etapu: techniczny, no i te kilkanaście, jak nie dwadzieścia kilka kilometrów szutru. Znamienna była sytuacji jakże obiecującej dla nas akcji Przemka Niemca, Dario Cataldo i Brama Tankinka. Dwaj pierwsi na ów szutrze stracili przyczepność i wypadli z trasy, trzeciego zatrzymał problem techniczny. Nie trudno zgadywać z czego wynikający. Sytuacja jakby wyjęta z Paris-Roubaix. Przy okazji takiej trasy pojawiają się pytania. Jak już wspomniałem – etap o charakterystyce klasyka. Na pewno świetnie by się wkomponował w kwietniowe wyścigi północy. Ale czy jest na taki odcinek miejsce na grand tourze? Choć na prawdę ogląda się świetnie, był to etap bardzo efektowny, jednak nie na miejscu. Sylwester Szmyd powiedział kiedyś, że organizatorzy Giro wypuszczają kolarzy na arenę, aby tam walczyli z lwami. O ile dla fana kolarstwo namnożenie podjazdów jest rzeczą pożądaną (choć nie którzy mówią, że to organizatorzy utrudniając trasy trochę prowokują do brania dopingu), to jednak te coroczne już włoskie szutry są chyba przesadą. Czarny scenariusz mówi, że te szutry będą, aż dojdzie do tragedii (upadek Weylandta miał akurat miejsce na odcinku jakich mnóstwo zawsze było jest i będzie na trasach wyścigów). Jasny scenariusz mówi, że szutry się wkomponują, kolarze się przyzwyczają i jakoś to będzie. Aczkolwiek stwierdzenie jakoś to będzie nie jest chyba optymalne przy planowaniu wielkiego wyścigu.

Niemniej jednak – wczorajszy etap był bardzo ciekawy. Także już po szutrach, gdy pozostało kilkanaście pagórkowatych kilometrów. To akurat trzeba dać na plus organizatorom Giro – po czasach całego pierwszego tygodnia skrojonego pod Cippoliniego i Petacchiego teraz mamy przewagę etapów media montagna nad pianeggiante. Czyli częściej coś się dzieje. Są to takie etapiki gdzie różnice jeszcze są niewielkie między liderami, ale już jakieś pół minuty, czy minutkę można stracić. Tylko oczywiście tzreba zachować proporcje, żeby ta media montagna nie była na dwumetrowej szerokości kiepskiej jakości szosie. Oczywiście i tak wszystko będzie się rozstrzygać na Etnie (o ile za bardzo nie przykopci), na Monte Zoncolan, czy Glossglocknerze. I choć teraz emocji jest dużo, a la maglia rosa przechodzi z rąk do rąk, to jednak tak na prawdę czekamy na największe góry.


pubsport.pl
Paweł Kazimierczyk
Wrocławianin, student Wydziału Mechanicznego Politechniki Wrocławskiej. W styczniu 2010 rozpocząłem prowadzenie bloga olimpijsko.blox.pl. Grudzień tegoż roku przyniósł mi zaproszenie do PubSportu, kolejna zima zaowocowała z kolei przeniesieniem bloga do serwisu naTemat.pl, gdzie można mnie znaleźć pod adresem pawelkazimierczyk.natemat.pl. Pisuję o wielu dyscyplinach. Być może wygląda to tak, że myślę, że znam się na wszystkim, ale sądzę, że przeboleję taką opinię i będę robił swoje. Największe emocje wzbudzają we mnie zawody w których sportowcy występują pod barwami narodowymi, stąd też ogromna fascynacja imprezą jaką są Igrzyska Olimpijskie. Przy czym wobec tych wszystkich rozgrywek niemal zawsze w ślepej kibicowskiej naiwności wierzę w sukces tych pod biało-czerwonym sztandarem.
http://pawelkazimierczyk.natemat.pl