Hamburgowi bliżej do Berlina, czy do Dortmundu?

Geograficznie minimalnie do Berlina. Z Hamburga do stolicy w linii prostej jest 256 kilometrów, a do miasta z Zagłębia Ruhry 289. Tyle, że piłkarsko odległości te są diametralnie różne i wyznaczają dwie przeciwne drogi, jakimi mogą pójść kluby, dokonując epokowych zmian.

Podczas dzisiejszego meczu wyjazdowego Hamburga z Bayerem Leverkusen, po raz pierwszy przemknęła mi przez głowę myśl jak błyskawica, że właściwie to HSV może z tej Bundesligi spaść. Brzmi to jak herezja, wszak to jedyna drużyna, która nigdy z niej nie spadła. A właściwie jedna z dwóch, bo Bayern Monachium – jak słusznie zauważył czytelnik – też z Bundesligi nie spadł, po prostu przy jej powstaniu nie został do niej wpuszczony (!). Niemniej, HSV dla Niemiec jest jak Legia dla Polski, Real, Barcelona czy Bilbao dla Hiszpanii itd.

To dość dziwne, że przyszło mi to do głowy akurat przy okazji dzisiejszego meczu, wszak zespół z północy Niemiec rozegrał już sporo fatalnych spotkań w tym sezonie. A to było całkiem przyzwoite. W zawodnikach Thorstena Finka zauważyłem jednak syndrom przyszłego spadkowicza. Tzn. mają ciągłego, niezasłużonego, niesprawiedliwego pecha. Przy bramce Andre Schuerrle, Dennis Diekmeier stał sobie w murze nikomu swoim istnieniem nie wadząc. No to, bach, piłka odbija mu się od głowy, totalnie myli bramkarza i wpada do siatki. Druga bramka dla Leverkusen? Będący na spalonym Steffen Kiessling, przeszkadza bramkarzowi, Michael Mancienne próbuje wybijać piłkę z linii bramkowej, ładuje ją sobie pod poprzeczkę. Odrabianie strat? Marcell Janssen zdobywa bramkę, a sędzia odgwizduje nie do końca wiadomo co. To typowe dla drużyn, które na początku niby nie grają źle, ale mają pecha i grzęzną na dole tabeli, a potem już zaczynają grać źle, więc sytuacja jest jeszcze gorsza. Coś jak Zagłębie Lubin w tym sezonie.

Tyle, że jak już sobie w głowie ułożyłem, że właściwie to HSV już niemal na pewno pójdzie drogą Herthy Berlin i – nie mając prawa spaść – spadnie, zaczęły się pojawiać symptomy czegoś zupełnie odwrotnego. Heiko Westermann zdobył gola kontaktowego zupełenie przypadkiem, co przyszłym spadkowiczom się nie zdarza, Janssen w końcu swoją piękną bramkę i tak zdobył, a goście zaczęli „klepać” tak, że miło było patrzeć.

Latem, wiecznie mający aspiracje i nigdy ich nie potwierdzający, Hamburg przeszedł rewolucję. Poodchodziły gwiazdy – Piotr Trochowski, Ruud van Nistelrooy, Joris Mathijsen, przyszli kandydaci na gwiazdy. Pościągał ich Frank Arnesen, słynny dyrektor sportowy, pracujący niegdyś w Chelsea.

Owszem, zespół, który ma w składzie króla strzelców Copa America Jose Paolo Guerrero, wspomnianych Westermanna i Janssena, czyli byłych reprezentantów Niemiec, czy Chorwata Mladena Petricia (on akurat nie może grać), nie powinien zajmować miejsca w strefie spadkowej. Ale z drugiej strony, mając takie solidne podstawy i dołączając zdolną młodzież, jak Gokhan Toere, Jeffrey Brouma czy Heung Min-Son, można marzyć o powtórzeniu drogi Dortmundu, czyli najpierw pozbycie się repów, później oszczędności i dołowanie, a następnie zachwycanie i trofeów zdobywanie.

Zwłaszcza, że nowy trener Thorsten Fink, który grał w Bayernie Monachium w czasie, gdy Bawarczycy triumfowali w Lidze Mistrzów (2001), a ja po raz pierwszy świadomie „uczestniczyłem” w tych rozgrywkach, wygląda na człowieka, który może zebrać tę zbieraninę do kupy. Znaczy, wygląda może średnio, bo te wąsy kojarzą się raczej z dawnym Jackiem Broniewiczem, czy Marianem Janoszką, a nie Juergenem Kloppem, ale ma facet pojęcie, o co w tym sporcie chodzi. No i ma motywację, bo popełnił rzecz cholernie ryzykowną. Szwajcarską Bazyleę wprowadził do Ligi Mistrzów, zremisował z nią na Old Trafford i generalnie posadkę miał tam cieplutką. Zostawił ją jednak dla ratowania HSV i – powiedzmy sobie szczerze – wpisanie sobie do CV spadku z zespołem, który nigdy z Bundesligi nie spadł, będzie dla młodego trenera owszem osiągnięciem, ale niekoniecznie takim, które sprawi, że wszyscy będą go chcieli zatrudniać.

Martwić go może wiele rzeczy, ale chyba najbardziej obecność w podstawowym składzie Serba Gojko Kacara i Czecha Jaroslava Drobnego. Obaj doskonale wiedzą, jak to jest spaść z klubem z olbrzymimi aspiracjami. Przed przyjściem do Hamburga grali bowiem w… Hercie Berlin.


pubsport.pl
Michał Trela
Kronika Beskidzka, Gazeta Wyborcza, SportSlaski.pl
http://trelik.blox.pl