Historyczny sukces Polaków

Skończywszy kilkudniową przygodę z tradycyjną polską wsią (powiat wyszkowski – zachęcam do odwiedzenia 🙂 ), mogę nadrobić zaległości w moim sportowym postrzeganiu świata. Najważniejszym niepiłkarskim tematem ostatnich dni jest brązowy medal polskich siatkarzy w Lidze Światowej. Ostatnie słowa napisałem w czwartek, 7 lipca, zatem teraz zaczynam od piątku, 8 lipca.

Piątkowy fart

Postaram się zachować kolejność chronologiczną. Rozpocznę więc od wydarzeń w piątek, kiedy to przeżyliśmy mnóstwo skoków ciśnienia i niespodzianek. W okolicach południa serce złamali mi Amerykanie, którzy wygrali z moją ulubioną Kubą 3:2 i odesłali podopiecznych Orlando Samuelsa Blackwooda do domu bez wygranej w Final Eight. Należą się jednak im duże brawa za sam awans, bo wszystie mecze tej edycji World League rozegrali poza swoim krajem z powodów politycznych. Z tej samej przyczyny brakowało im też kilku kluczowych zawodników (Simon, Leal, Hierezuelo). Tym bardziej zasługują oni na ciepłe słowa.

W trakcie podróży ominęło mnie mało (bo tylko 6 setów), ale dużo (co za wyniki!). Na zakończenie rywalizacji w grupie F Rosja gładko, do zera pokonała Brazylię. Z opowieści kuzyna wiem, że mecz ciekawy raczej nie był i Canarinhos nie pokazali niczego szczególnego. Meczu Bułgarów z Włochami też nie zdążyłem obejrzeć, ale wynik na bieżąco podawał mi mój brat cioteczny. Wyobrażam sobie, jak gorąco dopingowani byli siatkarze Radostina Stoycheva. Przypomina mi to sytuację sprzed dwóch lat w ME kobiet. Holenderki musiały pokonać Rosjanki, aby Polki weszły do 1/2 finału. Wówczas się udało. Tym razem też.

W nocy z czwartku na piątek przeczytałem, że Michal Lasko chciałby, aby Polacy wspierali także Włochów. No way. Zabrałoby nam to szansę na awans do czwórki. Znów fantastyczna polska publiczność dodała skrzydeł i Bułgaria otworzyła nam wrota do półfinału.

Nasz mecz z Argentyną był dziwny i zwariowany. Wygraną zawdzięczamy dwóm zawodnikom – Piotrowi Gruszcze i przede wszystkim Bartkowi Kurkowi. Nie chce mi się liczyć, ile już nasz przyjmujący skończył piłek. Ciągle zasmuca mnie fakt, że tylko Kurek jest pewną opcją w ataku.

Ten mecz nauczył mnie, że w siatkówce naprawdę wszystko zdarzyć się może i dopóki nie zdobędzie się ostatniego punktu, trzeba walczyć. Żadna przewaga punktowa nie zapewnia jeszcze wygranej. Najlepszy przykład to grupowy mecz z drużyną Argentyny. Dlaczego udało nam się pokonać podopiecznych Javiera Webera? Pomogło szczęście, czy ściany?

Niestety trzeba spojrzeć prawdzie w oczy – mieliśmy naprawdę dużo farta i to dzięki niemu zagraliśmy w półfinale Ligi Światowej. Jestem zwolennikiem teorii, że jeśli ma się szczęście, to trzeba mu jak najmocniej pomagać. Dlatego strasznie wierzyłem w Polaków w półfinałowym starciu z Rosją.

Sobota: Porażka w pięknym stylu

Powyższy tytuł dotyczy zarówno reprezentacji Argentyny, jak i Polski. Zwycięzca grupy E ambitnie walczył z drużyną Brazylii. Canarinhos narobili dużo zasłony dymnej przegrywając dzień wcześniej z Rosją. Ten mecz miał być wyrównanym starciem rewelacji tego finałowego turnieju z najlepszą drużyną świata. I był, ale nieco przykrótkim. Czasowo mogłoby się to nie zgadzać (myślę oczywiście o drugim secie), ale jeśli spojrzymy, że po stronie Argentyny liczba wygranych partii wynosi zero, to to stwierdzenie okazuje się być prawdziwe. Byli w stanie wygrać każdego z tych setów, lecz okazywali się gorsi w samych końcówkach. Szkoda, ale zostawili dobre wrażenie.

Drugi półfinał to miała być wojna. Przyszło nam zmierzyć się z reprezentacją Rosji, z którą zawsze grało się trudno. Możemy być naprawdę zadowoleni z naszej zagrywki oraz z bloku. W tych elementach byliśmy dobrze „uzbrojeni” na rosyjskich graczy. Gorzej było z przyjęciem i atakiem. Krzysztof Ignaczak dawał z siebie wszystko, ale Muserskiy, Mikhailov, czy Khtei posyłali nam takie bomby, że bardzo ciężko było nam je obronić.

Nasi rywale dobrze nas rozpracowali. Wiedzieli, że najgroźniejszy jest Bartek Kurek i udawało im się go powstrzymać. No niestety, jak już wiele razy pisałem, Kurek to co najmniej połowa siły naszego zespołu w każdym meczu. Są chwile, że tylko on potrafi skończyć atak, nikt inny. To właśnie wyszło na tym meczu półfinałowym.

W niedzielę najlepszy mecz naszych i fantastyczny finał

Mecz o brązowy medal zdecydowanie uważam za najlepszy w naszym wykonaniu w Final Eight. Nareszcie byliśmy konsekwentni w serwisie, w bloku oraz w ataku. I najważniejsze: grał cały zespół, nie tylko Bartek Kurek. Dużo punktów dorzucił do naszego dorobku Kuba Jarosz oraz środkowi – Piotr Nowakowski i Grzegorz Kosok. Fakt, że Argentyna zaprezentowała się gorzej niż dwa dni wcześniej, ale to już inna sprawa. Ważne, że to my wyszliśmy z tego starcia zwycięsko i mamy brązowe medale.

Finał był prawdziwym siatkarskim klasykiem. Kibicowałem w nim drużynie prowadzonej przez Bernardo Rezende, ale pojawiało się coraz więcej wątpliwości, czy po raz kolejny uda się im wygrać. Jak pisałem, w grupie przegrali dość łatwo z reprezentacją Rosji, ale nie brałem tej porażki na poważnie.

Każdy set to była zażarta walka do samego końca. Z wyjątkiem tie-breaka. Przez pomyłkę sędziego zamiast dwupunktowej przewagi Canarinhos, był remis. Później zdenerwowani Brazylijczycy popełnili parę błędów i Rosjanie wyrobili sobie 2-3 punktową przewagę. W piątym secie to dużo. Jak się okazało, wystarczająco dużo.

Absolutnym bohaterem meczu był Maxim Mikhailov. Od połowy drugiego seta grał naprawdę znakomicie. Wcześniej gra Rosjan opierała się głównie na atakach Khteia i Biriukova. Z kolei Brazylijczycy mogli liczyć na Gibę, Murilo i Theo. Tego pierwszego można myślę ogłosić najlepszym graczem w ekipie brazylijskiej nie tylko w meczu o złoto, ale w całym turnieju finałowym.

Biorąc pod uwagę to, że nie wszystko dokładnie widziałem, bo internet, czy kablówka na wsiach to coś nowego i nieznanego, nie miałem komfortowych warunków do oglądania tego meczu. Stąd moja dość ogólna analiza

Patrząc na fazę interkontynentalną i finałową, siatkarze Vladimira Alekhny zasłużyli na wygraną. Grali zawsze na najwyższych obrotach,nie kalkukowali. Fakt, że dwa razy się potknęli, ale i tak zagrali 15 bardzo dobrych meczów. Mieli długą oraz wyrównaną ławkę rezerwowych i to pozwoliło im na rozegranie tylu takich spotkań. Podobnie mieli nowi wicemistrzowie Ligi Światowej, ale bywały chwile, że kilku graczy nie potrafiło wejść w mecz (przykład – mecz z Kubą). Przez to stracili nieco więcej punktów w tabeli i okazali sięminimalnie gorsi w ostatecznym rozrachunku.

Ale się napisałem… A jeszcze chcę podsumować tą Ligę Światową. Zrobię to, obiecuję!


pubsport.pl
Krzysztof Sędzicki

Uczeń I LO w Łodzi. Już jako przedszkolak oglądałem transmisje sportowe w telewizji. Kilka lat pograłem w koszykówkę, ale nie spodobała mi się i już pod koniec gimnazjum przerzuciłem się na amatorską odmianę siatkówki i skoku wzwyż.
Pasjonuję się wieloma dyscyplinami, przede wszystkim piłką nożną, siatkówką, formułą 1 i skokami narciarskimi. Czasami lubię też pooglądać inne sporty, np. koszykówkę, biathlon, tenisa, snookera, darta… Nie ma tygodnia, żebym czegoś nie obejrzał!
Tak, uznawaj mnie za sportowego maniaka! Dobrze mi z tym! W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem – komentatorem sportowym.
Póki co, próbuję swoich sił na kilku frontach – na blogu (sedzik.blox.pl), tele-sport.pl, TakSięGra TV i właśnie tu, na Pubsport.pl, gdzie piszę artykuły, felietony, relacje i robię kilka rzeczy, których nie widać gołym okiem, gdzieś tam „za kulisami”.

http://sedzik.blox.pl