Horror z happy endem

Nie można pokusić się o stwierdzenie, że polska reprezentacja przez eliminacje szła jak burza. Miewała momenty słabości, na przykład w pierwszym spotkaniu ze Szkocją, kiedy rywale potrafili klepać ją atakiem pozycyjnym i długo kontrolować przebieg meczu. Wyjątkowo mizernie wypadła z Irlandią, kiedy po bramce Peszki – a zdarzenie to miało miejsce w okolicach 30 minuty – postanowiła skupić się tylko i wyłącznie na defensywie, za co zresztą została boleśnie skarcona w doliczonym czasie gry. Ale można było tę reprezentację pokochać. Ostatnie półtora roku to okres, który postrzeganie naszej kadry zmienił o sto osiemdziesiąt stopni. Historyczny triumf z Niemcami, wydarte w końcówce meczu prowadzenie Szkotom po pięknej bramce Milika, niesamowita końcówka Lewandowskiego w drugim spotkaniu z Gruzją. Nawet po porażce z naszymi zachodnimi sąsiadami na ich terenie można było z naszej gry wyciągnąć wiele pozytywów. Stężenie emocji, jakie towarzyszyło meczom polskiej kadry, znacząco przekroczyło skalę. Dzisiaj – na to liczyłem – wszystko to miało zostać spięte klamrą. Awansem. Zwycięstwem, które sprawi, że w niedzielę na Narodowym Polacy zagrają już tylko dla przyjemności. Niestety, albo stety – jak wolicie – te eliminacje nie miały prawa skończyć się spokojnie i normalnie. Dzisiaj znowu zaczęliśmy pięknie, po stracie bramki było bardzo długo źle, a gdy wydawało się, że gospodarzom nikt już tego zwycięstwa nie odbierze, w 94 minucie gry strzelamy bramkę. Cholera, dziękuję wam, chłopaki. Piękno futbolu znów dało o sobie znać.

Początek Polaków był kapitalny. Znowu zaimponował Arkadiusz Milik, który w Ajaxie potrafi dołować i rozczarowywać, by przyjechać na kadrę i pokazać się z dobrej strony. Od początku spotkania był bardzo ruchliwy i stale pokazywał się do gry. Zagrał kilka naprawdę fajnych piłek do Lewandowskiego, z czego ta pierwsza – naprawdę idealna, wyważona, przed zawodnika – została zamieniona na bramkę. Zejście Milika z boiska zupełnie zmieniło grę naszej kadry. A właściwie sprawiło, że kompletnie straciliśmy pomysł na rozegranie.

Na początku mogła podobać się nasza gra piłką. Strzeliliśmy bramkę i potrafiliśmy długo utrzymywać się przy futbolówce. A Szkoci za nią biegali. Męczyli się. Martwiło mnie jedynie zachowanie bez piłki naszych zawodników. Gospodarze mieli zdecydowanie zbyt dużo miejsca. Każdy z nich miał wiele czasu na przyjęcie i zagranie. I to nie na własnej połowie, nie na czterdziestym metrze od naszej bramki. Nasi rywali potrafili wymieniać podania nieopodal „szesnastki”, a Polacy nierzadko byli spóźnieni. Więcej w kwestii agresywnego odbioru oczekiwałbym zwłaszcza od Krychowiaka. Ritchie strzelił bramkę życia, owszem, ale gdyby Polacy potrafili dzisiaj szybciej doskakiwać do przeciwnika, o takim golu gracza Bournemouth moglibyśmy nie usłyszeć.

Po stracie drugiej bramki, do której zresztą bardzo przysłużył się tracący futbolówkę w środku pola Kamil Grosicki, zupełnie przestaliśmy grać. Druga połowa to była postawa, z jaką przed obecnymi eliminacjami kojarzyła mi się kadra. Pokaz bezradności, bezsilności i desperacji. Szkoci się cofnęli, a my, zamiast próbować przedostać się pod bramkę rywali grą „po ziemi”, uskutecznialiśmy lagi na Lewandowskiego otoczonego przez kilku „drwali” ze szkockiej defensywy. Był taki moment w drugiej połowie, że odniosłem wrażenie, jakby Polakom zaczynało brakować wiary. Niby próbowali atakować, podchodzili do przeciwników wyprowadzających piłkę, ale już nie z taką werwą, do jakiej przyzwyczaili nas podczas tych eliminacji.

Osobny akapit z całą pewnością należy poświęcić Krzysztofowi Mączyńskiemu. Nie byłem, jak to mawia mój były trener, „inny od innych” i w jego kwestii całkowicie zgadzałem się z głosem większości. Twierdziłem, że Mączyński nie ma jakości niezbędnej do gry na najwyższym, reprezentacyjnym poziomie. Grał w wielu meczach eliminacji, ale do dzisiaj – ani razu nie zaprezentował się z dobrej strony. Natomiast na Hampden Park zobaczyliśmy zupełnie inną odmianę gracza Wisły Kraków – imponował zwłaszcza spokojem w rozegraniu i dokładnością podań. Unikał zagrań w stylu Dominka Furmana, próbował raczej gry do przodu i kilkukrotnie popisał się dobrymi „passami” napędzającymi akcje. To on świetnie uruchomił Milika, który asystował Lewandowskiemu. Jeśli chodzi o grę defensywną, to także powinien być oceniony raczej na plus, zaliczył kilka ważnych odbiorów, choć momentami – o czym już wcześniej wspominałem w kontekście całej drużyny – brakowało mi nieco szybszego podejścia do przeciwnika. Zwłaszcza w pierwszej części. Ale akurat nad tym zawodnikiem nie ma sensu się pastwić, bo był zdecydowanie jednym z najlepszych po naszej stronie. Co tu dużo mówić, Mączyński zagrał mecz życia.

Wspominałem wcześniej o partnerze wiślaka ze środka pola, Krychowiaku. Niestety, gracz Sevilli dzisiejszego wieczora zawiódł. O słabej – zwłaszcza jak na jego możliwości – grze w defensywie już pisałem, ale – poza imponującą, zagraną „zewniakiem” prostopadłą piłką do Grosickiego – do przodu również nie pokazał nic wartego odnotowania. Wiem, że „Krycha” nie jest kreatorem gry, tylko typową „szóstką”, ale brakowało mi u niego kilku DOKŁADNYCH, ofensywnych, przyśpieszających akcje podań do przodu. On to potrafi, co udowodnił w wielu meczach La Liga. Nie można zarzucić mu tego, że nie próbował. Starał się grać dłuższe piłki, próbował prostopadłych, ale zazwyczaj mu nie wychodziło. Jednak brawa za dwa groźne strzały z dystansu. Ostatecznie Gordon sobie z nimi poradził, ale Krychowiak – mimo iż dzisiaj rozczarował – dał sygnał do ataku, sprawił, że pod bramką Szkotów wreszcie coś się zadziało.

Nie najlepiej zaprezentowały się skrzydła, które akurat zwykle były siłą naszej kadry. Pisałem już o tym, że Grosicki, poprzez głupią stratę w środkowej strefie, walnie przyczynił się do utraty drugiej bramki. W ofensywie brakowało mu błysku, był nieźle pilnowany i miał bardzo niewiele miejsca. A Kamil jest, nie oszukujmy się, graczem, który czuje się dobrze tylko wtedy, gdy ma  sporo przestrzeni, a drużyna gra szybkim atakiem. Gdy Szkoci zamknęli się na własnej połowie, „Grosik” kompletnie zgasł.

Błaszczykowski z kolei często bywał niedokładny. W pierwszej części kilkukrotnie miał niezły pomysł na rozegranie akcji, ale Szkoci przecinali zagrywane przez niego piłki. Ponadto zauważalny jest u niego, co wynika być może z braku praktyki meczowej (wszak Kuba zagrał we „Violi” raptem kilka meczów), brak zdecydowania. Gdy przejmuje piłkę, to odnoszę wrażenie, że targa nim zbyt wiele myśli; za dużo pomysłów na rozegranie akcji kłębi się w jego głowie. Kiedyś Błaszczykowski dostawał futbolówkę i zdecydowanie z nią ruszał. Teraz dostrzegam u niego zachowanie mające być może podłoże w psychice – moment zawahania, sekunda, która sprawia, że akcja traci swoje tempo. Widać, że Kuba bardzo chce pomóc reprezentacji. Dryblował, starał się, ale nie jest jeszcze na takim etapie, żeby samodzielnie wygrywać mecze i co rusz robić przewagę na skrzydle. Być może jeśli przez następne miesiące dalej będzie grał, a kolejne urazy będą omijały go szerokim łukiem, dojdzie do takiej dyspozycji fizycznej, że zaprezentuje chociaż osiemdziesiąt procent tego, co pokazywał kilka lat temu.

To wszystko nie zmienia jednak faktu, że Błaszczykowski zaliczył dzisiaj też wiele niezłych zagrań. W drugiej części parokrotnie starał się przyspieszyć grę szybkim podaniem na jeden kontakt, bardzo często pomagał w defensywie Piszczkowi i był bliski strzelenia bramki na 2:0, kiedy jego płaski strzał minimalnie minął lewy słupek bramki gospodarzy. Wyglądał na pewno znacznie lepiej niż w starciu sprzed miesiąca z amatorami z Gibraltaru. Forma idzie w górę i oby tak dalej.

Na koniec wisienka na torcie. Robert Lewandowski. To znaczy – kapitan. Miał dzisiaj bardzo ciężkie życie ze szkockimi obrońcami, którzy nie tylko grali bardzo twardo – ale też po prostu nie fair. Alan Hutton najpierw go kopnął, by potem – gdy napastnik Bayernu upadł już na ziemię – jak najmocniej go podeptać. Chwilę wcześniej podobnym zachowaniem „błysnął” Scout Brown. Ale co mi się podobało, Lewy nie dał się sprowokować. Nie wchodził zbyt często w utarczki słowne, nie wyskawiał z łapami do przeciwników po kolejnych wejściach, tylko próbował grać swoje. To jest właśnie siła mentalna zawodnika. Spokój. Moc i klasa, które biją od polskiego snajpera. A na koniec ich załatwił. Niby tylko zrobił wślizg i wepchnął piłkę do bramki, ale to on najszybciej zebrał się do piłki, by wbić ją do bramki. To on dał nam wielką radość, a Szkotów pozbawił marzeń o awansie. I powiem wam, cieszę się, bo zachowaniem Huttona, Browna, ciągłym odgrażaniem się Wyspiarzy przed meczem, tekstami o Lewandowskim – zraziłem się trochę do zgrai Gordona Strachana.

A pomyśleć, że swego czasu sympatycznemu, rudowłosemu szkoleniowcowi kibicowałem w każdym meczu, wychowując się na Celitcu z Borucem w bramce i Żurawskim w ataku.

Patrząć na naszą postawę w przekroju całego spotkania, powinniśmy być zadowoleni z remisu. Może wobec zwycięstwa Irlandczyków nasza sytuacja jest nieco mniej różowa niż przed startem dzisiejszych spotkań, ale nadal wszystko w naszych rękach. Wystarczy nam nawet 0:0 bądź 1:1, ale akurat granie na remis mogłoby skończyć się w naszym przypadku tragicznie. Polacy mają wyjść na Irlandię i niesieni przez pięćdziesiąt tysięcy gardeł, wygrać! Ale już dzisiaj wiemy, że to na pewno nie będzie spacerek.


pubsport.pl
Daniel Flak

Mam czternaście lat. Uwielbiam sport, a w szczególności piłkę nożną, w której zakochałem się oglądając w telewizji Mistrzostwa Świata w Niemczech. Od tego czasu regularnie trenuje i gram w klubie, obecnie w Rakowie Częstochowa. Oprócz tego, wielką przyjemność sprawia mi pisanie o futbolu. W przyszłości chciałbym zostać dziennikarzem sportowym. Prowadzę bloga, na którego serdecznie zapraszam: http://daniel99.blox.pl/html

http://daniel99.blox.pl